Proza – Widok z okna

Widok z okna, jakoś wszystkim było mało. Za nasze winy, za nasze zbrodnie, nasze zaniechania odebrałeś dziś nam, O Wielki Búri, panie nad pany, Wisła pany, cały kolor świata i samoloty, nie tramwaje. Samoloty nie latały, a świat ogarnęła trwała biel, nie śnieg. Trwała, odkąd O Wielki Sutr zapalił słońce w ciemnościach. Korzystając ze swojego walhallijskiego superściemniacza, rozpalał jasność świat łoistą aż do poziomu niemal cynkowej bieli, wypełniającej jak wczorajsze myśli o tobie całą przestrzeń naszego małego świata-wszechświata. Miałem spokój i ciszę. Tak mało, tak mało już wiedziałem.

Poświęciłem nie mało, za mało, czasu na badania, która to cecha życia gatunku homo sapiens była wiodącą. I choć nabrałem sporo doświadczenia, nadal nie wiedziałem, o czym mówię. I nie było w tym nic a nic z przesady, a nawet zawiści, gdyż nadal nie znałem liczby podstawowej, na której całe nasze ludzkie trwanie opierało się ufnie i bezgranicznie.

Nie wiedziałem.

Widziałem. Ledwo widziałem świat prześwitujący spod gęstej mieszanki zawieszonych przy powierzchni ziemi cząstek pary wodnej, otulającej widok tak, że mógłby za zbrodnię tego wyglądu trafić na wystawę Entartete Kunst. Na wystawę sztuki wynaturzonej, a nie na cudowny błękit nieba i słońca, oparty na romantycznym realizmie, którego zadaniem było głoszenie co rano chwały świata i światła. Wielkiej chwały przez prezentowanie klasycznego wzorca twojego piękna, cudowna Walkirio, a nie obrazu zniekształconego i zdeformowanego. Samoloty i tramwaje.

I w tej cynkowej bieli poranka widziałem nagle wyraźnie wybiegających: siebie – marynarza w Azji, kilkuletniego chłopca – i ciebie, piękną, na warszawskim podwórku przed maturą w muzeum okropności. Tak wybiegały w szarości i nagle ubyło mi tych postaci, w grechutowskim rozgoryczeniu, czechowiczowskim motorku, w moim zapatrzeniu, w którym trwały meteory iskier twych obrazów pod przymkniętymi jeszcze powiekami. I nic nie psuło się nagle.

Wszystko psuło się od dłuższego czasu.

Nie płakałem po kątach, choć wciąż nie umiałem ocenić dobrze podstawowego wymiaru świata-wszechświata. Liczba filarów zlewała mi się z liczbą kotów Alików w studiu radiowym ojca rentojada od kotów, od kotłów i od koksu wielkopiecowego. I nie było żadnych mglistych rydwanów, samolotów. Nie latały, oburzone jasnomlecznym blaskiem świata, słońcem świecącym pilotom w oczy, chwała na wysokości, pozostawiając pole minowe do popisu braciom mniejszym i lżejszym, tramwajom zaciężnym, krótko i długo zestawowym, krowiastym Krakowiakom i góralskim kaszulepom.

I jeszcze ciągle sam siebie wspierałem w beznadziejnej walce, w której wszystkie me zbrodnie i tak przecież nie zostałyby anulowane, jak w szkatułkowej powieści od drzwi do drzwi percepcji, jak w zapiętym pod szyję prochowcu zmarzniętego chudego pisarza, jak w pustej flaszce od anyżkowego zielonego napoju oszałamiającego, gdybym nie wiedział, że gdzieś tam jeszcze trwasz, tkwisz, wstajesz i śpisz, naga, ubrana i całkiem we mgle, co każde oblicze je i wciąga w mrok posępnych betonowo szarych magazynów pamięci RAM. Jeszcze trochę wierzyłem w ciebie, Absurdescu, przyjacielu niezbędny o dziwnym imieniu, którego stałem się wielbicielem i wyznawcą jak w dzieciństwie czekoladowo-kokosowego tortu o podobnie dziwnym imieniu fedora, głaskanym językiem na podniebieniu dla lepszego wzajemnego się poznania.

