Proza – Nie takie znowu cudowne rozmnożenie (wspomnienie ze Światowych Dni Młodzieży w Krakowie)

– ŚDM, kurwa! – drze się menedżer, wylatując ze swojego ciasnego biura jak z procy. Drzwi za nim trzaskają, a on zdecydowanym, pełnym kapitalistycznej werwy krokiem przechodzi przez kuchnię. – Napierdalamy, panowie, eś-de-em! – skrzekliwy, podkręcony na maksa głos menedżera roznosi się po całym zapleczu, gdzie styrani pracownicy, wśród których jestem i ja, rozkręcają w morderczym tempie ciasto na pizzę.

Rozkręcam ja, rozkręca Łysy, Młody i Siwy, co razem daje czterech archetypicznych facetów, którzy kopali piłkę na każdym osiedlowym boisku, jarali blanty na każdej palarni w każdym zespole szkół elektrycznych, mechanicznych czy też ogólnokształcących, i którzy musieli się znaleźć także w tej restauracji. Nie było opcji, żeby nie spotkać tu jakiegoś Młodego, Siwego czy Łysego. I chociaż żaden z nas nie ukończył gastronomika, nie ukończył kotleciarni, nie ukończył wyższej szkoły gotowania na gazie, ani tym bardziej wyższej szkoły robienia hałasu, jak podaje fejsbukowy profil Siwego albo Łysego, już nie pamiętam; choć każdy z nas został zwerbowany do tych koszar z innej dzielnicy, to wszyscy jedziemy na tym samym wózku i wszyscy toczymy tę samą kulkę wygarowanego ciasta na pizzę; pracujemy w tej amorficznej restauracji pozbierani z różnych miejsc, z różnych ulic, szkół i domów, i taką też robimy tę pizzę, pozlepianą z różnych kawałków, tak że nie wiadomo do końca, jak w ogóle trzyma się kupy.

Łysy albo Siwy, już nie pamiętam, utrzymuje na fejsie, że ukończył Wyższą Szkołę Robienia Hałasu, i rzeczywiście coś w tym jest, bo tak jeden, jak i drugi trzaska wszystkim, co popadnie. Obaj trzaskają patelniami, na których rozkręcają ciasto, i obaj trzaskają drzwiczkami chłodni, z których to ciasto wyjmują. Ruszają się energicznie, popisują się, że są tacy rzutcy, przed Młodym, ale tak naprawdę jadą kolejną godzinę na ostatkach sił, a z ich twarzy bije nieskończone zmęczenie. Oni są absolwentami Wyższej Szkoły Robienia Hałasu, ja z kolei chodzę w koszulce z napisem szlachta nie pracuje, ale to zgrywa, jestem przecież jebanym biedakiem i to w dodatku pracującym, ba, harującym, zapierdalam tu za minimalną krajową netto, która jest jednocześnie minimalną krajową brutto i która jest podnoszona co roku o parę groszy, ale i tak nie nadąża za rosnącymi w znacznie szybszym tempie cenami w wielkopowierzchniowych hipermarketach. Czasem tylko dorzucą mi do wypłaty jako premię jakiś śmieszny bilet do kina albo zaproszenie do tej samej restauracji, w której pracuję, tylko że w innym centrum handlowym. I to jest właśnie najlepsza nagroda, żeby w dzień wolny pójść sobie znowu do pracy i zjeść tę samą pickę, którą robiło się przez cały tydzień, i znowu słuchać przepuszczanych już tyle razy przez uszy piosenek ze składanki napisanej i wyśpiewanej przez niespełnionych artystów.

