Faza Bieżąca – Gdzie kończy się poezja, a zaczyna usiłowanie

Piotr Przybyła poetycko zadebiutował w roku 2015 tomem APOKALIPSA. AFTER PARTY, który znalazł uznanie nie tylko w oczach krytyków, ale stał się również czytelniczym hitem roku (na co nie mam żadnych badań ani twardych dowodów, proszę jednak o zaufanie). Serwowane przez Przybyłę bakłażany i ślimaki wpisały się w gusta koneserów poezji współczesnej, czego efektem były nominacje, nagrody, pozytywne recenzje oraz entuzjastyczne reakcje tłumów podczas spotkań autorskich (piszę o tym jako naoczny świadek). Przybyła ma na swoim koncie również kilka utworów scenicznych, publikacje w czasopismach i antologiach, a w tym roku powrócił tomem Wspólny. Przynajmniej tak się wydaje.

APOKALIPSA. AFTER PARTY to książka surrealistyczna, oniryczna, odjechana, ale w tym szaleństwie była metoda. W tomie znalazły się wiersze zabawne i poważne, zaangażowane i zdystansowane, liryczne i dosadne. W tym koktajlu – i wstrząśniętym, i zmieszanym – dostaliśmy wszystko, a nawet dokładkę. Oczekiwano więc na kolejne wiersze z niecierpliwością oraz ciekawością. I oto po pięciu latach w tym samym wydawnictwie, które opublikowało książkę-laureatkę konkursu Bierezina, ukazał się Wspólny, choć może także Jednostkowy. Należy podkreślić, że jest to przede wszystkim pisarski eksperyment. Dom Literatury w Łodzi nie po raz pierwszy wypuścił tom, który – w mniejszym lub większym stopniu – opiera się na działaniu w jakimś sensie performatywnym, pozostającym na granicy sztuk i kwestionującym nasze pojmowanie poetyckości, by przywołać tu choćby Rezonans Krzysztofa Gryko czy świetne czytanie. Pisma Marcina Mokrego. Eksperyment to zawsze jednostkowa próba. Jego podstawową rolą jest raczej przysłużenie się rozwojowi, tu akurat rozwojowi literatury, niż zapewnienie sukcesu twórcy. Możemy jednak mówić o powodzeniu lub niepowodzeniu eksperymentu. Jak jest w tym przypadku?

Wspólny to – najprościej mówiąc – zbiór liter. Małych, dużych, ułożonych pionowo lub poziomo, pomieszczonych w sobie nawzajem, rozsianych po całej stronie. Na tylnej stronie okładki znajdziemy nawet zapis „wyboru liter dokonali”. Istnieje duże ryzyko, że część osób zakończy lekturę jeszcze zanim ją rozpocznie. „Fajnie, mamy literki, są ładne, czarne, możemy oprawić je w ramkę” (wypowiedź symulowana). Przestrzegam przed takim działaniem. Literki układają się w zdania, a te w większe struktury. Nie chciałabym zdradzić zbyt wiele i tym samym zepsuć możliwej do osiągnięcia czytelniczej frajdy, więc przytoczę jedynie dwa krótkie fragmenty, które wyłowiłam ze zbioru:

za dużo piękna w jednym miejscu. Roman Honet daje mi pastę do zębów, kubki, mydło, dzieli się. weź, przyjdzie noc, zabierz
nie zabieram pasty do zębów, kubków, mydła w płynie, przychodzi noc, ale poezja to broń rekonstrukcyjna

