Przejdź do głównej treści

Stoner Polski

Ziemcy | opowiadanie

Prozaiczka, tłumaczka i eseistka. Redaktorka naczelna Grupy Wydawniczej Alpaka. Publikowała między innymi w magazynach „Szajn”, „Drobiazgi” i „Strange Horizons”. Jej esej o przemocy, płci i podmiotowości w SF Bodies of Mass Destruction został umieszczony na długiej liście nominowanych do nagrody British Science Fiction Association. Lubi fantastykę, queer i hybrydowe formy literackie. Mieszka na Górnym Śląsku.

Ilustratorka, autorka tekstów, studentka Sztuki Współczesnej, interesująca się kuratorstwem sztuki, antropologią kulturową (głównie Bałkanów, w szczególności Serbii), montażem wideo. W pracy twórczej łączy fascynację fakturą tkanin z eksploracją formy i kompozycji obrazu.

To Miśka przyniosła pierwszego z działki. Jak co roku w wakacje spędzała tydzień u Gerarda na wsi: trochę się jeszcze włóczyła z wnuczką od Biernatów, przyjaciółką z dzieciństwa; trochę spacerowała z Gerardem po lesie; dużo rysowała na swoim tablecie – dziwnych rysunkowych postaci. Gerard cieszył się z tego, co było – jeszcze chwila, chwilunia, zacznie dorastać i będzie przyjeżdżać coraz rzadziej i na krócej, tak jak Marta. Ta kiedy wyjechała na studia do Wrocławia, to na jakiś czas w ogóle przestała przyjeżdżać do domu. Potem jej przeszło, kiedy zaszła w ciążę, pobrali się z Wojtkiem. Wtedy znowu zaczęła potrzebować rodziców. Teraz Miśka też zaczynała zmieniać się, dorastać, z pucołowatego dziecka zmieniać się w dziewczynę.

Ale na razie ciągle przyjeżdżała i nawet chciało jej się zakrzątnąć koło działki za płotem – z lekką zachętą w postaci dwóch zwiniętych banknotów, które Gerard wręczył jej dyskretnie. Nastolatki zaczynają mieć potrzeby, a na ich spełnienie trzeba funduszy. I tego ranka też poszła, żeby skosić trawę. Słońce jeszcze nie całkiem osuszyło rosę, ale wkrótce zrobi się ukrop, trzeba było gonić, ile się da, resztę zostawić na wieczór. Ale Miśka wróciła niebawem, niosąc brązową grudkę zawiniętą w chusteczkę.

– Dziadek, zobacz! Wygląda jak człowiek!

– E, co ty opowiadasz?

Ostrożnie położyła serwetkę na stole i zapatrzyła się w brązową bryłkę oświetloną promieniami słońca wpadającymi przez okno.

– Zobacz, tutaj ma nogi, tu ręce… a tutaj głowę.

Wbrew temu, co mu się z początku wydawało, to nie był ani ziemniak, ani gruda ziemi, ale coś innego – owoc? Bulwa? Grzyb? – o dziwnej, skórzastej powierzchni.

– Gdzie to znalazłaś?

– Na działce! Co najmniej parę tam takich rosło.

– Dotykałaś tego?

– Tylko przez chusteczkę.

– Rąk nie zapomnij umyć.

Urwał parę listków ręcznika i złapał bryłkę, żeby wrzucić ją do kosza. Okazała się delikatniejsza, niż się spodziewał: tylko lekko nacisnął, a skórka już ustąpiła, palce zatopiły się we wnętrzu, nie napotykając prawie żadnego oporu. Rzadki biały miąższ wyprysnął zaskoczonej Miśce prosto w twarz.

Starł to natychmiast, ale nieważne jak i czym pocierał, na twarzy Miśki zostały wyraźne czerwone ślady, jak znamię. Więc zapakował ją do auta i pojechali na SOR. Ludzi niby niewiele, ale i tak czekali godzinę, dwie. Powinni nas przyjąć od razu, myślał Gerard. Obejrzeć, powiedzieć, co to, czym to zmyć, i do domu. Co to za filozofia?

Jakiś facet zaczął się pieklić przy recepcji, że to skandal musieć tyle czekać, że przetrzymują ludzi specjalnie, żeby im się jeszcze bardziej pogorszyło, żeby szpitale mogły potem na nich trzepać kasę. Wrzaski działały Gerardowi na nerwy.

– Panie – odezwał się w końcu. – Weź pan skończ wreszcie, bo już słuchać ciężko. My jeszcze dłużej czekamy od pana i nie narzekamy. Jak trzeba, to trzeba. Siedź pan spokojnie i czekaj.