Niechby szlag trafił te piosenki, które śnią mi się po nocach razem z sypiącym się zewsząd, zamrożonym, bo wyciągniętym dopiero co z mroźni, bądź też źle schłodzonym, ciepławym serem. Co noc zwala się na mnie lawina, która mnie zasypuje, która na mnie napiera, która śni mi się tak samo, jak dobiegający z kuchni głos menedżera, teraz jednak wcale niebędący snem, lecz najprawdziwszą rzeczywistością, która krzyczy skrzekliwie, żeby szybciej i że tempo, a potem przechodzi z kuchni na salę i z uśmiechem wita pielgrzymów ze Światowych Dni Młodzieży, tych, za których kupony na darmowe jedzenie zapłaciła Konferencja Episkopatu Polski czy inna Kongregacja Nauki Wiary, nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. Za nas jednak nie zapłacił nikt i dlatego nie możemy zjeść żadnej darmowej pizzy, będzie ją jadła ustawiająca się w kolejce po odbiór wynosów ogólnoświatowa młodzież. Nie możemy też iść na żadną przerwę, bo każda para rąk mniej to tylko straty dla restauracji, straty dla jego monstrualnie rozrośniętego kierownictwa, dla menedżerów, których jest więcej niż kucharzy i kelnerek razem wziętych i którzy nękają nas nieustannymi kontrolami. Wszystko ma być na błysk, nawet największe zakamarki restauracji, w które i tak nikt nigdy podczas tych kontroli nie zagląda. Bywało, że Łysy mówił mi, jak sprzątałem: – Ma być tak, kurwa, czysto, jakby tu miał jutro papież przyjechać. – Teraz poznałem prawdziwy sens tych słów. Wczoraj wszystko zostało pięknie wysprzątane, ale dzisiaj już nie ma po tym śladu, dzisiaj, w czwarty czy piąty dzień Światowych Dni Młodzieży, których została jeszcze jakaś połowa, w restauracji panuje całkowity burdel. Po podłodze, której od początku dnia nikt nie zamiatał, walają się nieskrojone pieczarki razem z połówkami pomidorków koktajlowych. Wszędzie rozsypane są wiórki sera, sos pomidorowy rozbryzgany jest po całej restauracji jak krew, jak nasza, moja, twoja, Młody, krew, jeśli jeszcze nie jesteś tego świadomy, to prędko się uświadomisz, ten sos to krew, która jest z nas wysysana przez pijawki z zarządu.

