RECENZJA „USUNĄĆ DO 30 DNI. SEMIOTYKA POLSKICH PLAKATÓW WYBORCZYCH” ZOFII SMEŁKI-LESZCZYŃSKIEJ

Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły podstawowej, nierzadko, podczas powrotów z lekcji, zdarzało mi się wraz z kolegami mazać pisakiem po plakatach wyborczych wiszących na tablicach ogłoszeń i drzewach. Nie było to podyktowane jakimikolwiek politycznymi sympatiami czy antypatiami, nie było też wyrazem niechęci wobec konkretnych kandydatek czy kandydatów. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że takie epatowanie własną twarzą w otaczającej nas przestrzeni odbieraliśmy jako bezczelne i wymagające naszego sprzeciwu. Książka Zofii Smełki-Leszczyńskiej, administratorki strony Archiwum polskiego plakatu politycznego, uświadamia mi, że w takim odbiorze nie było nic dziwnego – plakat wyborczy jest bowiem bezczelnym medium.

Czuję się zobowiązany ostrzec: Usunąć do 30 dni… nie jest publicystycznym opisem w duchu eksploracji nieodległej przeszłości i odnajdywania w niej różnorakich dziwactw. W żadnym wypadku nie jest też albumem – choć materiału wizualnego, siłą rzeczy, zawiera sporo (dokładnie sto czterdzieści trzy ilustracje). To obszerne, akademickie opracowanie z zakresu kultury wizualnej, po trosze oszlifowana praca doktorska, ze wszystkimi konsekwencjami tego stanu rzeczy – a więc chociażby wysokim stopniem formalności języka czy rozbudowaną częścią poświęconą operacjonalizacji zakresu badań oraz ich metodologii. Podejrzewam, że może to odstraszyć osoby spoza humanistycznej, uniwersyteckiej bańki, ale nie da się ukryć, że nie jest to lekka lektura do poduszki, przy której z egzotyzującym pobłażaniem wzdycha się „ach, ta niesamowita potransformacyjna Polska”.

Wątki transformacji ustrojowej są w Usunąć do 30 dni… mocno reprezentowane (plakatom z wyborów kontraktowych w 1989 roku autorka poświęciła osobny rozdział), ale książka nie skupia się wyłącznie na nich. Najnowsze omawiane przykłady pochodzą z roku 2015 – czasów niezbyt nieodległych, ale, pod pewnymi względami, o jakże odmiennym krajobrazie politycznym. Jeśli nawet w międzyczasie niespecjalnie zmieniły się twarze, to przynajmniej stało się to z politycznymi szyldami. Dlatego omówienia chociażby plakatów kandydatów Nowoczesnej wywołują uczucie specyficznej hauntologii, jako odprysk rzeczywistości jeszcze niepokryty szlachetną patyną, ale już znajdujący się jakby poza namacalnym „tu i teraz”. W chwili, gdy piszę te słowa, media donoszą o planach rebrandingu Platformy Obywatelskiej – niewykluczone, że uśmiechnięty, pomarańczowy kontur Polski również zniknie z naszej politycznej ikonosfery. Usunąć do 30 dni… można więc potraktować jako swego rodzaju kapsułę czasu – wypełnioną politycznymi brandami, o których za dziesięć, dwadzieścia lat będziemy ledwo pamiętać.

Na pierwszy rzut oka plakat wyborczy wydaje się być medium bardzo ascetycznym i oszczędnie generującym znaczenia. Posiada kilka nieodzownych elementów: fotografię kandydatki czy kandydata, imię i nazwisko (czasami poprzedzone tytułem zawodowym lub naukowym), logotyp partii bądź komitetu wyborczego, numer na liście wyborczej i slogan – na ogół niewiele mówiący i bezideowo uniwersalny, coś w stylu „Razem dla Polski” czy „Nasza wspólna sprawa”. Zofia Smełka-Leszczyńska dostrzega jednak i poddaje analizie subtelne różnice, chociażby zróżnicowane sposoby sygnalizowania polskości, narracje dotyczące przeszłości i przyszłości czy kwestie genderowe. Typologie plakatów można bowiem opierać na opozycjach znaczących: nasi-obcy, Polska-Zachód, tradycja-nowoczesność, mężczyzna-kobieta. Analizy tej ostatniej przeczytałem zresztą z największym zainteresowaniem. Autorka zwraca uwagę, że pomimo popularnego przeświadczenia o przezroczystości mężczyzn w polityce, również oni są zmuszani do kreowania na plakatach schematycznego wizerunku męskości. Zastygli na afiszach politycy w pewnym sensie zajmują zwykle przypisywaną kobietom pozycję – poddaną publicznemu, oceniającemu spojrzeniu.

