Stoner Polski

POD TAFLĄ LODU (RECENZJA „WYSOKIEGO SŁOŃCA” ŁUKASZA BARYSA)

stoner polski magazyn obraz ilustracja surrealizm psychodelia rozrywka kultura sztuka słońce fotografia marihuana grafika współczesna wiersze poezja partyka barys mielcarek

(1994) - krytyk literacki i teatralny, koordynator projektów literackich. Absolwent filologii polskiej UJ. Pisuje dla „Wizji”, „Kontentu” i „biBLioteki”. Współpracuje z portalem e-teatr w ramach projektu Nowa Siła Krytyczna.

Książkowy debiut Łukasza Barysa można byłoby potraktować jako poetycką odsłonę literatury „małych ojczyzn” – z surrealistycznym zacięciem. Współrzędne czasu i miejsca określone są tu przez dzieciństwo i prowincję. Cała reszta wydaje się rodzajem eksperymentu w refleksyjnym – samoświadomym i autoreferencyjnym – rozegraniu konwencji, którą na myśl przywodzą te hasła.

Za wspomnianą kategorią literackiej gry przemawia przede wszystkim obecność chwytów z repertuaru postmodernistycznego: zbiór pełen jest gatunkowych słów-kluczy, podanych czytelniczce wprost („wieś” i „dzieciństwo” są tu wymienione z imion co najmniej kilkukrotnie, „sielanka” pojawia się w tytule wiersza), podmiot problematyzuje własną retorykę i perspektywę („przepraszam za patos,/ ale czasem bywam księdzem”; Marlena, mirabela), a wiele pozornie „na zewnątrz” wychylonych utworów okazuje się – zwracającym się do własnego wnętrza – rodzajem poetyckiego metakomentarza, za swój temat obierającego sam wiersz. Cały czas ma się więc do czynienia z jakimś rodzajem zapośredniczenia, który pozostaje w relacji napięcia z – całkiem skądinąd na poważnie rozwijanym – planem treści. Błędem byłoby oczywiście potraktowanie postmodernizmu jako czegoś więcej niż poręcznej etykietki, która zdaje egzamin tylko częściowo; Wysokie słońce wolne jest od ironicznego dystansu, podmiot – choć żonglujący samookreśleniami i mnożący fałszywe tropy – w pełni zaangażowany jest w doświadczany – lub wspominany – świat, a serie obrazów przywoływanych w wierszach skonstruowane są raczej w oparciu o awangardową zasadę jukstapozycji i dezautomatyzacji odbioru, niż w myśl postulatu ponowoczesnej nieciągłości, fragmentacji i destrukcji znaczeń. Najciekawsze jednak w tomie Barysa jest konsekwentne – choć nie zawsze dobrze umocowane, o czym dalej – wychylenie w stronę strukturalnej krytyki współczesności, na różne sposoby zakamuflowane w pozornie retrospektywnych narracjach.

Wspólnym mianownikiem wierszy jest nie tyle czas czy miejsce, co konkretny moment astronomiczny, czyli, jak podpowiada tytuł jednego z wierszy, kanikuła. Mianem tym Rzymianie określali porę roku wyznaczoną przez heliakalny wschód Syriusza, czyli Psiej Gwiazdy (łac. canicula – piesek). Okres ten, przypadający na sam środek lata, nazywano również „psimi dniami” i do niego zapewne odsyła też tytułowe „wysokie słońce”. Nie chodzi więc jedynie o przeszłość – o jakiś określony przedział na osi czasu – ponieważ mamy tu do czynienia raczej z czasem cyklicznym, czyli, jak podpowie nam każdy podręcznik do antropologii, wyjętym z linearnej logiki następstwa zdarzeń czasem rytuału i rytmem wiecznie odradzającego się porządku natury (bla, bla… – przepraszam, musieliśmy to odhaczyć). To tłumaczyłoby, dlaczego podmiot, choć pozornie wraca pamięcią do dzieciństwa, nie jest wcale w wierszach dzieckiem – choć dorosły chyba też całkiem nie jest – a prowincjonalne tło nie daje się osadzić w żadnej możliwej do zidentyfikowania epoce.