Już dwunastą godzinę stoimy tutaj – ja, Łysy, Młody i Siwy – bo musieliśmy przyjść o piątej, żeby rozładować jakoś te pół tony mąki z dostawy. Minęło już dwanaście godzin, a zostało jeszcze sześć. Stoimy i rozkręcamy ciasto na pizzę, a potem sypiemy składniki zgodnie z zamówieniami pokazującymi się na od dawna już całkowicie zapełnionym, co tam, nie tylko zapełnionym, ale dwukrotnie, trzykrotnie przepełnionym wyświetlaczu, bo jesteśmy nie jedno, nie dwa zamówienia, ale dwadzieścia, trzydzieści zamówień do tyłu i większość z nich nie ma nawet szans pojawić się na ufajdanym sosem pomidorowym ekranie. Ledwo co je widać zza zaschniętego sosu, ponieważ wyświetlacz stoi zaraz koło pojemnika z tą, pożal się Boże, paciają, czyli tak naprawdę rozwodnionym koncentratem pomidorowym, który trzeba bez przerwy uzupełniać i w ten to sposób zbyt pośpiesznie rozlewany sos brudzi nasz wyświetlacz. Właściwie to przydałoby się, żeby na kuchni była specjalna osoba do uzupełniania pojemnika z sosem pomidorowym, tak samo jak przydałaby się specjalna osoba do każdej z pozostałych czynności, przydałaby się specjalna osoba do nieustannego sypania wiórek zamarzniętego sera na niewyrośnięte jeszcze ciasto, przydałaby się specjalna osoba do układania na pizzy już nie przepisowej, ale całkowicie przypadkowej liczby plasterków zamarzniętej szynki, przydałaby się specjalna osoba do sypania oczywiście również zamarzniętej wołowiny w kostce i przydałaby się specjalna osoba do nieustannego zmieniania worka w zapełniającym się co rusz koszu na śmieci, ale jest nas tylko czterech – ja, Łysy, Młody i Siwy, grupa nie tyle do zadań specjalnych, co do zadań beznadziejnych, grupa, która nie przestrzega już żadnych standardów przechowywania i przygotowywania żywności, grupa, którą, gdyby dzisiaj do restauracji weszła kontrola, zwolniono by w trybie natychmiastowym, grupa, która wyrabia ciasto na pizzę na pokrywie kosza na śmieci, bo na blacie nie ma już miejsca, bo cały blat zastawiony jest plackami, których nikt już nawet nie liczy, ale które po prostu Młody, nowo przyjęty pracownik, cały czas rozkręca, tak jakby robił to od zawsze i miał to robić na zawsze. Cała ta restauracja, ten jeden wielki burdel, nie ma zbyt wiele wspólnego z wyrafinowanym pichceniem w telewizyjnych programach kulinarnych, nie ma zbyt wiele wspólnego z gotowaniem, to jest jedna wielka fabryka, to jest jeden wielki obóz pracy, w którym siedzę już dwunastą godzinę, a wszystko przez tych pielgrzymów z ŚDM, którzy dostali karnety na darmowe żarcie do naszej restauracji i stoją teraz w kolejce, ciągnącej się przez pół centrum handlowego, po odbiór swoich pizz na wynos, a czekając po półtorej godziny na odbiór zamówień, poddają się już nie ćwiczeniom duchowym, ale ćwiczeniom żołądków, i to nie tylko dlatego, że muszą tyle czekać na odbiór swoich pizz na wynos, ale także dlatego, że będą musieli jakoś zjeść i przetrawić to, co im przygotowaliśmy, co zostało wyprodukowane wbrew wszelkim standardom na tej wielkiej taśmie produkcyjnej, jaką jest restauracja, w której pracuję już trzeci rok, ale w której jeszcze nigdy nie widziałem takiego tłumu. Tłumu pielgrzymów spragnionych już nie strawy duchowej, pokarmu niebieskiego, ale strawy cielesnej, darmowej pizzy z kuponów, które rozdawał ksiądz w autokarze. Chleba powszedniego nie daje im dzisiaj jednak Pan, dajemy im go my – ja, Łysy, Młody i Siwy. Czynimy to nie tak znowu cudowne rozmnożenie, bo rozmnożenie dokonywane pracą naszych pokiereszowanych i poodmrażanych od zamarzniętego sera rąk. Pielgrzymi walczą zaciekle o miejsce w kolejce, ale prędzej już chyba wieloryb przejdzie przez ucho igielne, niż ktokolwiek dostanie się do restauracji, bo nie wciśnie się tu już ani jedna osoba i dlatego wzdłuż stolików ustawia się kolejka po wynosy, w której nie wystają już, jak w zwykły weekend, rodziny z dziećmi spłodzonymi marną jakości spermą, zatrutą przez sztuczne żarcie jedzone na rodzinnych obiadkach w centrum handlowym, ale stoi tłum pielgrzymów ze Światowych Dni Młodzieży, który przyjechał tu, by zapełnić miejskie place, rozsadzić autobusy, nażreć się za darmowe kupony i wycisnąć ostatnie poty z naszej grupki pracowników.

Ja, Łysy, Młody i Siwy, czterej pancerni, zapierdalamy od rana do wieczora w kolejny dzień Światowych Dni Młodzieży i nazajutrz powrócimy wierni, żeby wyrabiać nasz etat, ciągnąć te niekończące się nadgodziny, za które potem mamy niby dostać wolne. Łysy co chwilę skanduje: –Jak-się ba-wicie? – a my chórem odpowiadamy: –Za-je-biście! – bo jakoś trzeba sobie dodać otuchy w tym koszmarze, który wydaje się nie mieć końca, który skończy się dopiero wtedy, kiedy syci pielgrzymi opuszczą to miasto, kiedy opuści je papież. Teraz jednak wygląda na to, że już zawsze tak będzie, że już na zawsze muszę tu być razem z Łysym, Młodym i Siwym, muszę dokonywać tego nie tak znowu cudownego rozmnożenia pizzy. Nawet jak już przejdzie ta nawałnica klientów, to i tak będziemy musieli jeszcze zebrać dwanaście koszy odłamków, które jednak nie będą się już nadawały do jedzenia, bo będą dwunastoma workami na śmieci. My, czterej ewangeliści, posłańcy dobrej nowiny tłustej pizzy, będziemy wieźć te worki na śmietnik, a one będą się rozrywały po drodze, będą pękały i będą się z nich wysypywały obgryzione brzegi. Na razie jednak do zamykania restauracji i do wynoszenia śmieci daleka droga, na razie żmudne rozkręcanie tych samych placków na te same pizze, które jest jak nieustanne wtaczanie przez Syzyfa głazu pod górę. Moja jedyna pociecha w tym, że nie muszę mówić, jak w McDonaldzie: – A może frytki do tego? – Dzięki temu, że pracuję na zapleczu, nie muszę uśmiechać się do tych napuszonych klientów, co to myślą, że są panami i władcami wszechświata, skoro przychodzą tu i wydają grubą kasę na grube pizze, którymi karmią swoje grube brzuchy.

