Recenzja – Wszystko, czyli Charlie Kaufman

I’m thinking of ending things – nieustannie powtarza bohaterka nowego filmu Charliego Kaufmana. Myśli o skończeniu, nie kończy, ale myśli, bo łatwiej jest czegoś nie robić niż to zrobić. Trwanie najlepsze. Do tego Lucy (umówmy się, że to jest jej właściwe imię, bo tak właśnie Jake – jej chłopak – mówi o niej na początku) wygłasza rewolucyjną myśl, no właśnie, myśl – a może czyny nie są wcale najważniejsze? Może jest zupełnie inaczej niż przez całe życie nam wtłaczano? Może te czyny nic nie znaczą. Może tylko to, co myślimy, to, co czujemy ma znaczenie, ciężar i sens. Bo nikt nas z tego nie rozlicza, bo tylko w swoich głowach jesteśmy (chociaż trochę) wolni. Decyzje podejmujemy pod wpływem chwili. A potem żałujemy. No bo jak Lucy już zaczęła rozmawiać z Jakiem, to głupio było nie dać mu numeru, bo tak się robi, daje się numer. Bo, jak mówi Lucy: „łatwiej jest powiedzieć tak, niż nie. A potem trzeba powiedzieć kolejne tak. I kolejne”. I nagle okazało się, że są razem. I jadą tym samochodem. I jest zima.

Charliego Kaufmana z takim rozmachem nie było od czasu Synecdoche, New York. Jego nowy film I’m thinking of ending things jest bardzo jego, bo Kaufman jest nie tylko autorem scenariusza (na podstawie debiutanckiej powieści Iana Reid’a), ale też reżyserem. Dostajemy więc opowieść, której na pewno sporo osób za chwilę zarzuci zbyt duże ambicje, megalomanię i pretensjonalność. I dobrze. Nie ma dziś chyba większych wartości, zwłaszcza na przewidywalnym, ugrzecznionym Netfliksie, na który film przed chwilą trafił.

Dla Kaufmana, autora scenariuszy do Eternal Sunshine of the Spotless Mind czy Being John Malkovich, wnętrze głowy zawsze było ciekawsze niż to, co się wydarza. I nic się nie zmieniło. Dziewczyna jedzie samochodem ze swoim chłopakiem, są ze sobą dość krótko, ale wydaje się jakby minęły wieki. Jadą, rozmawiają, sypie śnieg. Jednak tak naprawdę są gdzieś indziej i nigdy nie dowiedzą się gdzie. Przepaść pomiędzy tym, co się wydaje, światem w środku głowy a światem zewnętrznym jest ulubionym, niewyczerpanym tematem amerykańskich twórców. Jaka w tym przemoc! Jak to możliwe, że osoba, która siedzi obok nas, coś sobie myśli, a my nigdy się o tym nie dowiemy? Jak można żyć z taką świadomością?

Louise i Jake jadą do rodziców chłopaka. Nie sposób nie zauważyć, że Jesse Plemons, który wciela się w rolę Jake’a, to tutaj nowy Philip Seymour Hoffman. Zmarły tragicznie Hoffman był ulubionym aktorem nie tylko Kaufmana, ale też Todda Solondza, Paula Thomasa Andersona, uwielbianym przez wszystkich neurotycznych widzów i skrajnie przejmujący w rolach nieudaczników. Nikt nigdy nie walił konia z taką rozpaczą jak Philip Seymour Hoffman w Happiness Solondza. Jake jest nieśmiały, przygarbiony, grzeczny, ale pełen spięć, trochę przegrany, jednak jeszcze pełen nadziei. I właśnie nadzieja jest jednym z kluczowych tematów filmu. Jake powie, że zawsze jest nadzieja. Że po burzy zawsze wychodzi słońce, „every cloud has a silver lining”, że wszystko może się jeszcze udać. Jego dziewczyna, której przecież tak naprawdę nie ma, powie, że nadzieja została wymyślona dlatego, że wiemy. Wiemy, że wszystko źle się skończy, że rodzice będą coraz starsi, że nasze marzenia się nie spełnią, że nie odbierzemy tych wszystkich nagród, które odbieramy w naszych fantazjach. Też zastanawiacie się komu podziękujecie jak dostaniecie Tę Najważniejszą Nagrodę? Dobra, darujcie sobie. Tego nie będzie. Stop.