Ten topos letniego przesilenia brzmi rzecz jasna znajomo. „Upał sprawił nam drżenie szklarni,/ pomidorów, wiewiórek” (W przyszłościowym kierunku); „wieczorem ognisko w sadzie,/ czerwone jabłka, rumiane gruszki” (Marlena, mirabela) – po tak rozpoczynających się wierszach spodziewać byśmy się mogli, że podmiot, odurzony światem jak u Schulza, wertować zaraz zacznie w wielkiej księdze wakacji, krążąc po żółtych od żaru rynkach i omijając kępy wybujałej nieprzyzwoicie roślinności. Nic podobnego jednak się nie dzieje. Zamiast iść po linii zmysłowej, akcentującej doświadczenie widoków, zapachów i dźwięków lata, obrazy rozwijają się raczej według reguł – abstrakcyjnej czasem – asocjacji. Owa tendencja do łączenia pozornie odległych od siebie elementów była zapewne tym, co skłoniło jury Ogólnopolskiego Konkursu na Książkę Literacką „Nowy Dokument Tekstowy” do skojarzenia w swojej laudacji poezji Barysa z kinematografią Luisa Buñuela i szerzej z awangardą; może ona też zapewne tłumaczyć cytat z Andrzeja Sosnowskiego w motcie. Nie sama jednak odwaga eksperymentu jest w Wysokim słońcu najciekawsza, lecz raczej motywujące ją założenia artystyczne.

Rozwojowi i łączeniu konceptów w tomie kierunek nadaje, po pierwsze, nostalgiczna konwencja literatury małoojczyźnianej, tu jednak zaaplikowana w pełni świadomie (choć, jak wspomniałem, nie ironicznie) i uzupełniona pewną dawką ponurego naturalizmu, nieustannie podtrzymującego atmosferę niejasno ciążącego smutku, sprawiającego wrażenie jakiejś utraty („Z dziećmi sąsiadów nad rzekę prażoną w soczewce./ Każde z nas miało mnóstwo problemów, śmierci i żalu”; Wysokie słońce). Umiejętnie rozegrana retoryka nostalgii nie zostaje jednak na szczęście wprzęgnięta w logikę tożsamości, a to dzięki swego rodzaju „deindywizualizacji”, stosowanej w momentach, gdy pojawia się ryzyko sentymentalizmu:

Kocha się sklepową,
żabki rechoczą upadłość.
Kocha się sklepową i prosi o kreskę.
Kocha się sklepową, co lała pasem Piotrka,
bo całował sąsiadów Romka
i się z tego spowiadała.
Kocha się sklepową, chrome zwierzęta
śnią o słońcu i nie proszą o zmartwychwstanie,
tylko pytają o „możliwość zmartwychwstania”.
Kocha się sklepową, zabiera nad staw
i nurza w piasku dłonie, które śmierdzą krową,
którą „udało się zarżnąć, zanim zdechła”,
zmęczeniem i papierosem:
zanurz się w krowie, zadurz się w sobie.

Basiu, nie odchodź.
Wiem, że to dla ciebie „ostatnia szansa”;
nie odchodź, bo mówię miłością.

(Bo mówię miłością)

Bezosobowe „się” zmienia medytację nad urokiem beztroskiej przeszłości (do której mogłoby odsyłać nieskrępowane zadłużanie się w jakże urokliwym prowincjonalnym sklepiku spożywczo-monopolowym) w nieoczywiste spojrzenie na teraźniejszość dotkniętą kryzysem, w wyniku którego wieś, choć pozornie trwa niezmieniona, coraz bardziej „zanurza” i „zad[ł]uża” się w sobie, pozbawiona nadziei na lepsze jutro i zmuszona nauczyć się neoliberalnego języka „możliwości” (pokrewnego zapewne „językowi korzyści” z tytułu tomu Kiry Pietrek). Odchodząca adresatka ostatniej strofy (sklepowa, dla której, ze względu na wiek, to „ostatnia szansa” na zmianę pracy? rówieśnica, dla której to „ostatnia szansa”, by kontynuować edukację w większym mieście?) nie zmieni zdania pod wpływem argumentu z „miłości”, a subiektywny sentyment do miejsc czy widoków nie wynagrodzi postępującej degradacji ludziom, których jest ona udziałem – emocje nie są już tym, co się liczy. Porządek indywidualnego doświadczenia zostaje zawieszony na rzecz opisu okoliczności niezależnych od naszych dobrych chęci.