Takich zdań można zebrać z pogubionych literek znacznie więcej. Skoro w powyższym cytacie pojawił się Roman Honet, jest to odpowiedni moment, żeby przytoczyć wypowiedź, która robi za blurb do Wspólnego: „Piotrze, tom redagować? Z przyjemnością. Pisać wspólny – o, chyba mało realne”. A jednak powstał Wspólny, który na okładce wyłania się z Jednostkowego. Nazwisko autora znajdziemy jedynie na tylnej stronie okładki. To jak jest z tym autorstwem? To książka Piotra Przybyły czy należy mówić o współautorstwie z Romanem Honetem? A może z Rafałem Gawinem, który wespół z Przybyłą zebrał literki? Ta publikacja, trochę przy okazji i mimochodem, pyta o podpis twórcy oraz pochodzenie dzieła. Nie znajdziemy w niej oczywiście gotowej odpowiedzi, ona bowiem może się wyłonić jedynie w indywidualnym doświadczeniu czytelniczym. Notabene wyłącznie czytelnik ma szansę poskładać to wszystko w całość. Więc może każdy odbiorca jest współautorem? Lub nawet autorem?

Na tyle okładki znajdziemy wypowiedź Henryka Tomaszewskiego, którą traktowałabym jako motto Wspólnego: „Pantomima kończyć się może tylko albo śmiercią, albo otwarciem możliwości nowego ruchu”. Jest to dla mnie sygnał, że performatywny akt poetycki, na który zdecydował się Przybyła, został przeprowadzony z pełną świadomością, a towarzyszące mu ryzyka odpowiednio wykalkulowane. Jak każdy eksperyment, tak i ten może mieć efekt dwojaki: porażka lub sukces. Doceniam walor zagadki, tajemnicę, którą owiana jest książka. Musimy zdobyć się na pewien wysiłek, żeby dotrzeć do sensu ukrytego w chaosie znaków. Forma przekazu każe się także zastanowić nad wersyfikacją stosowaną zazwyczaj w wypowiedzi poetyckiej (nad potrzebą jej używania) oraz nad najmniejszą jednostką znaczącą (nad tym, co nią jest). Najnowsza publikacja autora Apokalipsy. After party ma potencjał prowokacyjny, ale jest to właściwie wpisane w performance jako sytuację artystyczną. I to chyba trochę za mało, żeby eksperyment poety uznać za udany.

Pytania, jakie zadaje Wspólny, padały już nie raz. Owszem, warto próbować na nie odpowiedzieć od czasu do czasu, ale żadne z nich nie jest novum ani dla poezji, ani dla krytyki literackiej. Nie sądzę, żeby ta książka była potrzebna. Traktowałabym ją raczej jako formę rozrywki – funu dostarcza kartkowanie stron, fakt wyłaniania sensu poprzez ruch, suspens towarzyszący oczekiwaniu na ten sens. Odrębną kwestią pozostaje przyporządkowanie powstałych treści do rodzaju literackiego. Uznanie tych zdań za wiersze jest z mojej strony pewnym uproszczeniem. Za nadrzędną wobec rodzaju należy uznać czynność pisania jako taką, choć i tu sprawa nie jest oczywista. Mówiąc literkami pozbieranymi ze Wspólnego: „pisanie, to ty, czy tylko ślimaki?”. Jest trochę tak, że nie za bardzo wiadomo, co zrobić z najnowszą książką Piotra Przybyły. Heheszki to czy rękawica rzucona młodej polskiej krytyce? Jeśli heheszki, to czy było warto? Jeśli rękawica, to podjąć czy olać? A przede wszystkim z czym mamy do czynienia – poezją, poetyckim usiłowaniem, siłowaniem się z poezją czy może bredzeniem od rzeczy? Podaję hasło: ślimak. Podaję odpowiedź: tak.

Appendix. Czytanie nigdy się nie kończy

Powyższy tekst, w takim kształcie, wywalczył mi zwycięstwo w Ogólnopolskim Konkursie im. Tymoteusza Karpowicza na recenzję literacką i we fragmencie ukazał się na łamach „Książek. Magazynu do czytania”. Jednak czytanie to proces ciągły i nieustający, więc chwilę po ostatnich poprawkach i przesłaniu zgłoszenia miałam ochotę na zmiany, kolejne poprawki, dalsze ingerencje. Ta potrzeba stawała się tym większa, im więcej czasu Wspólny miał na uleżenie się w odbiorze. Przebijały się wciąż nowe tropy, kolejne możliwe odczytania. Potrzeba stała się niepokojąco nagląca po wymianie kilku wiadomości z autorem, a nie do zniesienia po świetnym czytaniu tomu przez Przybyłę w ramach tegorocznego Festiwalu Puls Literatury. Więc, koniec końców, recenzja doczekała się ciągu dalszego.