– Fedora? – myślałem, gryząc się w czekoladowo-kokosowy język. Przecież to właśnie Hedora, stwór podobny do kijanki pokrytej wodorostami, z szarą skórą i olbrzymim otworem gębowym, jak u niektórych owadów, mógł wciągnąć mnie w odmęty szaleństwa. Jej-jego duże, osadzone w pionie czerwone oczy przypominały wyglądem kobiece pochwy, zachęcające do wejścia sympatycznym, ostrzegawczym, jaskrawym mruganiem.

Tak było nam po drodze ze sobą, Gojiro, swojsko brzmiąca Godzillo, Hedoro i doktorze Yano wraz z żoną Toshie, synem Kenem i znajomy Yukio, w małym kinie, do którego już wtedy chodziłem, marząc, aż wreszcie zejdziesz do mnie z ekranu, boska Greto Loviso Gustafsson.

O Greto Loviso Gustafsson!

Myślałem „O Greto Gustafsson” i waliłem kwaśne wino księdza prosto w przełyk. Jakże pięknie wykrzywiało twarz. Jakże pięknie dehumanizowało postać, skłaniając ku powrotowi na cztery kończyny. Jednak nie umiało swym kwasem oduczyć mnie i odwieść od mojego wyimaginowanego przyjaciela o romańsko brzmiącym imieniu Absurdescu, nie bardziej niż od ciebie, Boska Piękności, która przybyłaś, byłaś i poszłaś, pofrunęłaś do kosza. A wagony stały całe ze stali, w szarych okopach dnia, we mgle, która mgłą nie byłą, wisząc kilkanaście metrów nad ziemią, dając tramwajom możliwość dotarcia do swoich pętli bez systemu ślepego lądowania. Też tak chciałbym kiedyś wylądować.

I choć rano gładko ogoliłem policzki, nie mogłem złapać sam siebie za przeciwną stronę. Nie mogłem. Starałem się cały dzień, dzień cały. Chciałem złapać, uchwycić, zacząć lub skończyć wreszcie, by jak Bowles, piszący o zasadniczej różnicy, szukać jej najpierw w sobie, później w tobie, wreszcie w całym tym codziennym jazzie, spiesząc do osiągnięcia szczęścia jak tamten turysta Bowlesa, zmierzający pod osłoną nieba do domu już po kilku dniach czy tygodniach. Ja, będąc w końcu bez ciebie, czułem się raczej jak bowlesowski podróżnik, „który do żadnego miejsca nie pragnie przynależeć bardziej niż do innego, porusza się powoli, latami, z jednego krańca ziemi na drugi”, w mej naiwnej drodze do samozadowolenia, do ciebie.

Ale nie ty, piękna Czeszko, ruda veverko, bierna wampirzyco, która wczoraj wyssałaś ze mnie poprzez dotyk w tańcu cały smutek z moich sutek, przytulona namiętnie na kawałku parkietu w bazowej bazie w rytm zeppelinowskich schodów do nieba, mówiąca:
Víš, je mi třicet let – co oczywiście, licząc na coś więcej, skomentowałem:
– Niemożliwe, góra dvacet.

Ty wtuliłaś się jeszcze mocniej, pachnąc swoją intensywną młodością jak najlepsza trawa, oszałamiając jak ona, i mimo że zniknęłaś na dobre i nie dodałaś do znajomych, pozwoliłaś w okrutny sposób odżyć na nowo i wrócić tam, gdzie mogłem znowu próbować szukać mojej jedynej Walkirii, Alicji, Vespy, królowej Hedwig i was wszystkich, których pragnąłem tak bardzo jak przed chwilą ciebie, ruda nimfo wczorajszego wieczoru, kiedy mogłem zostać dla ciebie Egonem Bondym, Bohumilem Hrabalem, szalonym rybakiem, pisarzem Otą Pavlem, a nawet tym z młodszych, Jaroslavem Rudišem, bylebyś tylko została, została na dłużej.

A później, później już nie zostało mi nic innego, jak tylko katować się z tęsknoty czeską piosenką o miłości na praskiej stacji metra linii A w dzielnicy Vinohrady, pod placem Náměstí Jiřího z Poděbrad, o tej samej nazwie, co stacja, do momentu, kiedy stargane tym wszystkim nerwy bezprzewodowych słuchawek wyrzucały mi co chwilę ostrzegawcze Recharge set, aby w końcu nieodwołalnie, jak twoja sylwetka, moja Walkirio, znikająca przed laty w drzwiach wagonu na dworcowym peronie, powiedzieć ostatecznie Power off.

