PROZA – OMAR

pieśń nad pleśniami:
idzie skacząc po górach, przeskakując pagórki

1.
Mam osiem pojebanych nocy:
pierwsza jak rozbijanie na bezdrożach Wrd&Wrd namiotu, który zawsze w ostatniej chwili się rozleci, a słońce się z ciebie śmieje, pierdolona pokrako, o tak: HAHAHAA
2. ~~~~~~~~~
3. OSKRZELA
4. palpitacje
5. tytuł: poszukiwacze słońca 
6. wrażenie koła
7. pojawiają się:
|||||||||||||||||||||||||||||
|||||||||||||||||||||||||||||||,
i tak dalej, coraz groźniej, poprzez jaskrawe migawki w stronę wybuchów.

Aż nagle dochodzę do wniosku, że przekopanie działki jakieś osiemset metrów na płd.wsch od mojego łóżka to jest jakieś rozwiązanie dla nas. To może wyłączyć mikrofalówkę w głowie, nastręczyć nowego paliwka. 

Nic nie musiałem węszyć i już zjeżdżałem ze schodów w swoim cierpiętniczym śpiworze. Wylazłem o tak:
trochę obślizgły,
a potem w chuj rześki, świeżutki taki z
– JUŻ KURWA WIEM CO ZROBIĆ!!!!!!!!!. Ludzie zerkali, więc szybko się ulotniliśmy w postaci skulonego nędzarza
i skulony nędzarz szedł osiemset metrów, odczytywał znaki z nieba, pod którym chciał wyglądać jak święty piechur, prawdziwy Kumacz Czaczy. 

Ciężko było to ogarnąć łopatą. Na szczęście, tuż przy stacji benzynowej, poznałem wspaniałych synków i jeszcze tej samej, tak zwanej ósmej nocy przygód, jeden z tych przemiłych cycusiów pożyczył traktora, coby szybciej szło z całym tym przekopywaniem:
(traktor i ja wykopaliśmy:
%^&$W$%^$#^ x 14 + ziemia z kamykami),
aż nagle patrzę, kurwa, o tam, wetknięta jak niepotrzebny szpej w kupę ziemi i śmieci, leży jakaś część,
coś jakby odpadniętego od klasycznego fakheda
– co to???????????
– Głowa Omara,
chrypi wympimpiony artefakt,
a potem mówi Duch Omara:
– Jestem Omarem!,
i nikt już nie wie, co jest pięć. Plątanina. Dochodzi do wyładowań. Dym z dymiarki i dalej:
– Jestem Omarem!,
a na niebie kurwiki, będzie się działo.

omar górniak tortellini stoner polski pojebane noce proza eksperyment

2.
Zaczynaliśmy we dwójkę, zrodzeni z ciągów nocy, bezbronni i nieprzygotowani. Osrane ciało stoi oparte o łopatę i nie wie, co z nim będzie. Potem robi się nas coraz więcej. Traktorowi odpierdala. Dokuczają skurcze mięśni, jakieś rzucanie butelkami, głośna muzyka, rozkojarzenie, zwierzęcy strach. Nasze kręgosłupy.  
Potem dołącza Omar, to było jak:
o, znaleźliśmy minę,
i mina zadziałała jak podłączka:
byliśmy gdzie indziej. 

Mikrofalówka, rzecz jasna, cały czas pracowała.
Ale z nim wszystko było inne. To opowieść o Omarze, który wchodzi ci do pokoju jak witalna horda. Siada na fotelu i iskrzy.
A my znaleźliśmy jego głowę.