Pielgrzymi modlą się nad pizzą, czynią znak krzyża i proszą, by nie zabrakło im chleba, powinni jednak prosić nie o to, żeby nie zabrakło chleba, ale żeby w restauracji nie zabrakło pizzy, ona wszak prawie się kończy i dlatego Łysy musi nas opuścić, i iść szybko wstawiać kolejną porcję ciasta, a więc na placu boju zostaje nas tylko trzech: Młody, Siwy i ja. A Młody to jest wierzący i praktykujący katolik, pod firmową koszulką z rozpoznawalnym na całym świecie logo restauracji nosi rozpoznawalne na całym świecie logo firmy Roman Catholic Church Inc., która sprzedaje nie szybkie dania na wynos, ale wieczne odkupienie. Młody to jest wierzący i praktykujący katolik, który poprosił o wolne na jutro, bo chce iść na Błonia, żeby posłuchać kazania papieża, więc z dobrym sercem i dobrą duszą rozkręca dla pielgrzymów placki na pizzę, podczas gdy Siwy to jest zatwardziały ateista, który wyklina na te tłumy pielgrzymów, ateista i w dodatku rasista, który kiedyś, gdy do pizzerii przyszli Hindusi i zamówili pizzę wegetariańską, to wziął w garść pełno szynki i wycisnął z niej całą tę jej mięsną wodę na pizzę, co to z założenia miała być bezmięsna, ale bezmięsna oczywiście przez Siwego nie była.

Na kuchnię znowu wpada menedżer o wypukłym brzuszku, jaki noszą tutaj przed sobą wszyscy pracownicy. Ja też już zaczynam obrastać w tłuszcz od tych wszystkich pizz, które zjadam ukradkiem, kiedy nie widzi mnie menedżer, dokładnie ten menedżer, który zaczyna wygłaszać swoją wielką mowę motywacyjną: – Błogosławieni, którzy zapierdalają, albowiem oni premii w postaci biletu do kina dostąpią. Błogosławieni zmotywowani, albowiem oni na własność posiądą minimalną pensję. – Menedżer myśli, że ta mowa jest nam potrzebna tak samo, jak tym, którzy przyjechali do Krakowa usłyszeć mowę motywacyjną największego coacha świata, wielką mowę motywacyjną, która naładuje ich do codziennego trudu; menedżer tak właśnie myśli, więc wygłasza swoją mowę płomiennie, ale nie kończy, przerywa, kiedy jakaś kelnerka przechodzi przez kuchnię, bo musi koniecznie klepnąć ją po tyłku; robi to, a jego kapitalistyczny penis idzie do góry, tak jak idą do góry słupki z wynikami restauracji, które pewnie zależą od ilości wydanych za te pielgrzymkowe kupony pizz, ja tam nie wiem, ja jestem zwykłym, szarym pracownikiem, nie znam i nie chcę się znać na zarządzaniu tym burdelem, w którym menedżer któryś już raz klepie po pupie jedną z pałętających się po kuchni kelnerek, a Łysy wstawia kolejną, nie wiem którą dzisiejszego dnia, porcję ciasta na pizzę. Żeby to zrobić, musi skądś wziąć patelnie, w których wyrasta chłodzone ciasto, ale nie ma żadnych czystych, więc bierze brudne, bierze je ze zmywaka śladem kelnerek, wzorem tego, jak kelnerki biorą ze zmywaka brudne talerze i sztućce dla tych, którzy załapali się tu na nieliczne miejsca siedzące, którzy w tej przepełnionej świątyni handlu mają powtórkę z przepełnionych kościołów.