A wtedy, podobnie jak emerytowane norymberskie, dawniej beżowe, teraz przywrócone do życia biało-niebieskie wagony tramwajowe, mogłem znowu czuć się jak starszy pan w oknie kawiarni Avion, jak chiński mędrzec na brzegu rzeki, jak garbata Tatra 97, skopiowana później przez Herr Ingenieur Ferdinanda Porsche, dająca początek ludowemu volkswagenowi, a najdokładniej jak ostatni kretyn na krze pośród roztopionych wód morza, jeziora i zalewu codzienności.

Samoloty i tramwaje. Tramwaje i tatry, czeskie piękności dnia i nocy, i ty, czeska piękności, coltrainowska Me one and only love. Dajcie żyć w dzień.

Poszedłem na zakupy.

I właśnie wtedy spłonął samochód.

***

Pięć było żywiołów. Pierwsza zaś była prasubstancja Arché, przedsokratejska prazasada, praprzyczyna wszystkich bytów, zasadnicze tworzywo, z którego powstały wszystkie elementy świata, będąca jednocześnie głównym składnikiem rzeczywistości. Dla jednych ziomali, jak dla Talesa z Miletu, była nią woda. Inny wesołek, Anaksymenes, presokratejski joński filozof przyrody ze szkoły milezyjskiej, bardziej poważał powietrze. Ancymon Anaksymander z Miletu miał jedną zasadę dotyczącą Arché, według której wszystko albo było zasadą lub wręcz pochodziło od zasady, będąc mitycznym niemal apeironem – bezkresem. Koleś Heraklit, pochodzący z Efezu w Jonii, praprzyczyną określił rozum i jego kosmogoniczną fizyczną szczególność – ogień jako szczególną formę procesu powstawania rzeczy w wyniku przechodzenia jednego przeciwieństwa w drugie. Dla Heraklita wszechświat nie musiał zostać stworzony, gdyż zawsze trwał jako żywy ogień, będący aktem zjednoczenia w trakcie swego zapalania i gaśnięcia, metamorfozy ognia, z którego powstały meteory, planety i gwiazdy, stanowiący jeden z elementów składających się obok ziemi i wody na ludzkie życie i ognia, nosicielem świadomości wchłanianym przez dusze wraz z oddychaniem, a gdy ogień odchodził, przychodziła śmierć, ponieważ wszystko musiało przejść w myśl walki przeciwieństw poprzez odwieczny krąg życia i śmierci. Staruszek Ksenofanes, wędrowny rapsod, jako prazasadę uczynił ziemię, „z ziemi bowiem powstaje wszystko i wszystko w końcu obraca się w ziemię”, „ziemią i wodą są bowiem wszystkie rzeczy, które rodzą się i rosną”, i przede wszystkim „wszyscy zrodziliśmy się z ziemi i wody”.

Tamten zaś gość, Empedokles, starożytny poeta, filozof, uzdrowiciel, zgodnie pogodził teorię Parmenidesa o niezmienności bytu z poglądami Heraklita o nieustannej zmienności zjawisk. Zatem prazasada bytu była jednak czworaka, bo tworzyły ją cztery korzenie, zwane dopiero później pierwiastkami lub żywiołami, elementy wieczne, gdyż to, co jest, nie powstaje, nie przemija i jest niezmienne, a wiecznymi były przecież nieodmiennie ziemia, woda, powietrze i ogień. Tak trwały i mieszały się cztery żywioły, „nie ma powstawania czegokolwiek, co jest śmiertelne, ani nie jest końcem niszcząca śmierć. Jest tylko mieszanie się i wymiana tego, co pomieszane” – cztery żywioły.

I właśnie wtedy spłonął samochód.

I nie potrzebne do tego były anaksagoryjskie zarodki – homoiomerie, według bowiem dziadersa Anaksagorasa z Kladzomen żadna jakość nie mogła powstać z innej, a składniki świata były trwałe i wciąż są niezmienne. Wszystko było wobec tego i nadal jest jedynie złożeniem zarodków i z tego powodu we wszystkim, co istnieje, jest część wszystkiego.

Dziwak Demokryt z Abdery szukał w całej przyrodzie maleńkich, niepodzielnych cząstek zwanych atomami, które odróżniały się od siebie jedynie kształtem, położeniem i porządkiem, znajdując się w ciągłym i odwiecznym ruchu, co powodowało jedyną przemianę, jakiej podlegały.