Kiedy się uspokoiła, poprosiła nas o resztę. Nie czuła bólu, gawędziliśmy sobie jak dwie eleganckie ekipy. Składaliśmy Omara jakiś czas, a potem wstał i postępował trochę przed nami, żeby pokazać, że wszystko git. Chciało się pojeba namawiać do twerkowania, ale coś nie pozwalało. Paliliśmy ognisko i opowiadał nam o wojnach o oldskul. Poprawiał se bandanę. Dochodził do siebie przy naszym zapasie zupek chińskich, a my od niego pęcznieliśmy. Zbierało się od tego wszystkiego na śpiewy. Pojechaliśmy na przejażdżkę. Dostrajał nas do swoich podłączeń z samochodem, nagle zawracał, woził po błogich pasażach czarnego asfaltu. Palec z sygnetem pokazywał maszynerię nocy.
Zaparkowaliśmy na pustym parkingu, żeby sobie pospacerować, popalić papierosy. Nosiło nas po całym terenie, to było jak patrol lunatyków. W końcu wyszliśmy na ulicę. Ocieraliśmy się o tłum. Jeden kolo bębnił protezą po słupach. Omar już wtedy milczał, a ja przestałem utykać. Księżyc nam fitował, była gonitwa, fioletowo, ślina, jazda. Skurwiel nas uleczył.

Rozbiegły się szczenięta, smutny mężczyzna szedł przez beton; 
a potem:
Omar znika.

3.
rozwarł się but: rozkleiły się najacze
Omar wchodzi do kina:

nowa etyka wjeżdża z buta, kiedy wdzięczysz się do podglądacza. normalizacja głośności. chmara sierot skłotuje pomieszczenie z projektorem. przedmieścia są oszałamiające. mógłbyś być chlorem z tego chloru i nim jesteś, i idziesz, a przejścia są zajebiste:
tryb: biegnie przez pasaż muru i kolorów
jesteś: |płacze na dzikości serca płacze na kingkongu płacze na zawołanie| |podeszwa jebie azbestem| |mgła mży neon| |piwniczna orkiestra majtków ocaleńców z titanica| |śmierć w wypadku| |tunel wita drżące ciało| |jedenaste piętro loty samolotów| |chłopiec kuleje chłopiec wraca do domu| |miliardy żakietów| |kiedy biegł szlakiem czerwonych obcasów wiatr zwiał mu bejsbolówkę| |prawdziwy deszcz po sztucznych ogniach| |rozdaje ulotki i dotyka ludzi|
słyszysz:
pomyśl, choć przez chwilę, jacy musieli być odważni. i pomyśl, jak dużo musiało być w nich niezgody na zastany świat. było ich dwóch gierojów, chłoptasi opętanych ideą nowych wspaniałych peep show. pierwszy miał jeszcze pół roku czapy w poprawczaku, na przepustki wybiegał w wymiętoszonej marynarce i osranych butach, czytał stare książki. drugi był cwańszy i nieuchwytny, rozpędzał się jak hart. z ludźmi obchodzili się dwojako: albo ich naciągali, albo indoktrynowali. w końcu dochrapali się tego nowego wspaniałego peep showu. śmiechów i świateł było co niemiara. podrygiwali z klaunami, lud ich ukochał.
widzisz:
znowu to światło. idzie skacząc po trzy schody. wpaja sobie ten rytm, staje się seriami uderzeń po trzy.
tryb: przecinają się drogi
drzwi są zamknięte, ale po drodze widziałeś szesnaście innych, liczyłeś, takich do wyważenia i wyważasz drzwi numer osiemdziesiąt siedem, na przedostatnim piętrze wieży. wchodzisz do pustego pokoju. otwierasz okno i witasz fioletowy firmament o wartości dwóch jednostek ekstazy:

Wbiegła zdyszana, bo czuła, że tu jesteś,

Omar wychodzi z kina.

4.
Omarek widział ogromnego żylaka. To było wczoraj. Omarek szedł chodnikiem z bułą obłożoną dżemem i masłem orzechowym. Był zmęczony i miał lepko w buzi. Zachciało mu się puszki z piciem albo schłodzonego mleczka. Kiedy Omarek wszedł do sklepu, zadzwonił dzwoneczek. W środku kłębiły się kobiety. Wisiały przeróżniste girlandy. Omarek macał po paczkach czipsów, czy nie ma żetonów. Nie było żetonów dla Omarka i pomacał jeszcze lizaka przez różowiutką folię, tak sobie, żeby sprawdzić jak to jest przesuwać taką różowiutką folią po główce lizaka i jaki to zrobi odgłos. Omarek pomyślał o firankach w domu naprzeciwko. Jedna pani się za nim obracała. Po podłodze dreptał pajączek i Omarek wszczął śledztwo. Przy bananach była kraksa. Omarek znalazł dla siebie kolorową puszeczkę i stanął w kolejce. Zgubił pajączka, ale zauważył żylaka i patrzył na żylaka, i wytężał wzrok, żeby żylak pękł. 