W Usunąć do 30 dni… autorka poświęciła nieco uwagi strategiom oporu, partyzantki semiotycznej czy nawet „ikonoklazmom”, których, jak już wspominałem, sam się dopuszczałem. Wszelkiego rodzaju akty dewastowania plakatów z jednej strony można potraktować jako sprzeciw wobec danej postaci czy reprezentowanej przez nią opcji politycznej, z drugiej – jako bunt wobec obecności afiszy w przestrzeni publicznej w ogóle. Plakat wyborczy nie jest zazwyczaj nośnikiem programu (wskazuje co najwyżej ogólnie pojętą ideologiczną orientację); jest raczej pokazem siły – wprawdzie tymczasowym i usankcjonowanym prawem i zwyczajem, ale jednak zagarnięciem. To, co zagarnięte, zawsze może zostać jednak przejęte przez kogoś innego. Stąd tablice z plakatami tworzą swego rodzaju palimpsest, a poszczególne komunikaty wchodzą ze sobą w niechciany dialog. Co jednak znamienne – i można to zinterpretować zarówno jako przejaw dojrzewającej społecznej obywatelskości, jak i narastającej wojny plemion, dziś wyborczą ikonosferę wsi i miast kształtują nie tylko porozklejane przez działaczy plakaty czy wielkoformatowe reklamy, ale i banery wieszane w półprywatnych przestrzeniach: na ogrodzeniach i balkonach. W co kilkuletnim wyborczym rytuale uczestniczy coraz większa część sfery wizualnej.

To, co w książce Zofii Smełki-Leszczyńskiej rozczula mnie najbardziej, to fakt, że została ona poświęcona de facto śmieciom, co sygnalizuje nawet tytuł. Plakaty wyborcze rzadko stają się obiektami kolekcjonerskimi czy muzealnymi; są raczej traktowane jako efemeryczne komunikaty o ściśle określonym cyklu życia. Najpierw dominują publiczną przestrzeń, gdzie nieustannie walczą między sobą. W momencie ciszy wyborczej zastygają – przynajmniej teoretycznie, bo zgodnie z prawem nie wolno ani rozklejać nowych, ani usuwać starych. Tuż po zamknięciu lokali wyborczych przestają pełnić jakąkolwiek perswazyjną funkcję – w jednej sekundzie przestają być elementem gry, a stają się ulegającym powolnemu rozkładowi wyrzutem wobec niespełnionych ambicji przegranych i czymś już zasadniczo niepotrzebnym dla wygranych. Z punktu widzenia środowiska oraz estetyki plakaty są śmieciami na każdym z tych etapów. Mimo to, chyba wciąż nie potrafimy wyobrazić sobie wyborów (a więc w domyśle: demokracji przedstawicielskiej) bez nich.

Autorka Usunąć do 30 dni… wykonała kawał analitycznej roboty: przedarła się przez ogrom materiału (na ogół mało fascynującego), wskazała podstawowe tendencje i tropy (a czasem wymagało to naprawdę dokładnego wyciskania znaczeń!) oraz udowodniła, że – pomimo zmieniającego się kontekstu kulturowego i coraz bardziej profesjonalnego podejścia – plakat wyborczy to medium wybitnie konserwatywne. Twarz spoglądająca na nas z plakatu wydaje się nie przystawać do współczesnych realiów; to swego rodzaju żywa skamieniałość, nawiedzający nas relikt, którego z jakiegoś powodu nikt nie ma odwagi się pozbyć.

Ilustracja: Nikodem Lazurek

Korekta: Julia Mikusek


Rafał Sowiński – kulturoznawca, copywriter, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ, fan i prawie-że-badacz kultury internetu. Prowadzi fanpejdż niskie teorie oraz grupę Jak będzie w Polonii 1? – sekcja duchologii, retromanii i nostalgii.