Łysy wstawia ciasto, menedżer klepie kelnerki po tyłkach, a one w ogóle nie zwracają na to uwagi, uśmiechają się i idą dalej, bo kelnerki, które tu pracują, biorą sobie do serca to współczesne ora et labora, czyli keep smile & work hard.  Ale najciężej nie pracują wcale one, tylko Karol, niepełnosprawny chłopak, który cały zalany wodą stoi bez przerwy na zmywaku i szoruje ten niekończący się syf, a my, zamiast mu pomóc, to go dojeżdżamy… Czasami ktoś do niego podchodzi, na przykład Łysy albo Siwy, i wrzeszczy na niego: – Napierdalaj szybciej kretynie! – a ja, ku mojej zgrozie, ku mojemu przerażeniu sobą samym, sam śmieję się z tego albo obrzydliwie uśmiecham się pod nosem. Tak, bo ani ja, ani Łysy, ani Siwy, ani nawet Młody, ten porządny katolicki chłopiec, nie jesteśmy aniołkami, zwłaszcza kiedy jest taki zapierdol jak dzisiaj, zapierdol, który z każdego wyzwala najbardziej zwierzęce odruchy, który te odruchy potrafi zarówno stłumić przez to, że ciało wyżywa się podczas pracy, jak i wzmocnić, i dlatego jesteśmy nie tylko czterema pancernymi, ale i czterema jeźdźcami apokalipsy, którzy nowych pracowników poddają ostremu szkoleniu, którzy, kiedy przyszedł do nich wysłany z restauracji obok nowy, nierozgarnięty kelner, żeby spytać się, czy są u nich skrzydełka cielęce, odpowiedzieli, że nie, że mają tylko wieprzowe, którzy każdemu nowemu pracownikowi urządzają wycisk, jadą po nim równo i dojeżdżają go, ale to tylko dla jego dobra, tylko po to, żeby sobie poradził. Dokładnie przez taki trening musiał przejść też Młody i on przez niego przeszedł, bo jest wierzącym i praktykującym katolikiem, którego podtrzymują przy życiu słowa posyłam was jak owce między wilki. I ja to popieram, bo tak tu właśnie jest, w gastronomii każdy dzień jest walką o przetrwanie, którą sam musiałem stoczyć w dni mojego szkolenia i którą muszę toczyć nadal, którą musi też toczyć Młody. Mam do niego jednak sympatię, bo co prawda niewiele mówi, ale też i zna swoje miejsce, wie, że nie może za bardzo podskakiwać, tylko musi zacisnąć usta, kiedy słyszy, żeby zapierdalał, tak jak usta muszą zaciskać klepane po tyłkach kelnerki. Ja z kolei muszę się skupić na tym, żeby się nie mylić, ale z pieca i tak ciągle wychodzą pomyłki, i ciągle kelnerki źle spisują zamówienia na te pizze na wynos. Piec chodzi pełną parą, cała restauracja chodzi pełną parą, aż ma się wrażenie, że zaraz coś pierdolnie, musi pierdolnąć.

– Ej, kurwa, coś się jara, czujecie? – mówi Siwy, pociągając nosem, ale nie dlatego, że ma katar, tylko dlatego, że wyczuwa jakiś swąd. Pociągam i ja, rzeczywiście, to jest zapach palonych przewodów elektrycznych. –Idę po menedżera – mówi Siwy i po chwili przychodzi z tym obleśnym chytrusem w okularach, który niucha i niucha tym swoim nosem spuchniętym od wietrzenia interesów, aż w końcu stwierdza: – Ej, faktycznie, coś się jara. – Menedżer zaczyna biegać po całej restauracji, poszukując miejsca, z którego może dochodzić woń spalenizny.

