Proza – Stan niepodległości

Wczoraj odpadła mi ręka. Pomachała do mnie z dołu parówiastymi paluszkami i puściła oko otwartym porem. Nie krwawi – mówi, że nie ma czasu na jęczenie. Zresztą może krew nawilży jej już i tak zdartą powierzchnię naskórka. Ubiera się. Zakłada rękawiczkę i widzę, jak powstrzymuje łzy. Pytam: o co chodzi? Dlaczego się tak dziwnie zachowuje?

Mówi, że będzie tęsknić, że było nam razem dobrze, ale od lateksu dostaje reakcji alergicznej i dłużej tak nie może.

Trochę nie rozumiem – z założenia nie powinna odchodzić. Do tej pory nie wzięłam tego pod uwagę. Co mam teraz zrobić? Stoję tak z wybrakowanym miejscem poniżej ramienia, a ona powinna wisieć mi właśnie tam. Moja ręka. Tymczasem ogłosiła niepodległość. Zastrajkowała i odłączyła się od ciała. Jestem pewna, że wróci, jak czegoś będzie chciała. Zasiłek jaki, bandaż może?

Jednak minęło kilka godzin i zaczynam się martwić. Nie zadzwoniła. Nie zainteresowała się, czy dobrze sobie radzę z brakiem. Czy jestem w stanie funkcjonować? Czy teraz mogę poradzić sobie ekonomicznie? Czy może ktoś nowy mnie wielbi i chciałby przyszyć się na jej miejsce?

Ja się tu wykrwawiam. Nikt się nie odzywa, zastępczo. Cierpię w relacji na żywo i przyciągam ciekawskich użytkowników mediów społecznościowych. Ale też, fakt, nie mam czasu na własne krzyki egzystencjonalnie, więc odpycham każdą pomoc za każdym razem, gdy usłyszę ciepłe słowo w słuchawce zamiast wyświetlenia na Messengerze.

Dziwka, pewnie już złapała syfilis libertyński albo odprawia jakąś mszę okrucieństwa na serwerach +18. Chcę włamać się na jej konto i bluzgać, obrażając jej niezależność. Niech paznokcie jej pożółkną.

Głupia, jak mam odebrać teraz przesyłkę z paczkomatu? Inpost mnie pogania i wyznacza deadline okupowania przestrzeni białej skrzyni pod pasażem. Do 48h, potem paczka trafi do oddziału Lazy. Nie wiem co się dzieje z paczkami w oddziale Lazy. Podobno związki zawodowe na nich siedzą, podobno pracownicy nie wytrzymują napięcia i rozpruwają je, dobierając się do środka. Paczki z oddziału Lazy, to najwięksi przestępcy, trudno się do nich dostać. Musisz wypełnić formularz z urzędu pracy i tylko jeśli rozliczyłeś się z podatku, przekazując 1% na wsparcie stacji paliw, możesz zobaczyć swoją paczkę przez kamerkę internetową. Skype oferuje połączenie na koszt gapia. Kto ma na to czas, moja ręko?

Poszłam się zdrzemnąć. Jest jutro. Moje prześcieradło i materac kokosowy są czerwone. Zmieniły kolor, ale to nie od okresu, cyklicznie, a nagle, bezprecedensowo. Sprawdzam, czy ręka wróciła na swoje miejsce. Nie ma jej.

Sprawdzałam pod łóżkiem, szukałam w szufladzie, zastanawiałam się, czy ktoś ją ukradł. Nie, sama przecież się zgubiła. Odeszła, malując mnie jako inwalidkę. Czuję się średnio, chudo tak. Moja skóra jest bledsza, a w zasadzie sina, ale idąc za Pawlikowską – widocznie można żyć bez powietrza – więc daję radę wyciągnąć telefon i w metalicznym zapachu, na kokosowym puchu o grubości 26 cm, półtwardym i towarzyszącym mi każdej nocy materacu, czekam aż bip, bip, biiip. Nie odbiera. Piszę więc na Messengerze. Widzę jak wiadomości nie dochodzą do mojej ręki. Pewnie wyciszyła konwersację albo włączyła „ignoruj”.