Tamten wytracił impet, opadł z powrotem na krzesło. Gerard dumnie popatrzył na Miśkę. Wystarczyło czekać cierpliwie, pilnować porządku.

Niedługo potem ich zawołali. Lekarz był młody, zbyt młody. Dzieciak jeszcze, w okularkach, ze schludnie przyciętą brodą. Może jeszcze student. Wysłuchał opowieści, obejrzał Miśkę, potarł odbarwienie zwilżonym gazikiem. Postukał w klawiaturę. W końcu powiedział, że wystawi skierowanie do dermatologa, ale rzecz nie wygląda groźnie. I tyle.

Zmarnowany czas, pomyślał Gerard. A teraz trzeba jeszcze będzie powiedzieć o wszystkim Marcie. Nie zdziwiłby się, gdyby całkiem przestała się do niego odzywać. Od paru lat już i tak prawie nie dało się z nią rozmawiać, obojętnie, czy chodziło o Covida, czy o Ukraińców, czy o wiatraki, czy o nakrętki od butelek. Na wszystko miała gotowe odpowiedzi, a to eksperci to, a to eksperci tamto. A spróbuj się człowieku nie zgodzić! Od razu zaczynała fuczeć i osądzać. Przy tym strasznie wszystko do siebie brała. Każda sprawa była osobista. Nie miał pojęcia, jak można było tak żyć, ze wszystkim na wierzchu. Nic dziwnego, że musiała chodzić na terapię; nic dziwnego, że się z Wojtkiem rozwiedli. Człowiek musi się odgrodzić, mieć jakiś pancerz. Inaczej świat się do niego dobierze. Jak się ma miękkie serce, trzeba mieć twardą dupę.

Ale Marta, kiedy przyjechała następnego dnia, nie wydawała się mieć pretensji, nie wydawała się osądzać. Westchnęła tylko, oglądając twarz Miśki. Nic dziwnego, pomyślał Gerard. Jego też kłuło w sercu, kiedy na nią patrzył. Dziecko oszpecone. Zostaje mieć nadzieję, że jej to kiedyś zejdzie.

– Zadzwoniłam do gospodarki komunalnej, mają kogoś przysłać.

– No coś ty, sam się tym zajmę – odpowiedział Gerard. – Pójdę i wszystko wykopię, zaleję Roundupem i tyle.

– Lepiej, żeby ktoś sprawdził, co to jest. Może się rozprzestrzenić. Trzeba ci czegoś?

– A niby czego? Przecież widzisz, że sobie radzę.

– No widzę. To w takim razie jedziemy.

Jak zwykle nie została na kawę, pogadać, nic. Kiedyś się o to pokłócili, Marta stwierdziła, że nigdy jej nie zaprasza ani nie oferuje kawy, na co on się obruszył, że przecież wiadomo, że zawsze ugości kawą, to trzeba specjalnego zaproszenia? Nic nie odpowiedziała, ale też nie zostawała. Gerard został sam, w domu, który po śmierci Beaty skurczył się do sypialni, łazienki, kuchni i salonu. Z tych pomieszczeń korzystał, w pozostałych ponakrywał meble pokrowcami. Drugi pokój odsłaniał, kiedy przyjeżdżała Miśka. I tyle. Zanim u Beaty wykryli raka, przebąkiwała o remoncie, żeby gruntownie wszystko odmalować, wymienić meble. Marzyły jej się białe ściany i nowoczesne szafki w kuchni. Teraz pewnie już zostanie tak jak jest, dom w żółciach i brązach, choć i tak czekała go wymiana okien, ogrzewania. Nie był pewien, ile jeszcze pożyje, i dziadek, i ojciec zmarli młodo, już ich przegonił. Kobiety w rodzinie trzymały się za to życia długo i mocno. Był pewien, że Beata go przeżyje, tymczasem to jego czekało teraz samotne wdowieństwo – pięć lat, dziesięć? Dwadzieścia? Diabli wiedzieli.

Przyjechała ciężarówka z Wydziału Gospodarki Komunalnej. Dwóch mężczyzn w drelichach poprosiło o dostęp na działkę. Jak już trzeba, to trzeba; Gerard wziął klucze i odemknął bramę. Poszli, popatrzyli. Jego coś zatrzymało przed płotem. Nie chciał widzieć tych pokracznych bulw, chciał tylko, żeby jak najszybciej zniknęły.

– Powiem panu, że czegoś takiego nie widzieliśmy – powiedział jeden z mężczyzn. – Wezwiemy Instytut Ochrony Roślin.