Zapach męczy, ale ja tam nic nie wiem, ja tu tylko stoję i dalej sypię składniki na niezliczone pizze, które Młody rozkręca. Teraz jest nas już tylko dwóch, bo Łysy wstawia ciasto, a Siwy krąży z menedżerem po restauracji i szuka źródła niepokojącego zapachu. I nagle, sam już nie wiem kiedy, między jedną pizzą a drugą, słyszę dobiegające z głębi biura polecenie menedżera, żebyśmy się ewakuowali, któremu sam nie dowierzam i na które nie reaguję, może dlatego, że już za długo tu stałem i przyrosłem do kuchennego blatu, pokrytego olejem, mąką i wszystkimi składnikami, jakich używa się w tej restauracji. Odrywam się od blatu dopiero wtedy, kiedy menedżer sam do mnie przychodzi i mówi: –Wychodzimy, wszyscy wychodzimy! – Ściągam więc swoją firmową czapeczkę, pod którą kryją się rozwichrzone włosy, ściągam ochlapany na czerwono sosem pomidorowym i na biało sosem beszamelowym fartuch, ściągam fartucha i mnę go w dłoniach, szczęśliwy, że oto jest w końcu upragniona przerwa. Wychodzę z tej restauracji, z której nie trzeba było nawet ewakuować pielgrzymów; o wyjście poproszono tylko nielicznych, którzy byli pierwszymi i załapali się na miejsca siedzące, podczas gdy ci, którzy byli ostatnimi, stali w kolejce ciągnącej się nie tylko wzdłuż naszego lokalu, ale i innych lokali i sklepów, w kolejce ciągnącej się przez połowę centrum handlowego. Teraz jednak wszyscy są równi, bo wszyscy stoją poza terenem restauracji. Menedżer dzwoni najpierw po ochronę, która mówi, żeby skontaktować się z dyrekcją centrum, po czym dzwoni do dyrekcji centrum, która mówi, żeby wezwać straż pożarną, i w końcu dzwoni po tę straż, która mówi, że będzie najszybciej, jak się da. Pielgrzymi czekają na to, co stanie się z ich wynosami i jedni zrezygnowani odchodzą, drudzy zaciekawieni zostają, a my mamy na to wszystko wyjebane, dla nas liczy się tylko to, że w końcu, po dwunastu godzinach nieprzerwanej pracy, mamy przerwę, możemy usiąść na posadzce centrum handlowego i spojrzeć na swoje paznokcie, pod którymi zgromadziły się wszystkie smaki świata, cztery sery, białe i czerwone cebule, funghi e pomodoro. Mamy wyjebane na wszystko, także na strażaków, którzy w końcu przyjeżdżają, którzy w kaskach i kamizelkach ognioodpornych idą już nie tylko w swąd, ale i w dym pizzerii; mamy wyjebane na to, że z kuchni wydostaje się gęsty dym, zupełnie jak na koncertach chrześcijańskiego rocka, który w te dni króluje na plenerowych scenach Krakowa i który przyciąga do tych scen słuchaczy. Od naszej restauracji podobny dym ich jednak odstrasza, nie chcą jeść pizzy z płonącej restauracji, chociaż może wtedy ta pizza w końcu byłaby zjadliwa, byłaby wypiekana w wielkim piecu opalanym co prawda nie drewnem, tylko przepalonymi przewodami elektrycznymi i plastikiem, lecz za to byłaby wypiekana prawdziwym płomieniem w rozgrzanym do czerwoności piecu płonącej restauracji. To jest marzenie każdego z nas, o tym marzę ja, o tym marzy Siwy, Łysy i może także ten nieśmiały, małomówny Młody. Tak, on z pewnością wolałby być razem z pielgrzymami, ale nie z tymi, którzy przenoszą się do umieszczonego w tym samym centrum handlowym McDonalda, żeby tam zrealizować swoje kupony, żeby wymienić je na hamburgera w ten sam sposób, w jaki – przygotowując się do sakramentu bierzmowania – wymieniali talony otrzymane na spotkaniu w jakiejś ciemnej salce katechetycznej na skąpo rozdawane rozgrzeszenie. Nie, Młody nie chce być z nimi, tylko z tymi, którzy, już posileni, udają się na swoje wieczorne czuwania w licznych kościołach Krakowa. Tak, Młody na pewno nie chce jutro iść do pracy, wolałby być razem z pielgrzymami, a o opuszczeniu restauracji musi też marzyć gnębiony Karol, który porusza się ociężale i dyszy z wysiłku.

