Faza Bieżąca – Gonienie króliczka (Anna Sudoł, „Projekt”)

projekt

1. «plan działania»

2. «wstępna wersja czegoś»

3. «dokument zawierający obliczenia, rysunki itp. dotyczące wykonania jakiegoś obiektu lub urządzenia»

Słownik Języka Polskiego PWN

Internetowy Słownik PWN najwyraźniej nie nadąża za zmianami, bo dziś projektem może być właściwie każde działanie czy przedsięwzięcie. Projektem jest grupa tasków w Asanie czy innym ClickUpie, ale też i fejsbukowy fanpejdż. W wielu kręgach wypada mieć swoje projekty – główne, ale i te na boku; doraźne, ale i te ryzykowne, z potencjałem. Niejasna, niepewna znaczeniowo idea projektu przenika przez coraz więcej sfer życia – już nie tylko korporacyjną, ale też i artystyczną, kulturalną, akademicką, NGO-sową. W projektach, wydaje się, coraz rzadziej chodzi o osiągnięcie jakiegoś zamierzenia, o dojście do pożądanego stanu rzeczy. Liczy się sam proces, a po projekcie następuje kolejny projekt – ideałem jest więc wieczna cyrkulacja projektów. O takim właśnie świecie opowiada powieść Anny Sudoł (Korporacja Ha!art 2020).

Gdybym miał jednak  jednoznacznie wskazać, o który konkretnie świat, o które środowisko w „Projekcie” chodzi – miałbym problem, co świadczy o tym, że po prostu jestem spoza niego. Od niespełna dekady orbituję jednak wokół tego (?) świata: gdzieś na styku instytucji kultury, organizacji pozarządowych i akademii. Stąd to, co Sudoł próbuje uchwycić – i przedstawić we wręcz quasi-mitycznej, unikającej konkretu formie – wydaje mi się jakoś znajome, czy to z czasów różnych studenckich aktywności, czy z doktoratu. Środowisko sportretowane w „Projekcie” to jednak najpewniej artyści, problem w tym, że w działaniach jego członkiń i członków nie ostało się nic z romantycznego bagażu tego słowa ; oni nie tworzą (sztuki), oni realizują (projekty).

Czym więc żyje Środowisko z „Projektu”? Przede wszystkim – sobą samym. Nie istnieją żadne ważne punkty odniesienia spoza Środowiska – chyba że zagranica, ale rozumiana wyłącznie jako lepsza, zglobalizowana wersja Środowiska. Wszyscy plotkują o wszystkich (choć tak naprawdę nikt nikogo nie obchodzi), a każda rozmowa ma jakieś drugie dno: potencjalny wspólny interes (projekcik do ogarnięcia) lub potencjalny konflikt interesów (bo tort do podziału nie jest aż tak wielki). Każdy wybór, nawet jedzenia w sklepie, jest wyborem wizerunkowym – albo wpisujesz się w określony styl i poziom życia, albo patrzysz, jak spadają twoje środowiskowe notowania.

Z czego więc żyje Środowisko z „Projektu”? Dobre pytanie. Teoretycznie źródłem utrzymania są tu granty i stypendia, ale w praktyce wydają się być one wyłącznie dodatkiem do kapitału wyniesionego z domu. Stąd jedni ze wstydem ukrywają swoje nieodpowiednie, brzydkie, wynajmowane mieszkania (tak nieodpowiednie i brzydkie, że nie da się nikomu wmówić, że to półironiczny wybór), a inni bez żenady opowiadają, że zakup modernistycznej willi był sposobem ucieczki od zbyt liberalnych rodziców. Karty zostały, jak to zwykle bywa, rozdane znacznie wcześniej – ci biedni orbitują gdzieś na obrzeżach, z trudem próbując wykorzystać Środowisko jako przestrzeń awansu klasowego, ci bogaci emanują potencjałem i zasiadają na naturalnie im przynależnych, centralnych pozycjach.

Jedni i drudzy, pomimo różnych pozycji startowych, obawiają się tego samego: własnej bylejakości. Wybitność zawsze wynika z uznania Środowiska, a uznanie i atencja (jak i również ich materialne dowody: granty, stypendia i stanowiska) to zasoby ograniczone. Na plecach czuć oddech młodszych – a więc tych z większym potencjałem. Środowisko ma obsesję potencjału, który jest chyba nawet ważniejszy niż jego wypełnianie – liczy się proces, nie efekt. To ponadto małe Bizancjum, w którym wszyscy nieustannie odgrywają „gry statusowe” (wygooglujcie!) – trzeba wiedzieć, kiedy ostentacyjnie kogoś zlewać, kiedy złożyć komuś feudalny hołd, a kiedy nie pozostaje nic poza desperacką szarżą. Intrygi, plotki, sploty zależności zawodowych i towarzyskich – to brzydki, gęsty świat. Żadna z postaci „Projektu” nie wzbudza sympatii – czasem, co najwyżej, litość.

Powieść Anny Sudoł z racji zarówno tematyki, jak i sposobu jej obrazowania, to rzecz dość ezoteryczna czy – to słowo nasuwa się samo – środowiskowa, jakby od swojej dla swoich, choć przecież bezlitośnie wobec środowiska krytyczna. Opisywane w niej zjawiska – czy może raczej: atmosfera, feeling – nie wydają się być jednak zarezerwowane dla półświatka sztuki. Zapewne to samo dałoby się zaobserwować na uniwersytetach, w „branży kreatywnej”, świecie marketingu, polu literackim – wszędzie tam, gdzie doszło do dematerializacji pracy i gdzie jej wartość wynika ze środowiskowej oceny, a konkret zostaje wyparty przez puste znaczące. Tego pustego znaczącego – funkcjonującego na zasadzie „wypełnij to swoim doświadczeniem” – w książce Sudoł jest zresztą mnóstwo. Nie wiemy, czym jest opisywana w „Projekcie” Instytucja, ani co miałoby być treścią kluczowego dla akcji Wielkiego Projektu, ale każda modelowa czytelniczka czy czytelnik pewnie ma swoją Instytucję i kojarzy jakieś Wielkie Projekty. Nie wątpię, że autorka właśnie swój Wielki Projekt zrealizowała – niejedno Środowisko, czytając, bardzo go doceni.

Ilustracja: Michalina Mosurek
Korekta: Dominika Barnaś


Rafał Sowiński – kulturoznawca, copywriter, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ, fan i prawie-że-badacz kultury internetu. Prowadzi fanpejdż niskie teorie oraz grupę Jak będzie w Polonii 1? – sekcja duchologii, retromanii i nostalgii.

Michalina Mosurek – rocznik ’94, ukończyła studia na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie w Pracowni Projektowania Książki. Na co dzień pracuje jako projektant graficzny, oprócz tego rysuje, projektuje okładki i składa książki.