Podobnie sytuacja wygląda z drugim obszarem tematycznym, czyli problemem kondycji peryferyjnej. Specyfika małych miejscowości, symbolizowanych przez emblematyczne Giżycko („Chwila dla Ciebie”), daje o sobie znać na różne sposoby. Z jednej strony jest to „słońce, piwo, kiełbasa, słowem polska/ niedziela na działce” (Ustawa) i towarzyszący jej niewybredny gust kulturalny („czwartek i w kiosku za 1,99 zł/ bardzo wielu „prawdziwych ludzi”; „Chwila dla Ciebie”). Z drugiej – zaściankowa religijność, czyli „święta matula w paśmie” (Gąski, kaczki, kurczęta) i autorytet Rydzyka (Śniła się zima). Nade wszystko jest to jednak rozdźwięk, który powstaje między wrażliwością tych, którzy z małych miast wyemigrowali, i tych, którzy zostali:

Chciałem cię spytać
o komunę albo teścia.
Chciałem cię spytać
o wszystkie nieszczęścia,

ale kąpiesz się w niebieskim świetle
(tonąca kineskopu się chwyta).

Zmienisz perspektywę?
Ta narracja nie przypomina życia:
sekret, zdrada, sekret, zdrada,
żona woli werandę, mąż woli kochanka,
ale nie chce psa.

Pies, który kogoś otruł; zwłoki psa,
który kogoś otruł.

Zmienisz perspektywę?
Ta narracja przypomina życie:
słowo schowało się w inne słowo,
wziąłem to słowo do ust
i wreszcie mogliśmy porozmawiać

o żonie i werandzie,
o psie z kochankiem.

Powiedziałem ci o nich wszystko
i zrozumiałaś, co u mnie.
Powtarzałem radośnie, patrząc ci na kolanka:

pies, kochanek, weranda.

(Ukryta prawda)

Wiersz nie daje odpowiedzi na pytanie, czy w końcu doszło do udanej komunikacji; czy „pies, kochanek, weranda” są oznaką lub choćby substytutem porozumienia. Wiersz przywodzi na myśl sytuację, w której na wieś wraca ktoś, komu udało się z prowincji skutecznie wyrwać – awansować w strukturach ekonomicznych i symbolicznych, nabyć niedostępny dla swojego rodzinnego środowiska kapitał kulturowy i przebudować swój habitus na wielkomiejski – czyli o sytuację, którą opisał choćby Didier Eribon w Powrocie do Reims. U Barysa właśnie to zderzenie dwóch rażąco odmiennych rzeczywistości społecznych – rzeczywistości centrum i peryferii – stanowi, jak się zdaje, impuls do podjęcia rozważań na temat społecznych skutków neoliberalnego modelu gospodarczego.

Balansowanie między ekskluzją (jesteśmy różni – jak zbiory rozłączne) i inkluzją (możemy znaleźć wspólny język) przyjmuje inną jeszcze postać. Parafrazując Piotra Przybyłę, który w Apokalipsie. Afterparty na granicy afirmacji i kpiny oznajmiał: „mister didżej pochodzi z Giżycka – jak on to kwituje: Giżycko jest dla everyone” ([i wyruszam do didżeja…]), podmiot Barysa ucina: „Giżycko/ isn’t for everyone anymore” („Chwila dla Ciebie”). Czy miałoby to podawać w wątpliwość rzekomą demokratyczność kultury ludowej (reprezentowanej przez optymistycznie nastawionego didżeja z wiersza Przybyły)? Czy może rozbijać stereotyp, zgodnie z którym jest jakaś klasa ludzi, którzy w małym mieście są „u siebie”, a problemy gentryfikacji dotyczą tylko metropolii? Na tę ostatnią interpretację wskazywałby dalszy ciąg wiersza: „A wiesz, że 73% Polaków mieszka we własnych mieszkaniach?/ Pozostali? Upchnięci po pakach, składzikach/ i pieczarach”.

Perspektywa każąca w małym mieście dostrzec synonim przestrzeni niewyalienowanej pracy, której nie dotyczą prawa zglobalizowanego kapitalizmu, rzeczywiście od dawna jest już nieaktualna. Pojawiające się w Wysokim słońcu nazwy geograficzne wskazują na okolice powiatu pabianickiego na obrzeżach Łodzi, ale chodzi przecież o wszystkie te miasta, które „ssą pierś innym miastom” (Zamawiam owcę) – małe miejscowości, dla których sąsiedztwo dużej aglomeracji oznacza głównie wyrastające jak grzyby po deszczu magazyny i hurtownie:

Lena nie spała nocą. Budowała to samo w Minecraft.
Dlaczego z odbić nie można chłeptać światła? Dzień
to zaledwie konstrukt, niebo miesza się z owsianką.