– Instytut Ochrony Roślin to są niezłe spece, kumpel tam pracował – powiedział Frączek, kiedy przyszedł wieczorem. Frączek wszędzie miał kumpli, to on skontaktował Gerarda z Jadwiszczakiem, a pośrednio z Ambroziewiczem i AmBudem. – Zajmowali się spalaniem narkotyków przejętych przez policję, testowaniem środków chwastobójczych… Ciekawa robota. Podobno teraz już wystarczy mała saszetka takiego środka na tysiąc litrów wody do oprysków. Coraz potężniejsze to produkują, bo i rośliny robią się coraz odporniejsze. Roundup już nie wystarczy tak jak kiedyś. Kumpel się zresztą zwinął z tej roboty, bo się zrobił do tego za stary. Dziewięć dni roboty, jeden dzień wolnego na takiej akcji. Teraz nie umie sobie stałej roboty znaleźć, to go zgadałem z AmBudem, robi im czasem wykończeniówkę.

Gerard nie po raz pierwszy ucieszył się, że odrobił swoje na kopalni i odszedł. Zarobił na dom, odchował córkę, miał zapewniony byt. Co by zrobił, jakby tak stracił pracę pięć, dziesięć, piętnaście lat przed emeryturą? Szkoda gadać. Człowiek teraz na nic nie mógł liczyć, najwyżej na siebie. Gdzie, do kogo się zwrócić, jak cię kopną w dupę z dnia na dzień? Darmozjady w sejmie, w sądach, nic z tym nie zrobią. Można by pomyśleć, że to nie zwykli ludzie ich wybierają, że to nie dla zwykłych ludzi pracują, ale kiedy napomykał o tym przy Marcie, to zaraz się stroszyła, że wierzy w teorie spiskowe; a wystarczyło tylko mieć oczy i odrobinę mózgu między uszami.

Następnego dnia przy działce więcej ciężarówek. Mężczyźni, którzy przyjechali, mieli na sobie kombinezony, Gerard zobaczył też maski przeciwgazowe. Poprosili o wstęp na działkę, ale nie odpowiedzieli na żadne z jego pytań: co zamierzają zrobić, jak szybko odzyska działkę. Zamiast tego wkopali przy ogrodzeniu metalowe słupki, rozciągnęli plandekę i całkiem zasłonęli widok. Gerard miał nadzieję, że cokolwiek zamierzali, zrobią to szybko. Co za problem wykopać te dziwaczne rośliny, zalać ziemię trutką? Na pewno mają coś specjalnego na takie przypadki. Ta ziemia nie będzie już rodzić, staną na niej domy, resztę można przykryć sztuczną trawą. A jej się akurat teraz zebrało na jakieś wykwity.

Byle to szybko poszło. Gerard już sobie wyobrażał ciekawskie spojrzenia sąsiadów rzucane z okien, podwórzy, samochodów, a także domysły, spekulacje i plotki, jakie niebawem zaczną się rozchodzić. Może powinien skontaktować się z Jadwiszczakiem, spróbować przyspieszyć finalizację transakcji, bo jeszcze chwila i nici będą ze sprzedaży.

Myśleli z Beatą, że się wybiorą razem do Ziemi Świętej. Potem przyszedł rak, jeżdżenie po lekarzach, a potem hospicjum i ciało złożone tam, gdzie wcześniej leżeli rodzice Gerarda. Miał cichy plan, żeby zrealizować marzenie, kiedy już sprzeda działkę – pomodlić się w świętym miejscu, za siebie i za Beatę. Kiedy wspomniał o tym Marcie, to od razu dziwnie na niego spojrzała. „W takich okolicznościach chcesz jechać do Izraela?” – zapytała. Nie chciał jechać do Izraela, tylko do Jerozolimy. Izrael, jasne, miał swoje za uszami, ale Arabowie tak samo; więc co w tym dziwnego, że Żydzi próbują zrobić porządek na swoim podwórku? Ale kiedy to powiedział, to dopiero się nasłuchał na temat ludobójstwa, bomb zrzucanych przy wsparciu Zachodu, polskiej współodpowiedzialności. „Serio ci to nie przeszkadza?” A czy jej serio to przeszkadzało? Przecież nie da się tak żyć i przejmować się wszystkim; oszaleć by można.