5.
dwie zagubione kamery miejskie:

Kiedy tylko nauczyłam się zaglądać ludziom w okna,
zrozumiałam Omara. Najpierw byłam jak ci wszyscy zaspermieni podglądacze z filmów Briana de Palmy. Nuda i bierność. A potem zrozumiałam, że najlepiej jest w mieszkaniach bez ludzi. Można fikać fikołki. Jeździłam na dzielnice biedy popatrzeć na niszczenie. Wbijałam zęby w ekoskórę na wschodzie. Ile fajnych i dziwnych rzeczy można zrobić komuś na chacie! A Omar zostawał w tych mieszkaniach naprawdę na długo. Ocierał się o dywany, dawał piękne przedstawienie i wielbiły go hologramowe sowy; a tak w ogóle, pracujemy razem, bo w odpowiednich interwałach ujrzałyśmy Omara, ruszyłyśmy za nim; Rozjebało nas to w pierwszej sekundzie. Miał na sobie fioletową kurtkę z gwiazdą. Albo nie, chyba granatową z takim dużym złotym słońcem. Ogromny, ciągle pracujący nos. Zaskakująco małe, delikatne dłonie. Źrenice jak tunel, a na jego końcu – wiertełka. Cała w musujących bolesnych łzach, oślepiona, szlochając, wijąc się wbiegłam w tunel i wyszłam z drugiej strony. To tam się poznałyśmy. Zbliżyła się do mnie, wzięła za rękę, pogłaskała. Ruszyłyśmy razem, za kompas mając świszczącą do nas aurę Omara.
Podobny jest miły mój sarnie i jelonkowi: oto on stoi za ścianą naszą, poglądając okny, patrzając przez kraty. Ale trzeba znaleźć do niego drogę. Uciekłam z ula już po pierwszym czyszczeniu pamięci. Usunęli ze mnie kilkaset godzin patrzenia pod jednym kątem na plac z bezpłciowymi ludźmi. Żadnego zooma i wciąż tylko: !!uwaga miasto sparaliżowane!!, a potem te same procedury, przejazdy szarych pojazdów. Dusiłam się. W zasadzie tylko przemknął, ale wyczułam go i wiedziałam co robić. Wolna od pamięci, sunęłam tunelem przewijających się kolorów. właśnie; wjechał z buta, ale jako tancerz garść pikolaków mrowienie konfetti, jakaś pierdolona capoeira, miszmasz, zgiełk: coś jakbyś szedł przez swoje puste mieszkanie, owinięty w ręcznik i gotowy na kolejną przeciągającą się noc, a potem zobaczył coś, co sprawia, że chcesz wyjść przez okno, boso, prosto na pustynię, z zamiarem zrzucenia z siebie skóry; albo jakbyś wyciągnął z zamrażarki biedne, skulone ciało i coś podpowiedziałoby ci, żeby wysiadywać je jak jajo, samotnie, na zapadającej się kanapie, gdzie przeżyłeś najgorsze czasy swojego życia, i wysiadywałbyś to jajo do czasu wesołego porodu, migotań, które wreszcie ci się ukazały
omar górniak tortellini stoner polski pojebane noce proza eksperyment

