szpitalne katakumby / mam się dobrze
Wyrywanie igieł z kaktusa nagle nabiera sensu,
jak cisza wypala bębenki, ćmy rodzą dzieci,
za kratami dym, a przed nimi popiół z rtęci.
Nie dręczą mnie fusy, choć wpijają się
między zębami, lgną do korzeni: wyżuj,
nie wyrzuć z okna, jedno już nie ma rolety.
Kraj życia i rzycia, a ja stoję na uwięzi.
Z prawej strony prysznic, z lewej – zimna woda,
pomiędzy dziewczyna je zupę widelcem,
tam soli twardą deskę, je świat po świecie.
Wszyscy szukamy
Dwa gramy, mokre siedzenia,
wilgotny piasek i spalone zboża.
Mówiliśmy: mamy inne żywioły.
Mówiliśmy: jedno się pali, drugie gaśnie.
Kwiaty bez woni, świat – brak widoków,
horyzont się kończy i owoc wróci do nasion.
Mówiliśmy: gubimy kroki.
Mówiliśmy: niech niosą nas echa.
Sprana pościel, poduszka bez pierza,
kołdry obciążeniowe i zimne stopy.
Mówiliśmy: nie rozdrapujmy.
Mówimy: niech kąszą.
Kiedy nie byłam sobą, byłam wciąż sobą
I wszyscy, co myślą, że to chwilowa fanaberia:
powinni usiąść lub wstać.
Jak się patrzysz, patrz dobrze
Kiedy się patrzysz, pamiętaj, aby oczy mieć
na uwięzi. Zasada pierwsza: nie mierz
z oddali. Zasada druga: co rozmyte,
niech takie pozostanie.
Wywal szkła korekcyjne i soczewki.
Miej jeden kolor oczu. Zaszyj
przy nadmiarze słońca i nie doszukuj się
kropek, kropek, kropek w ciemni. A gałki
niech kręcą się po trójkącie.