Moja ręka kiedyś lubiła zabawę. Kiedy bywałyśmy w klubach, bez wątpienia potrafiła gładzić wszelkie powierzchnie, łapać się każdego i palce wciskać w substancje pochodzenia wątpliwego. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Ale widziałam, że ma z tym problem. Robiła się nieskoordynowana i miała nerwowe tiki. Czyżby była głodna?

Dzwoni. Mówi, że jej zimo. Chce, żebym przyjechała i się nią zajęła. Szkopuł w tym, że ja ledwo mogę oddychać. Ta sprawa mnie przytłoczyła. Ruch, to zadanie poza możliwościami mojego ciała. W tym momencie dostrzegam nieocenioną wartość nóg. Uważam, że w codziennym rozdaniu kart nogi są w bardziej kłopotliwej sytuacji niż ręce. Są obciążone fizycznie i nie doświadczają seksualnej satysfakcji.

O, seks właśnie. Seks z nią był okej. Chyba dużo się o sobie dowiedziałyśmy. Problem pojawił się, kiedy zaczęłyśmy eksperymentować z zabawkami. Wtedy wydawała się być wyczerpana, jakby sztuczny dotyk obcego, lateksowego ciała nie odbierał bodźców, które tak usilnie harowały na moją satysfakcję. Jakby receptory neuronów były przypalone. Jakby moja ręka poczuła, że jest zbędna.

Patrzę w lustro, wciąż wiszę na tym telefonie. Odmawiam jej transportu. Mówię, że mam niskie ciśnienie. Słyszę, jak kokos przecieka. Widzę, jak chudnę od braku krwi. Jestem fioletowa, jestem zielona, jestem innym rodzajem.

W końcu na dywanie kładzie się ona. Mruga do mnie i udaje, że zawsze tam leżała. Moja ręka. I tak patrzę na nią i ona gapi się na mnie. I tak zastanawiam się, czy mi jej brakowało? Czy tracę słuch, bo nie słyszałam, jak wchodzi?

I ona ściska mi kikut, swoim paskiem, tak, że nie krwawię więcej. Podaje mi energetyka z lodówki i tę dziwną, niebieską mieszankę witamin, którą w osiedlowym można kupić przy kasie. Widzę, że teraz ona krwawi. Widzę, że ją boli. I jakoś nie umiem jej współczuć. I myślę, że dobrze się stało. I mówię jej, że fajnie, ale ból przeszedł i miło z jej strony.

Zerkam na mój kikut. W lustrze, patrząc nie na niego, na wprost, widzę, jaki jest przystojny. Jak obły kształt mi sprzyja. I dziwnie zakochuję się w tej wizji. I dzięki niemu robię się coraz sprawniejsza. Nauczył mnie, jak zamiast chwytać – podnosić. Jak nie łapać, tylko wsuwać. Jak przesuwać lepiej. Wkładać, gdzie się da. Tylko moja ręka, na koniec, mogła mnie postukać po plecach palcami.

Ona wszyła. Musiałam tak się patrzeć na ten kikut i fantazjować o nim, kiedy zostawiała klucze na parapecie.

Nie mam ręki już drugi dzień.

Paczkomat otworzę kodem kreskowym.

Zapomniałam o mojej ręce.

To był długi weekend.

Ilustracja: Anna Gil

Redakcja: Patryk Kosenda

Korekta: Weronika Stemborowska


Kaja Jakubowska – reportażuję, czasem zdjęciem, czasem filmem. Siedzę w ciemni i po ciemku też piszę. Publikowałam i chcę dalej, najlepiej te rzeczy z szuflady, bo skrzypią w nocy i rdzewieją w plikach. Co więcej? Lubię daktyle. Czekam by na Podkarpackim spadł deszcz. Nie mogę się doczekać, aż zamoczę stopy w Łęgu.