Przejdź do głównej treści

Stoner Polski

Zawieszenie | proza

Rocznik 2002. Początkujący poeta i student filozofii na Uniwersytecie Gdańskim. Choć mieszka w mieście, to często wybiera się na długie spacery w naturze, gdzie szuka odetchnienia i inspiracji. Obok filozofii i neurobiologii, interesuje go szeroko pojęta sztuka - zwłaszcza ta, która, balansując na krawędzi, rozciąga granice percepcji: transgresja, groteska i wszelki eksperymentalizm. Nieraz jego dzień współtworzy muzyka: czasem jazz lub muzyka klasyczna, innym razem - glitch, breakcore i techno. Stara się dbać o ciało - ćwiczy kalistenikę i biega.

Ilustratorka, autorka tekstów, studentka Sztuki Współczesnej, interesująca się kuratorstwem sztuki, antropologią kulturową (głównie Bałkanów, w szczególności Serbii), montażem wideo. W pracy twórczej łączy fascynację fakturą tkanin z eksploracją formy i kompozycji obrazu.

Lubię przebywać w otoczeniu przedmiotów nieruchomych, pogrążonych w równie nieruchomym powietrzu, w schronieniu wolnej od hałasów nocy. 
Podejmuje się wtedy osobliwego rytuału:

Wstrzymuję oddech. Nie ruszam się. Wpatruje się całym wysiłkiem w jedno miejsce, albo wchodzę w ciemnie moich powiek. Nie dopuszczam żadnej rytmiczności. 

Są to anty-chwile, w których czas, historia i pęd przestają istnieć. Mój pokój staję się układem zmiennych niezmiennych, zastygłą galaktyką, fotografią samego siebie. Być może unosi się w próżni kosmicznej. A na pewno nie jest przyczepiony do ziemi. 

Poniżej spisałem przebieg jednej z takich ceremonii:

Wybiła północ. 

Usiadłem na łóżku, przyjmując wyprostowaną pozę.

Starannie podjąłem się wszelkich zahamowań.

Ucichły krople z płaczącego kranu

Na baczność stanęły wskazówki zegarów

Zamilkł buciorów bieg na klatce.

Nie trzeba było długo czekać:

Przestrzeń rozpierzchła ciemna świetlistość – (nie)stało się to: zewsząd wydobyła się ogromna ekstaza, a do mojej świadomości, w tym absolutnym bezdechu, przedarło się pełne ulgi wytchnienie – świat rzeczy, zaprzęgnięty od zarania dziejów w proces dziania się, przestał się dziać. 

Wielki dramat wszechświata został zażegnany, wielka śmierć każdego przedmiotu, realizująca się w każdej milisekundzie jego trwania, w ciągłej rekonfiguracji w coś, choć o jeden atom innego, zamilkła. 

Zatrzymałem się i ja:

Ruch, w który spowita była moja osobowość, zamarzł – uchwyciłem się w całej swojej istności; zamiast migać w szeregu rozmazujących istnienie wrażeń, stanąłem przed sobą w postaci jednej, wielkiej, bryły jaźni; ta, objawiła mi się jako rozpostarty gradientem kolorów nie z tego świata fluid, a w nim, tu i ówdzie, niczym gwiazdy w pstrokatej mgławicy, spoczywały rzadkie, promieniujące wewnętrznym światłem, szlachetne kamienie.

Wreszcie poczułam się pogodzony – to, co wcześniej widziałem jako sprzeczności, teraz było wpisane w kontinuum feerii barw.

Wzburzone morze, nie znające fal

Geometryczny płatek śniegu, nie znający gorąca

A dookoła, przekraczająca wszelką miarę, rozkosz milczenia.

,,Trwało” to wieczność lub wcale. 

W powietrzu zawisło niezręczne oczekiwanie. Zegar zaczął na mnie groźnie, sugestywnie spoglądać. Światło żarówki zadrżało. Firanka drgnęła. Ogarnęło mnie poczucie, że każdy każdego pyta ,,No, kto pierwszy?”. Wszystko, jakby w pragnieniu wywinięcia się na drugą stronę, spuchło do granic swych możliwości.

Creatio ex nihilo! Dłużej nie dałem rady… i wypuściłem oddech.

Naraz, w jednej chwili, czuć było, jakby przez pokój przebiegło stado koni; biurko rozciągnęło się w komicznym zygzaku, a wskazówki zegara zamieniły się w szalenie szybki diabelski młyn. Coś, jakby fala sejsmiczna, wstrząsnęło ścianami budynku, coś, jakby sama czasoprzestrzeń, uległa rozerwaniu. Na me biedne ramiona z dzikim impetem spadł kosmos – c z a r  p r y s ł – i moja, jeszcze przed chwilą trzymająca się w ryzach jaźń, rozpadła się na niezliczoną ilość kawałków…

W oddali, na podmiejskiej drodze, powietrze przeciął ryk przyśpieszającego motoru. W wijących się w ścianach rurach kanalizacyjnych rozbrzmiał huk wody.

Nie mogąc się uspokoić, gorączkowo chodziłem w tę i w tę. Dopiero po wielu godzinach udało mi się zasnąć.

Nad ranem, obudził mnie alarm, krzycząc w niebogłosy swym miarowym pikaniem: 

,,C Z A S wstawać C Z A S wstawać C Z A S wstawać C Z A S wsta…”.