Są takie miasta, dziecinko, ssą pierś innym miastom.
Ulice płyną grą słów: Dołącz do naszej paczki!

a paczka otwiera się w ujściu autostrad
i wszystkie anonimowe wsie są anonimowe i puste;

mówi się, że biorą każdego, kto nie sika pod siebie
(kapitał budzi taśmę, kapitał budzi dziecko i babcię).

Także pracowała w ten sposób:
pakowała leki na taśmie, nie wiedząc o pętli.

Pewne prace, ze względu na technologię produkcji
i naturę czasu, nie mogą zostać wstrzymane;
pewne procesy, ze względu na naturę czasu
i technologię produkcji, nie mogą zostać wstrzymane.

Nie spała nocą, ale o Amazonie myśleć już nie musi.
Bo sika pod siebie, w ogóle się nie rusza – rzucone
w pościel dłonie to rewers dłoni, które niosą paczkę.

(Wszystkie paczki są równie obce, choć łuna składa się
w owsiankę i dłoń, i owcę).

(Zamawiam owcę)

Przepracowywanie konwencji nostalgicznej służyć ma więc w książce Barysa obnażeniu sprzeczności, które kryją się pod łatwymi do powielania kliszami pamięci:

Tak tu ludowo, tak dobrze,
że sad pięknie rośnie i strach

znika pod słodkim zmęczeniem,
że kurz zasnuwa obraz,

obraz łamie się w kurzu,
plazma pobiera energię

i że nie muszę schodzić,
brudzić rąk węglem.

Muszę skubać kołdrę,
produkować naiwne wiersze.

(Promienne)

Nie tylko wspomnienie ma tę wspaniałą właściwość, że nie trzeba się brudzić; różnica pomiędzy tymi, którzy muszą brać do rak węgiel, i tymi, którzy mogą zamiast tego oddać się nieistotnym i błahym czynnościom, jak skubanie kołdry, przebiega również w rzeczywistości. Zazwyczaj to ci drudzy zaczynają pisać wiersze. Sama retoryka wspominania jako wyciągania z pamięci scen, które „łamią się w kurzu” miłej nostalgii, jest do pewnego stopnia konsekwencją takiej, a nie innej biografii, która dostarcza ładnych obrazków do pamiętania. Myśleć inaczej – oto „naiwność”.

Dlatego właśnie, jak sądzę, wszystkie nostalgiczne rekwizyty, które mogłyby w tomie pełnić funkcję znaków tożsamości, ulegają pewnemu „odróżnicowaniu”, dzięki czemu tracą identyfikacyjny potencjał:

włączam colę i baśń
o larwach, lodowcach i lwach,

albowiem naczynia są
połączone pasmem i patosem.

(Promienne)

Pola ciągną się szybami,
ciągną się jak babie lato w twoich palcach:
szłaś poboczem, drożyną, szosą, nitką

(Pobieżnie, skodą)

Barys sprytnym gestem zrównuje ze sobą pobocze, drożynę i szosę (w końcu to wszystko tylko poetyckie wariacje na ten sam temat); do jednego worka wrzuca ten czy inny film animowany (w końcu ich treść daje się sprowadzić do podobnego schematu fabularnego), wychodząc z założenia, że obrazy kinowe, które pamiętamy z dzieciństwa, to przede wszystkim łatwe do zmitologizowania estetyki przeznaczone do konsumpcji, a piękne słowa służą temu, żeby nadać pozłotę wyjątkowości kompletnie powszechnym doświadczeniom. To, co wydawać by się mogło umyślnym rozbiciem struktury frazeologicznej – „włączam colę” – jest po prostu konsekwencją tej perspektywy. Cola, baśń – to tylko przygodne formy, w jakich zmagazynowany może być afekt i sentyment; obojętne więc, czy się je włącza, czy pije.

Przejść wypadałoby w końcu do tego, na czym polega ten specyficzny powrót pamięcią do dzieciństwa. „Powiedziałem, że się odwrócę,/ nie że cokolwiek zawrócę” (Leszczyna) – odwrócić biegu wypadków subiektywnym gestem reminiscencji się nie da, to już wiemy. Sama reminiscencja jest wręcz postawiona pod znakiem zapytania: „Jestem tu (ludzki, nieludzki),/ na dnie wsi, i nie ma nikogo,/ kto pamięta me dzieciństwo” (Do ciebie, kaczką). Jeśli nie pamięć, to co? Wskazówkę stanowi owo „na dnie”, a epistemologiczną ramę tomu wyznacza pierwszy wiersz:

Nocą musiało być zimno:
lód ściął oczko, zamknął białe ryby
w wodzie.

