Odkąd pamiętam, szwankowały mi receptory odpowiedzialne za umiar. Pierwszy raz zerwał mi się film A.D. 2005, na wakacjach przed szóstą podstawówki. Po trzeciej gimnazjum rzuciła mnie pełnoletnia dziewczyna, więc latem 2009 postanowiłem sprawdzić, czy w tak młodym wieku da się zapić na śmierć. Poszło mi całkiem nieźle. Już na początku lipca czwartego dnia libacji w Jadownikach pod Brzeskiem zjadłem zupę jarzynowo-klonazepamową. Ocknąłem się bez irokeza, pomalowany w obsceniczne szlaczki, trzydzieści godzin od ostatniego przebłysku świadomości. Koleżanki sprawdzały na szybce, czy oddycham, koledzy szukali miejsca, gdzie mnie zakopać. Później bynajmniej nie zwolniłem tempa, ale i tak nie udało mi się odmeldować w stylu G.G. Allin’a i we wrześniu rozpocząłem rok szkolny razem z innymi szesnastolatkami.
Receptory wciąż jednak szalały. Raz na biologii zauważyłem kurdupla w akwizytorskim garniturze. Zostawił coś w budce telefonicznej i uciekł. Równo z wyjściem nauczyciela z klasy wyskoczyliśmy z kolegą przez okno. W budce leżał ucięty blister z tabletkami. Oczywiście je połknęliśmy, oczywiście wszystkie naraz. Na ostatniej lekcji nic się nie wydarzyło, „jakaś ściema, placebo”. W jedynce na Dąbiu poczułem senność, a potem otworzyłem oczy na pętli. Nie w Hucie, tylko na Salwatorze. Dwie godziny później. Przejechałem całą trasę co najmniej trzy razy tam i z powrotem. Kolęgę znaleziono na Prądniku Czerwonym, jak spał pod koszem na boisku do kosza. Innym razem z innym kolegą dostaliśmy od wicedyrektora rozpuszczalnik Nitro i polecenie zmycia tagów, więc oczywiście… Nieważne.
Moją prawdziwą zmorą zawsze było jednak picie. Nie ćpałem wynalazków więcej niż tych kilka nieszczęsnych razów – może poza Acodinem – bo zawsze przesadzałem i w ogóle mnie to nie bawiło. Za to alkohol opętał mnie od razu. Ledwie mogłem legalnie spróbować piwa, a ja wpadałem w loty jak czterdziestoletni chłop. Jedno piwko przy piąteczku, a tu nagle niedziela z podbitym okiem, a później trzy tygodnie abstynencji przed powtórką.
W 2013 wyjechałem do legendarnej Szkoły Filmowej w Łodzi, jako jedyny od razu po maturze, najmłodszy z całego rocznika. Nie wytrzymałem ciśnienia. W liceum wpadałem w maksymalnie trzydniowe ciągi po kilkunastodniowych okresach abstynencji, w Łodzi proporcja przesunęła się aż do odwrócenia. Zamiast skupić się na priorytetach, chlałem, wciągałem i sprawdzałem, na ile mogę sobie pozwolić. Okazało się, że na o wiele więcej, niż się spodziewałem, i to akurat jest budujące doświadczenie.
Bodaj najniebezpieczniejsze w chlaniu jest to, że loty mają swój mroczny urok. To najprostszy sposób, żeby ubrać maskę z „Maski”. Płaciłem zdrowiem, reputacją, łzami bliskich, krzywdą obcych, rozchwianiem moralnym oraz pieniędzmi na grzywny i naprawienie szkód – w zamian otrzymywałem immunitet od wszelkich norm, przynajmniej we własnym mniemaniu, przynajmniej na kilkanaście godzin. Nie spotkałem bardziej zdradliwej substancji niż alkohol, może poza mefedronem w 2010, kiedy przez kilka miesięcy „nie mógł być szkodliwy, bo przecież jest legalny”. Alkohol dalej jest legalny, i tym bardziej zdradliwy. Najpierw daje poczucie siły i zwiększenia kontroli, po czym znienacka odbiera kontrolę, ale zostawia siłę. Większość wciąganych narkotyków nigdy nie wychodzi ponad pierwszy poziom, chyba że najbardziej hardkorowe dopalacze, które od razu wrzucają cię na drugi, jak żabę do wrzątku, więc wyskakujesz i więcej nie wracasz. Za to alkohol wciąga cię jak szmatę, bo za każdym razem oszukujesz się, że dzisiaj zatrzymasz się na pierwszym, choć równie dobrze mógłbyś pertraktować z rekinem ze „Szczęk” lub Obcym z „Obcego”.