Wieczorem włączył telewizję i odkrył, że nie tylko u niego wyrośli. W kilku punktach w całym kraju pojawiły się jakby spod ziemi śpiące, niby-ludzkie postaci. Rząd do każdego z nich posłał ratowników chemicznych, dokładnie takich, jacy uwijali się na działce u Gerarda. Ustanowiono specjalną infolinię, na którą można było zgłaszać kolejne skupiska. Premier zapowiedział, że sprawa zostanie jak najszybciej zbadana i zaapelował o jedność. Lider opozycji oświadczył, że to kolejny przykład nieudolności rządu wrogiego Polakom. Szef drugiej partii opozycyjnej stwierdził, że to kolejny zamach Unii Europejskiej na suwerenność Polski. Profesor biologii powiedział, że badacze nie są pewni, czy organizmy te należy uznać za rośliny, czy może raczej za rodzaj grzyba. Prezenterka wezwała do śledzenia kolejnych doniesień.

Eksperci debatowali, dni mijały, nic się nie zmieniało. Każdego ranka przyjeżdżały furgonetki, czasem jedna, czasem dwie, czasem trzy. Stawały w połowie na drodze, w połowie na trawniku przed płotem, czasami nawet przed płotem Gerarda. Mężczyźni w kombinezonach znikali na cały dzień za ogrodzeniem. Czasami słychać było dźwięki radia, przeważnie było zupełnie cicho. Co oni tam robili? Gerard próbował ich czasem zdybać rano, kiedy przyjeżdżali, albo po południu, kiedy z powrotem pakowali się do samochodów. Zbywali go krótko, ale stanowczo: nic nie wiedzą, nic nie mogą powiedzieć.

– One rosną w takich skupiskach, wiesz? – opowiadała mu Miśka przez telefon. – Najczęściej, bo jeden był też u mojej koleżanki pod blokiem. No i uprawiają fotosyntezę, ale też oddychają. Jak poszłam z Igą pooglądać, to widziałam, jak się porusza! Jakby spał!

Gerard wolałby, żeby Miśka się do nich nie zbliżała – po cholerę kusić los? – ale ją jak na złość ciągnęło do tego diabelstwa, a Marta nic z tym nie robiła. Jakby jej było mało, że ma córkę oszpeconą. Pytał oczywiście, kiedy entuzjastyczny potok odkryć i spekulacji cichnął na chwilę. Czerwone plany nie schodziły z twarzy Miśki. Wysłała mu zdjęcie i nawet odrobinę nie zbladły.

Ratownicy odpowiadali coraz krócej na jego pytania. W końcu jeden z nich – wysoki, brodaty, chyba szef – powiedział, że jak tylko będą coś wiedzieć, to dadzą znać. Nie dodał: „Więc skończ zawracać nam dupę, dziadu”, ale Gerard zrozumiał przekaz. Od tamtego momentu tylko przyglądał się w milczeniu z podwórka.

Ale jeśli zanosiło się na zmiany, to tylko gorsze. Premier ogłosił w końcu stan wyjątkowy: każde skupisko zostało objęte strefą specjalną, gdzie władzę miały służby. I co z tego, że opozycja protestowała, że sędziowie i trybunały wyraziły wątpliwość, że nikt nie spytał o zdanie ludzi – premier powiedział, że tak ma być, i tak właśnie było. W radiu podano, że jacyś aktywiści złożyli pozew, ale nie w sprawie nielegalności stref, o nie: uwidziało im się, że ziemców – tak na nich mówili, „ziemcy” – należy uznać za ludzi, osoby, że należą im się prawa. Zupełna paranoja. Jakby wszystkim już w tym kraju odwaliło.

– Ja myślę, że to Niemcy albo Ruskie – powiedział Frączek podczas kolejnej wizyty. – Próbują nas wysiedlić. Putin z Łukaszenką zobaczyli, że przez białoruską granicę się nie uda, to próbują inaczej. Eksperymentują z hodowaniem ludzi, żeby nas zastąpić. A w ogóle to szkoda, że cię córa tak podkablowała. Znajomy jak się chciał pozbyć składowiska opon, to je po prostu po cichu podpalił. Chwila i po problemie. Tak samo by się to rozwiązało, jakby się tylko służby nie pojawiły.

Gerard upił kolejny łyk piwa, zastanawiając się, czy chodziło o Ambroziewicza. Zanim założył AmBud, dorobił się właśnie na składowisku odpadów. W śmieciach dopiero tkwiła kasa. Ale tak to właśnie było na tym świecie: jednych obowiązywały zasady, inni robili, co chcieli. Ktoś powinien zrobić porządek w tym kraju, a zamiast tego wszyscy myśleli, jak sobie nabić kabzę. Postępek Marty, wcześniej zrozumiały, teraz wydawał mu się zdradą. Martwiła się o córkę, jasne – ale przecież szkoda już się wydarzyła. Po cholerę zawiadamiała o tym gminę? Czemu nie pozwoliła jemu się tym zająć? Miała go za taką niedołęgę? W pół dnia by się z tym uporał, wyciął, wytruł i wypalił do gołej ziemi, a tak kto wie, ile jeszcze będzie się użerał z obcymi ludźmi na swojej ziemi. Kto wie, czy mu życia na to wystarczy, czy wcześniej zemrze i nie dostanie nawet żadnej rekompensaty. Cóż, wtedy Marta sama sobie będzie winna. Przecież to wszystko miało być dla niej, żeby też mogła gdzieś osiąść, a nie tylko wynajmować przez całe życie.