6.
Stara bajka: mijają się auta, staruszka przechodzi przez pasy. Jest wieczór.

Osoba wchodzi do sklepu. Wiemy o niej tyle, że ma problem z narkotykami i fascynuje się bronią, a stawianie się w roli ofiary sprawia jej perwersyjną przyjemność. W tle ma nastawione brazylijskie tańce, które przebijają się przez beton basowego dudnienia. Gapi się na pióropusz reklamujący czipsy. Bierze kiść bananów, dwie zimne puszki i batona. W alejce z nabiałem napotyka szalone spojrzenie dzieciaka, ale nie idzie tym tropem. Bierze jogurt pitny i staje jak stoją tamci – smutni, w kolejne, kiedy robi się wieczór.
Tak to się tutaj kręci: ludzie wchodzą do sklepów, wychodzą z nich. Idą chodnikiem, biedni i ciężcy, a wieczór przechodzi w bezwietrzną noc. Światła są takie wyraźne, szczury robią co chcą. Ze śmietnika wychodzi przerażona kobieta. I kto tu, kurwa, da radę zasnąć, myśli osoba wracająca ze sklepu.

7.
Na naszej dzielnicy działy się ostatnio dziwne rzeczy. Emerytowany policjant wystawił przed swoją knajpką wielkiego reklamującego jego szamę policyjnego balona. Coś na trzy metry wzdłuż i dwa wszerz jako uśmiechnięty krawężnik z talerzykiem wołowinki i frytami. Najpierw odbierało się to jako miejscową żenę. Ludzie go znali i wiedzieli, że źle nie chciał. Jako pies nie był najgorszy. Wiedział, skąd pochodził, że tak powiem. No ale odjebał dziwną akcję i to też trzeba przyznać. Już za dnia ktoś napisał jebać na tej jego reklamie, a w nocy chłopaki se postrzelały i reklamy nie było. Ale tylko do rana, bo skurwiel wystawił kolejną. Ja nie wiem, gdzie on je trzymał, ale następnego dnia było to samo. Chłopaki se postrzelały, a już o ósmej stał kolejny dmuchany gliniarz. Ludzie się wkurwili. Ktoś zorganizował siatkę dziennych zamachów terrorystycznych, a w nocy były klasyczne odstrzały z pędzącego samochodu. A ten nic. Dalej wystawiał reklamy, uśmiechał się do ludzi w markecie i popierdalał na pikniki ze swoją szczęśliwą rodzinką. Jakby nic się nie działo. Mijały dni, balona zawsze ktoś niszczył. Jeśli między 8-22, to już pięć minut po strzelaniu, kłuciu albo wybuchach stał następny. A jeśli w innych godzinach, to zawsze punktualnie o tej 8, jak zaczynał się dzień i ludzie szli wkurwieni do pracy. Na dzielnicy zapanowała bezradność, a właściciel knajpki udawał, że nie wie, o co chodzi, bo to reklama firmy, u której się franczyzuje i nawet gdyby chciał, to chuja może zrobić, chociaż i tak pewnie chuja by zrobił, bo uważa tę reklamę za fajną i zabawną, a fakt, że sam jest emerytowanym policjantem, za wielce przewrotny. Pojawiający się i znikający balon stał się w końcu czymś normalnym, wrośniętym w naszą dzielnię jak kominy albo przemoc. Pierdolona wańka-wstańka, nakręcany Łazarz. Ludzie zaczęli się przyzwyczajać. Często tamtędy chodzę i mierzi mnie to, no ale co mogę zrobić, idę dalej i chuj. 

8.

Tak rzadko wyświetla się wejście.
Wchodzi Omar.
Tym razem się udało i wbiega, żeby z wielką ulgą zrobić siuru w cichym miejscu, a potem pomyśleć co dalej. Tutaj Omar czuje się bezpiecznie. Jego gabinet ma wiele wejść i wyjść, ale nie zawsze się trafia. To coś jak rzut na oślep, lotką w mapę z popierdolonymi konturami. Tym razem się udało. Siada na ciepłej desce klozetowej i długo sika mocnym strumieniem. Kiedy kończy, postanawia posiedzieć na ciepłej desce klozetowej jeszcze trochę i pomyśleć co dalej.
No właśnie.

Ilustracje: Grzesiu Tortellini

Redakcja: Patryk Kosenda

Korekta: Paulina Żebrowska


Mateusz Górniak – pisze fikcję literacką i teksty dla teatru.

Grzesiu Tortellini – audiowizualny gostek w 3d, członek zarządu Satuk Gamma.