Pierwsze proroctwo Kra’sul
Moje czwarte oko otwiera się! Nie pytaj o trzecie,
było przeminęło; z fartem. Faworyt wałkuje
w kółko tego samego tetriandocha:
Jedno gusło poproszę. Oż krucyfiks!
Ale mi się wywróżyło, może być?
Zwiastunką okaże się kometa jojo.
Przemknie przez nieboskłon z prędkością
zaciermistrza Ćwikły. A potem odprzemknie.
I tak kilka razy.
Rutyna kadzielnika
Śruboskręty podtrzymują konstrukcje jak filary dogmaty.
Śluzowy golem świruje w lazarecie zaciągając mizmaty.
Odciąga od źródła wszczepione spojrzenia ja i ty
nie wiemy o co mu biega, już liczymy straty.
Sadomasoneria obczaja obyczaj przez chwałodziury.
Wyśnioną, eteryczną rękogarścią przestawiają chmury
i dymki puszczają. Zasady nowej nomenklatury
spadają jak ciernie z diademu
jak gwoździe z trumny.
Drugie proroctwo Kra’sul
Mój biskup powiedział, że możemy pomesjaszować jeśli
twój też się zgadza. Szybko wysiorbaj szklankę
wody z kolana i lecimy do największego czworościanu
foremnego w mieście! Na mętność, na mgiełkę,
na leżące dywany. Dyndająca tablica:
Częściowy zakaz wnoszenia kwantognatów do obiektu.
Do obiegu wpływają fiolki zalane pod korek potem
zacnego człowieka: smak pekińska.
Jedna kropla wystarczy do przepowiedzenia trzeciego
zwadźcy. Już przecież mówiłem:
półświat okaże się wstęgą babiego lata,
a nam przyjdzie czołgać dropsy.
Propozycja horyzontalna
Widma dnia jutrzejszego otaczają stocznię kordonem
solarnym. Nikt nie opuści nawiedzonej dzielnicy
dopóki nie wyjaśnimy sprawy bezprawnych
przechrzczeń nazewnictwa łajb. Zastraszeni
obywatele z nudów liczą fale, spijają morską pianę.
A co tam dygocze nad delfistanem?
To marymurarze, znowu szpachlują na galerach.
Mając na uwadze słowa druida-brygadzisty
wciąż czekają na dzień, w którym ceglane
żagle poniosą ich do ziemi obesranej.