Performatywny gest Przybyły wciąż uważam za dyskusyjny i nieco przekombinowany, jednak literki zyskują za każdym razem, gdy myślę o wspólnotowości Wspólnego, zwłaszcza w kontekście roku wydania tej książki. Gest autora, szerokie otwarcie drzwi czytelnikowi i zaproszenie go do aktywnej lektury, wydaje się niezwykle cenny, szczególnie w sytuacji izolacji, dystansu, czasu raczej „jednostkowego”. Nigdy dosyć mówienia o tym, że literatura nie powstaje w oderwaniu od (tu wstaw na przykład: społeczeństwa, świata, innych, itd.) i to rzeczywiście świetnie pokazuje najnowsza publikacja laureata konkursu im. Jacka Bierezina. Ale jest tu jeszcze jedna wspólnota, pomieszczona już tylko wewnątrz tej książki: wspólnota sensu i języka oraz piękno tej wspólnoty. Przybyła z czułością tratuje literki i znaki interpunkcyjne, przygląda im się z bliska i w oderwaniu od znaczenia, ale to właśnie współpraca tych drobnych elementów składa się na tekst (czy mowę); na komunikat. Tak pojmowany język już w swojej istocie za wartość nadrzędną wskazuje scalanie. Wszystko, co jednostkowe, dąży do wspólnoty, nawet na poziomie powiązań poszczególnych znaków. Jest w tym coś ujmującego.

Wspólny zostawia dobre uczucie współuczestnictwa, daje namiastkę realnego działania w jakiejś grupie, w której może znaleźć się autor, redaktor, inny krytyk, pozostali czytelnicy. Przy tym każda pojedyncza lektura wydaje się absolutnie wyjątkowa, stając się przestrzenią pojedynczego spotkania na linii nadawca – obiorca. Przybyła napisał mi w mailu między innymi tak: „Śmieci. Ja ostatnio segreguję je inaczej. Niekoniecznie duży do dużego, mały do małego, pierwszy do pierwszego, końcowy do końcowego. Ale na przekór. Niepasujący do niepasującego”. Te drobiazgi, które autor pozbierał na potrzeby pisania, te „śmieci”, udało się odzyskać w twórczym recyklingu. A przecież wspólnota to właśnie zawsze niepasujący do niepasującego. To wysiłek łączenia tego, co nieprzystające i odległe. Dobrze jest to sobie przypomnieć na początku nowego roku. Wspólnota, na przekór, trwa. A Z C S C Y Z I E T A N.

Ilustracja: Krzysztof Schodowski
Korekta: Weronika Stemborowska


Anna Mochalska (ur. 1992) – bydgoszczanka. Autorka arkusza poetyckiego Okno na świat (Zielona Góra 2012) oraz tomów syndrom obcej ręki (Warszawa 2014) i same głosy (Łódź 2018). Dwukrotnie wyróżniona w projekcie Biura Literackiego „Pracownia po debiucie”, nominowana do nagrody głównej w konkursie im. Klemensa Janickiego, nominowana do Nagrody Poetyckiej im. K. I. Gałczyńskiego za tom same głosy. Laureatka konkursów poetyckich i krytycznoliterackich. Wiersze i/lub recenzje publikowała m.in. w „Wakacie”, „Arteriach”, „Inter-”, „Twórczości”, „Salonie Literackim”, „biBLiotece”.

Krzysztof Schodowski – ur. 1983 r. Rysuje i pisze. Autor książki poetyckiej Milion depesz stąd (WBPiCAK, 2020). Mieszka w Warszawie.