Teraz świeci słońce, wchodzę na taflę,
sprawdzam wytrzymałość słów.
Sunę wzdłuż, naciskam i patrzę:
w czerń ulatnia się trochę ciśnienia, to ze mnie.
Lena stoi na mostku, więc sięgam po bryłkę,

przez którą można oglądać słońce.
Promienie rozpadną się, stopią w światło,
ryby zamienią w brzuszki,
ale pływać będą jak lilie: pozbieram lilie

albo zapamiętam obraz, nieważne,
nasi bliscy są tacy oddaleni, obcy i zimni.
To, co im mówię, zawiesza się i powraca
jako odblask. Pieskowi wzrok się zawiesza na rybce –
rybce pyszczek zawiesza się jak system.

Istotnie, wpuszczono nas w system,
lecz o nim wcale nie opowiedziano:
śmierć urosła nam w oczku lodem –
Lena leży na lodzie, zagląda w toń:

wśród białych ryb widzi babcię,
która zawiesza się i obraca na biały brzuch,
obraca na biały brzuch i zawiesza
z braku powietrza w systemie.

Wiercę dziurkę.
Skąd mam wiertło?

(Pętla)

Rzeczywistość prowincjonalna jest jak świat pod lodem – zastygły, ale nie do końca (pod warstwą lodu wciąż toczy się życie, choć trochę niemrawo); odcięty, ale dostępny obserwacji. Obserwacja jest jednak naznaczona błędem, zakłóceniem. Lód, podobnie jak lustro wody (czyli „Lustro, ale schnie” z wiersza Do ciebie, kaczką), nie dość, że załamuje światło (a więc zniekształca), to jeszcze odbija kształt patrzącego; możemy zajrzeć w głąb, ale obraz zawsze będzie pokrywał się z naszym odbiciem. Patrząc na „wieś”, zawsze widzimy samych siebie. Pewnym rozwiązaniem byłoby „skasować wodę” (tamże), ale to oznaczałoby zagładę wodnych istot – potrzebują jej, nomen omen, jak powietrza. Można też przebić się do wewnątrz – i to jest drugie rozwiązanie. Tylko skąd wziąć takie wiertło?

Nie wszystkie „zaangażowane” momenty wypadają u Barysa tak zgrabnie. Dotyczy to przede wszystkim krytyki pod adresem przemysłu opartego na surowcach pochodzenia zwierzęcego („Ustawiłam na dzwonek pianie koguta/ i w mięsnym, kiedy zapiał trzy razy,/ pomyślałam o zmartwychwstaniu kurczaków” – „Chwila dla Ciebie”; „Portmonetka się rwała/ do odpowiedzi głosem cieląt” – Drobne) oraz instytucji kościoła i kleru („Szedłem z Leną nad Pabiankę,/ dotkliwi księża wołali spod pokrywy,/ mieli dłonie białe i płaskie,/ mieli dłonie jako martwe ryby”; Śniła się zima). Doklejone nieco na siłę do poruszających się po zupełnie innej trajektorii wierszy i pozbawione oparcia w szerszym zamyśle krytycznym wypadają zwyczajnie nieprzekonująco. Drażni też nieco ów mistyczno-posthumanistyczny ton, który ma chyba tematyzować obecny w przepracowywanej konwencji imperatyw bliskości z ziemią (stąd wszystkie porzeczki, śliwki i czereśnie; zamieszkiwanie w gniazdach, mandarynkach i jabłuszkach; stąd „ziemia uniwersalna, dla ludzi i dżdżownic” – Drobne). Występuje on jednak w niejakim nadmiarze, co skłania do wniosku, że nie chodzi tu tylko o stylizację. Trudno powiedzieć, czemu takie organicystyczne inklinacje miałyby służyć w tomie, który wyznacza sobie przecież znacznie ambitniejsze cele – kiedy po raz kolejny mowa o skrawaniu skórki, o ciele, ranach i języku, na myśl zaczyna przychodzić porównanie ze zdecydowanie mniej udanymi idiomami poetyckimi spod znaku ogólnie pojętej „wrażliwości”. A niesprawiedliwe byłoby to zestawienie, bo debiutancki tom Barysa zasługuje na uwagę właśnie ze względu na to, że świadomie – i w większości wypadków z dobrym skutkiem – operuje potencjalnie ryzykownymi lirycznie frazami, w strategicznych momentach przenosząc nacisk z płaszczyzny doświadczenia indywidualnego na problem struktur.

Ilustracja:

Korekta: Dominika Barnaś