Lubię przebywać w otoczeniu przedmiotów nieruchomych, pogrążonych w równie nieruchomym powietrzu, w schronieniu wolnej od hałasów nocy. Podejmuje się wtedy osobliwego rytuału:
Wstrzymuję oddech. Nie ruszam się. Wpatruje się całym wysiłkiem w jedno miejsce, albo wchodzę w ciemnie moich powiek. Nie dopuszczam żadnej rytmiczności.
Są to anty-chwile, w których czas, historia i pęd przestają istnieć. Mój pokój staję się układem zmiennych niezmiennych, zastygłą galaktyką, fotografią samego siebie. Być może unosi się w próżni kosmicznej. A na pewno nie jest przyczepiony do ziemi.
Poniżej spisałem przebieg jednej z takich ceremonii:
Wybiła północ.
Usiadłem na łóżku, przyjmując wyprostowaną pozę.
Starannie podjąłem się wszelkich zahamowań.
Ucichły krople z płaczącego kranu
Na baczność stanęły wskazówki zegarów
Zamilkł buciorów bieg na klatce.
Nie trzeba było długo czekać:
Przestrzeń rozpierzchła ciemna świetlistość – (nie)stało się to: zewsząd wydobyła się ogromna ekstaza, a do mojej świadomości, w tym absolutnym bezdechu, przedarło się pełne ulgi wytchnienie – świat rzeczy, zaprzęgnięty od zarania dziejów w proces dziania się, przestał się dziać.
Wielki dramat wszechświata został zażegnany, wielka śmierć każdego przedmiotu, realizująca się w każdej milisekundzie jego trwania, w ciągłej rekonfiguracji w coś, choć o jeden atom innego, zamilkła.
Zatrzymałem się i ja:
Ruch, w który spowita była moja osobowość, zamarzł – uchwyciłem się w całej swojej istności; zamiast migać w szeregu rozmazujących istnienie wrażeń, stanąłem przed sobą w postaci jednej, wielkiej, bryły jaźni; ta, objawiła mi się jako rozpostarty gradientem kolorów nie z tego świata fluid, a w nim, tu i ówdzie, niczym gwiazdy w pstrokatej mgławicy, spoczywały rzadkie, promieniujące wewnętrznym światłem, szlachetne kamienie.
Wreszcie poczułam się pogodzony – to, co wcześniej widziałem jako sprzeczności, teraz było wpisane w kontinuum feerii barw.
Wzburzone morze, nie znające fal
Geometryczny płatek śniegu, nie znający gorąca
A dookoła, przekraczająca wszelką miarę, rozkosz milczenia.
,,Trwało” to wieczność lub wcale.
W powietrzu zawisło niezręczne oczekiwanie. Zegar zaczął na mnie groźnie, sugestywnie spoglądać. Światło żarówki zadrżało. Firanka drgnęła. Ogarnęło mnie poczucie, że każdy każdego pyta ,,No, kto pierwszy?”. Wszystko, jakby w pragnieniu wywinięcia się na drugą stronę, spuchło do granic swych możliwości.
Creatio ex nihilo! Dłużej nie dałem rady… i wypuściłem oddech.
Naraz, w jednej chwili, czuć było, jakby przez pokój przebiegło stado koni; biurko rozciągnęło się w komicznym zygzaku, a wskazówki zegara zamieniły się w szalenie szybki diabelski młyn. Coś, jakby fala sejsmiczna, wstrząsnęło ścianami budynku, coś, jakby sama czasoprzestrzeń, uległa rozerwaniu. Na me biedne ramiona z dzikim impetem spadł kosmos – c z a r p r y s ł – i moja, jeszcze przed chwilą trzymająca się w ryzach jaźń, rozpadła się na niezliczoną ilość kawałków…
W oddali, na podmiejskiej drodze, powietrze przeciął ryk przyśpieszającego motoru. W wijących się w ścianach rurach kanalizacyjnych rozbrzmiał huk wody.
Nie mogąc się uspokoić, gorączkowo chodziłem w tę i w tę. Dopiero po wielu godzinach udało mi się zasnąć.
Nad ranem, obudził mnie alarm, krzycząc w niebogłosy swym miarowym pikaniem:
,,C Z A S wstawać C Z A S wstawać C Z A S wstawać C Z A S wsta…”.