W tym wszystkim Jadwiszczak ciągle kręcił się gdzieś w pobliżu, też się przypatrywał. Mieszkał kilka ulic dalej, ale jego pole graniczyło z działką Gerarda. Niedawno przekształcił działkę rolną w budowlaną – według Frączka też niezły wałek przy tym odstawił – i sprzedawał ją AmBudowi. To dzięki niemu Gerard też mógł się załapać na transakcję wiązaną. Nic dziwnego, że teraz tu krążył; pilnował inwestycji. Kilka razy zagadnął już Gerarda, niby to przyjaźnie, ale z naciskiem. Tak jakby to Gerard był odpowiedzialny za to, co się działo, jakby cokolwiek tutaj od niego zależało.

Z każdą wizytą uśmiech Jadwiszczaka robił się coraz mniejszy, aż któregoś dnia zajechał swoim czarnym mercedesem i nie uśmiechał się wcale. Wysiadł tylko, wysyczał, że przez Gerarda wszystko poszło się jebać, że nie da mu tutaj żyć, tak go dojedzie, i odjechał.

Biednemu zawsze wiatr w oczy. Kiedyś jakieś dzieciaki zaczęły Gerardowi jeździć pod oknem na quadach. Prosił raz, drugi, trzeci, żeby przestali, bezskutecznie. Zadzwonił na policję – pięć minut później obserwował, jak szczeniak odbiera telefon: „Pały jadą”, powiedział do kolegi i tyle ich było. Gerard dowiedział się, że jego ojciec jest policjantem dopiero, kiedy tamten zatrzymał go na drodze. Teraz już tu przynajmniej nie mieszkali, ale tak to właśnie było. Silnym wolno wszystko, słabym nie wolno nic.

Usiadł z kolacją przed telewizorem, a w telewizorze zobaczył Martę. Pokazywali akurat ujęcie sprzed sądu – ziemcy uznani za żywych – i Marta tam była razem z Miśką; plamy nie zeszły, na ekranie wydawały się jeszcze jaskrawsze. Marta mówiła prosto do kamery, że to dobrze, że się cieszy, że nowym formom życia na Ziemi należy się ochrona. Gerard poczuł, jak jemu na policzki występują plamy gorąca, wulkaniczne kratery. Rodzona córka. Kiedy przed kamerą zastąpił ją prawicowy działacz z równiutkim przedziałkiem, podkreślający, że to absolutny skandal i ktoś musi zaprowadzić porządek w tym kraju, Gerard już wychodził. Nożyce do cięcia łańcuchów miał w garażu, pożyczone od kolegi. Z łańcuchem na bramie działki poradziły sobie w momencie.

Bulwy urosły od czasu, kiedy ostatnio je widział; były już nie do pomylenia. Pod cienką skórzastą błonką widział podkulone nogi, ramiona obejmujące ciało, wygięte w łuk plecy. Kiedy nachylił się nad jednym i obrócił głowę, zobaczył fragment twarzy ukrytej w zagłębieniu łokcia. W zmierzchającym świetle zdawało mu się, że pulsują, poruszane wieczornym powiewem – a może jakimś płynącym z ziemi tętnem? Nie, tak nie powinien myśleć, tam leżało szaleństwo, ludzie, którzy nie kosili trawy, żeby przypadkiem nie zabić drzemiącej w niej ropuchy, którzy nie jedli nie tylko mięsa, ale nawet roślin, bo też czują, którzy próbowali się żywić powietrzem i światłem. To tylko szkodniki, nie wiadomo po co wyrosłe, zrzucone przez Niemców albo przez Ruskich, zanieczyszczenie, skażenie. Jakby to byli ludzie, to by ich nie było na jego ziemi.

Zamachnął się nożycami, uderzył. Tak jak pierwszego dnia, nie napotykał oporu. Uderzył znowu, i jeszcze, i kolejnego. Mleczna ciecz bryzgała mu na twarz i ramiona, doskonale chłodziła płonące policzki. Noc była młoda, on miał sporo roboty.