Menedżer chodzi zestresowany tam i z powrotem i dzwoni do innych menedżerów, dzwoni do kierownictwa restauracji, któremu tłumaczy, co zaszło, i które wrzeszczy na niego, tak jak on wrzeszczy na nas; wrzeszczy na nas, kiedy restauracją wstrząsa pierwszy wybuch i pojawiają się pierwsze płomienie. – Lećcie ratować utarg! – krzyczy. –Ratujmy utarg, ratujmy te zostawione przez pielgrzymów kupony, za które potem od kardynała Dziwisza i prezydenta Majchrowskiego otrzymamy sowite odkupienie! – Tak krzyczy menedżer, ale my mamy na to wyjebane, patrzymy po sobie, każdy na każdego, i wiemy już, co mamy robić. Wstajemy z zimnej posadzki centrum handlowego, na trzy-czte-ry rzucamy na ziemię firmowe czapki, na nie rzucamy ufajdane sosem fartuchy, odpinamy z naszych koszulek plakietki z imionami i również ciskamy nimi o ziemię, po czym rozgniatamy je obcasami naszych pracowniczych butów, tak jak rozgniataliśmy nimi na kuchni walające się po ziemi pieczarki i pomidorki koktajlowe. Wyjmujemy z kieszeni karty do logowania, którymi każdego dnia rejestrowaliśmy godziny naszej niewoli, i przełamujemy ich plastik na pół. – Ale co wy robicie, dlaczego to wszystko, ratujmy kupony! – drze się menedżer, drze się jego rozgrzana do czerwoności twarz, rozgrzana do dwustu pięćdziesięciu stopni jak piec, jak już nie śmierdzące, nie dymiące, ale także płonące przewody elektryczne pizzerii. A my płonęlibyśmy kiedyś jak one, gdybyśmy nie wyszli z tej restauracji, i któregoś dnia po prostu zepsulibyśmy się z wyczerpania, zepsulibyśmy się w wieku między trzydziestką a czterdziestką, tak jak Łysy, ten, co przepracował tu całe swoje życie zawodowe i od jakiegoś czasu jechał już na ostatnim wydechu. Przepalilibyśmy się jak twarz menedżera, który drze się na nas tak, że pękają szkła w jego okularkach, że w końcu jego twarz wybucha i razem z nią wybucha pizzeria. Mózg menedżera rozpryskuje się po podłodze centrum handlowego, a z restauracji, jak w jakimś filmie sajens, kurwa, fikszyn, wylatują latające talerze patelni, statki republiki uciekające przed ogniem płonącej Gwiazdy Śmierci.

– Chodu! – krzyczy Siwy, a my biegniemy za nim, zostawiamy kelnerki, które nas nieskończenie irytowały swoimi pomyłkami, i zostawiamy tych nielicznych pielgrzymów, którzy zostali w pobliżu aż do końca, restauracji i swojego. W ostatniej chwili chwytam za rękę Karola i ciągnę go za sobą, ciągnę jego pokurczone nie tylko od choroby, ale i od nieustannego pochylania się nad przepastnym zlewem ciało.

– Karol – mówię – wiesz, że nie chcieliśmy… – Na co on wyszczerza swoje pokrzywione zęby i wśród płomieni razem wybiegamy z walącego się centrum handlowego, w którym języki wszystkich pielgrzymów świata miały się zjednoczyć w uniwersalnym języku tłustej pizzy, ale była, musiała to być to próba daremna. Wybiegamy z tego wielkiego Babilonu, który właśnie płonie, płonie ten upadły przybytek, a więc nareszcie jesteśmy wolni! I dlatego Młody, który patrzy, jak centrum handlowe stoi w ogniu, wznosi swoje ręce do góry. Pojawia się wokół niego poświata, a jego eteryczne ciało, z którego opada ubranie, wzlatuje kilka metrów nad powierzchnię ziemi. Młody jest nagi, emanuje blaskiem i nad płonącym centrum handlowym wygłasza swoje kazanie ogniste: – Porzućcie swoje wózki na kółkach, porzućcie koszyki z plastikowymi uchwytami, wy, którzy się tu schodzicie, porzućcie stoliki i zaplecza restauracji, nie troszczcie się o to, co macie jeść i pić; Molochu, któryś mnie zniewolił, przyszedł na ciebie czas, opuszczam cię! – I kiedy Młody przemawia, Karol wytrzeszcza swoje przekrwione, niedowidzące oczy i rozdziawia gębę, Siwy i Łysy stoją osłupiali, a ja czuję, jak zmęczenie odchodzi z wszystkich moich członków i jak pierwszy raz od trzech lat chce mi się żyć.

Ilustracja: Susanne Szombara

Redakcja: Patryk Kosenda

Korekta: Nina Czarny


Mateusz Rosicki (ur. 1995) – studiował filozofię i filmoznawstwo na UJ. Autor opowiadań, które publikował w „Helikopterze”, „Tlenie literackim” i „Wizjach”.