Koleżka Pitagoras i jego uczniowie uznawali, że jedynymi istniejącymi własnościami bytu była liczba jako ilość substancji określona w zasadach matematyki. Liczby były praskładnikami – przyczyną i wzorem rzeczy, a także jedynym bytem realnym. Można im było przypisać wielkość przestrzenną oraz kształt w postaci powierzchni lub objętości. Bez liczb wszystko stałoby się niewymiernym bezkresem, więc tym, co określało byt, była pitagorejska harmonia liczb i ich relacji ze sobą.

Wszystko było praformą wszystkiego, wraz z czterema empedoklejskimi żywiołami – wodą, ogniem, ziemią, powietrzem – i tym piątym arystotelesowskim – eterem. Ale ten ostatni, panisko Georg Wilhelm Friedrich Hegel, pojmując absolut jako ducha rozwijającego się z samego siebie, utożsamiał myślenie z bytem, wracając do racjonalizmu jako obrazu świata będącego historią rozwoju absolutnego ducha, który przechodzi poprzez etap uzewnętrznienia się w świecie zewnętrznym, mając puste pojęcie samego siebie w logice metafizycznej, aż do pełnej świadomości absolutnego ducha.

I właśnie wtedy spłonął samochód.

Ogień, ogień. Ogień pochłonął wszystko, co było trwale i niepodzielnie przymocowane, nieoddzielne i niewyjmowane. I nie woda, która nie powstrzymała, i nie powietrze, co podsycało, nie ziemia, która nie zapobiegła, nie ulotny eteryczny duch, bo nie czuwał nad wszystkim, nie heglowski rozum, kierujący układającym wcześniej pod maską przewody mechanikiem, ale ogień dokonał zniszczenia.

Ogień, ogień, brat śmierci, oderwał moje myśli od praprzyczyny, od Arché mojego własnego świata, od ciebie, która zniknęłaś i, jak się okazało, żadna czeska najpiękność z praskiej Lucerny zastąpić mi ciebie nie mogła. Na znak tego wtedy właśnie spłonął samochód, a ja, nawet nie będąc przy tym obecny, poczułem dokładnie, w tym samym – jak to później ustaliłem – momencie, impuls do ruszenia w twoim kierunku, Walkirio, Alicjo, Wenecjo i Wenero. Jednocześnie ogarnął mnie ogromny żal i pieczenie w ustach, w tych ustach, które jeszcze wczoraj wargami dotykały w tańcu twojego gładkiego, okolonego puklami rudych włosów, niepokrytego żadnymi fluidami czy pudrami, policzka, kráska veverko.

Teraz dopiero było i stało się już przecież jasne, że istniała na tym świecie wadowickiej kremówki i herbicydu Agent Orange pełna dwoista jedność filarów świata-wszechświata, bytów trwałych i nietrwałych, istotności i niewagi, istnienia i niebytu, słodyczy i kwaśności, a także zgodności, jak samolotów z tramwajami, mgły porannej z palącym latem słońcem oraz trzydziestu czeskich wiosen życia rudej wiewiórki i twoich niepoliczalnych, bo to przecież dla mnie i tak bez znaczenia, lat życia.

Tak właśnie ogień i śmierć były jedynymi w swej dwoistości filarami naszego codziennego świata-wszechświata i aby to odkryć, potrzebna mi była ta oczyszczająca podróż przez poranki, wieczory i noce, pogoń za tobą eteryczną, potykanie się o wszystkie policyjne i ekshibicjonistyczne postaci po drodze, wreszcie ostateczne oszołomienie młodą czeską pięknością i ogień, towarzysz niejednej śmierci, oczyszczający wszystko do gołej blachy strawionego płomieniami samochodu, w rytm wagnerowskiej Jazdy Walkirii, kiedy moja piękna Walkirio, miałaś pozostać dla mnie na zawsze mrzonką, nie moją żoną i ozdobą w ołtarzyku wiekuszczęścia niedościgłego.

Redakcja i ilustracja: Paweł Harlender
Korekta: Maciej Kiełbas


Mariusz Sambor (ur. 1965) – autor opowiadań, wierszy oraz prozy poetyckiej. Publikował w „Wyciągu”, „n.p.m. ”, „Kontencie”, „Stonerze Polskim”, „Tlenie Literackim” i „Rzyradorze”. Wirus. Kręci się i wiruje wokół KSP (Krakowska Szkoła Poezji). Mieszka tam, gdzie kręci i wiruje.