Jake przywozi swoją dziewczynę do rodziców, którzy są oczywiście pojebani i mówią ciągle to samo. Zakładanie kapci, zakładanie łańcuchów na koła, szumy w uszach, ciasto czekoladowe. Mówią, nie słuchają, nie rozumieją sztuki, nie znają terminów, zawstydzają. Rodzice, którymi nie można się pochwalić. Lucy na pytanie Jake’a o to, czy ich polubiła, odpowiada: „Tak, dobrze wybrałeś” i jest w tym stwierdzeniu oczyszczenie, wybaczenie, lekkość. Przecież to nie nasza wina. Ufff. Dziewczyna obserwuje rodziców (cudowny David Thewlis, czyli Johnny z Naked Mike’a Leigh w roli ojca), widzi ich przeszłość, widzi ich przyszłość – demencję i śmierć. To nie jest trudne. Przecież wiadomo jak to się (zawsze) skończy. To wszystko.

Obserwuje, bo jest poetką, a „autorzy fikcji literackiej mają szczególną skłonność lubieżnego oglądactwa. Lubią się czaić i gapić. Są urodzonymi oglądaczami. To oni w metrze gapią się tak nonszalancko, że człowiekowi robi się straszno. Niemal jak drapieżniki”. Tak pisał w E UNIBUS PLURAM telewizja a fikcja amerykańska David Foster Wallace (o którym później). Jest też malarką, fizyczką, gerontolożką, a przede wszystkim dziewczyną, której najprawdopodobniej nigdy wcześniej nie miał nieśmiały Jake. Można pokusić się o tezę, że Lucy jest wszystkim, czym nie jest Jake, wszystkimi jego niespełnionymi marzeniami, planami, ambicjami. Jest też bystra. Mały Jake dostał nagrodę za pilność. I nie jest z niej dumny, bo chciałby dostać nagrodę za bystrość. Pilny to znaczy niezbyt zdolny, ale pracowity. Pilny to ten, który nie ma żadnych talentów (co potwierdza jego matka), ale dużo pracuje, stara się. Nie ma nic gorszego niż być pilnym. Jake kocha musicale, ma o nich wielką wiedzę, którą nie można nikomu zaimponować, która zdecydowanie nie jest hot. Zna wiersze na pamięć, zna poetów. Lucy pisze własne wiersze, nonszalancko, bez szacunku do tradycji. I robi to wspaniale. Jake próbuje rozmawiać o filmach, ale urywa w pół słowa, nie ma śmiałości, brakuje mu refleksu. Rozmowa to w końcu sparing. Prawdziwie wspaniałe są sceny, w których para bohaterów rozprawia o Kobiecie pod presją Cassavetesa czy esejach Davida Fostera Wallace’a (bo chyba nie ma lepszego dla Kaufmana odpowiednika w świecie literatury niż Wallace).Nikt poza Charliem Kaufmanem nie mógłby sobie pozwolić dziś w amerykańskim kinie, kinie z fabryki zwanej Netflix, na takie sceny, długie wywody, słowotoki, które (pozornie) nie prowadzą do żadnego celu. Dzięki Kaufmanowi gadanie jest znowu ważne, dyskusje, spory o kulturę, a błyskotliwość i erudycja, nawet jeśli fałszywe i powierzchowne, stają się tematem samym w sobie, kontekstem.

Lucy mówi więc o seksizmie, roli matki, mówi, że już nie wypada się nad sobą użalać. Że sami jesteśmy winni temu, kim jesteśmy. Że czas dorosnąć. Jake nie chce (albo nie potrafi, albo nie może, bo musi się zajmować rodzicami, a Lucy nie musi), wraca do sklepu z lodami, w którym śmiały się z niego piękne dziewczyny, wraca do szkoły średniej. Wspomnienia mieszają się z marzeniami i filmami, piosenki z cytatami z książek. Przeszłość, przyszłość, starość, młodość, co to za różnica, zmieniają się tylko przebrania i twarze, a przecież twarze to też przebrania, mówi Kaufman. I jedzie, i przesadza, w Synecdoche, New York był teatr, tu jest musical (i kino, i telewizja), ale chodzi o to samo. Wszystko to społeczeństwo spektaklu (tak, w jednej z rozmów pojawia się Guy Debord), życie to jedno wielkie przedstawienie, piosenka z kiczowatymi refrenami.

Alzheimer, demencja, kultura, łóżko z dzieciństwa, ruchanie, praca. Nie ma centrum, wszystko znaczy tyle samo. Czyli nic. Proszę Państwa, Charlie Kaufman znów opowiada życie. I robi to wspaniale. I nieznośnie. Co opowiada? Wszystko.

Korekta: Julia Mikusek


Emilia Konwerska – literaturoznawczyni, krytyczka literacka i filmowa. Publikowała w „Gazecie Wyborczej”, „Krytyce Politycznej”, „Wakacie”. Kuratorka Galerii Dobro. Nigdy nie była w Krakowie.