San się pojawił na skaju w środku najtu
i nad gardenem wyświęca swoje reje.
Ejże!
Czildreny gołe i ich ubrane sistry
pod ambrelami schowane niczym łormsy
w sojlu.
Jejku!
Madera z faderem w sandeju na eringu.
A baterflaje nad nimi –
podobno są jak bridże,
jak napisano gdzieś w poetyckim buku,
i trudno nie zgodzić się z tym kłetejszynem,
bo łączą lajnami ich brefy niewidzialne,
latając od hedu do hedu.
O jeju!
Hend do hendu.
Osom widok.
I nie, nie idzie nam o te insekty,
co żądlą stingiem
(bo czym mają żądlić?),
lecz o adżektiwa.
Nołmater.
Idźmy, idźmy.
Ejże!
Powrót.
To znaczy powiedzieć chciano: szybki ritern,
bo w tymże gardenie za wiele nas ominie.
Flałersy i trisy rosnące aż pod starsy,
a frutsy piękniejsze niż bateksy gerlsów.
Jeju!
Sołl aż śpiewa.
A razem z sołlem podśpiewują birdy.
I niech Ci się przyśni,
jak mnie,
ten garden dziwny.
Niech hart ci podejdzie do trołta ze zdumienia.
A jeśli nie wierzysz, mój frendsie,
toś naiwny.
Jak to –
że niby gardenu tego nigdzie nie ma?