23 sierpnia 2015 podjąłem decyzję o dożywotnim odstawieniu alkoholu. Nie byłem na żadnej terapii, ale naciąłem się nożem, że przy pierwszym zapiciu idę się sypać popiołem do AA. Obyło się bez, ale łatwo nie było. Miałem dwadzieścia dwa lata, z czego przechlałem dziesięć. Czułem, że została mi tylko przeszłość, a wszystko, co najciekawsze, jest już za mną. Byłem bezbronny jak żółw przewrócony na skorupę. Uczyłem się od zera nawet robienia zakupów w Lewiatanie, miewałem z byle powodu napady złości lub przygnębienia, a koledzy mówili, że wyglądam, jakbym wrócił z wojny. Gniłem w jaskini, dużo spałem i strasznie się ze sobą męczyłem. Ale nie wróciłem do chlania. Już samo wspomnienie przeklętego lata 2015 dusiło w zarodku wszelkie ciągoty.
Po wielu miesiącach posępnej wegetacji pozbawionej smaku i barw po raz pierwszy od pierwszej gimnazjum wdupcyłem pigułę. Otworzyły mi się oczy, na nowo pokochałem życie i odtąd pozwalałem sobie na nieco więcej. Zwłaszcza, że zaproszono mnie do elitarnych kręgów towarzysko-knajpianych, do których wcześniej nie miałem dostępu jako cham. Teraz byłem jednak absolwentem legendarnej Łódzkiej Szkoły Filmowej. Przestałem stanowić zagrożenie i wygładziła mi się twarz. Płynący w moich żyłach sok z buraka zmienił się w świeżą krew, a bydło awansowało na tzw. barwną przeszłość. Techenko, afterki, pod kontrolą, kulturalnie, coraz więcej, coraz częściej, coraz dłużej, aż doszedłem do niespania po siedemdziesiąt godzin.
W niedzielę 30 września 2018 około piętnastej rozbisurmaniony jak sto skurwysynów zarekwirowałem buteleczkę z GBL i na znak sprzeciwu wobec zażywania tej podłej substancji wypiłem ją całą naraz jak banię wódki. Obudziłem się przywiązany pasami do łóżka na toksykologii z włożonym cewnikiem i pociętym t-shirtem.
- Gdyby to była koszulka Gucci, to byście się nie wypłacili!
Pielęgniarz nie chciał mi uwierzyć, że już nie będę agresywny i rozwiązał mnie dopiero po dwóch godzinach „logicznego kontaktu słownego”. Jak się okazało, z powodu „ostrej niewydolności oddechowej” przez cztery godziny leżałem pod respiratorem, i gdyby nie zabrała mnie karetka, to bym nie przeżył. Przynajmniej zjadłem trzy obiady, bo przytruci koledzy z oddziału nie mieli apetytu.

***
Po bani giebla nie czekałem na następną szansę. Z moimi receptorami nie ma co się oszukiwać. Kosmetyczne ćpanie jest dobre dla menadżerów i influencerek – ja pozostałem wierny idei melange autodestruction. Mało się nie opłaca, a dużo wykańcza. Z resztą, wielodoby nie były nawet o narkotykach. To było zakamuflowane chlanie. Szukałem na około alkoholoidalnej utraty kontroli.
Oprócz wspomnienia przeklętego lata 2015 pomogły mi mnożące się po całym Krakowie przykłady starszych alkoholików, którzy z Królów Zniszczenia niepostrzeżenie stali się już tylko słabi, nieporadni, wystraszeni, zależni od innych, wiecznie przepraszający i przerażająco podobni do siebie, przegapiając moment, w którym da się zacząć od nowa ze względnie czystą kartą.
Nawet mnie, małolata, kosztowało to wiele trudu i wcale nie musiało się udać, jak patrzę na niektórych kolegów, którym dzisiaj odjechał już peron. Zanim wyparowały mi z głowy alkoholowe wyziewy, musiało minąć kilka lat. Multiplikowałem pijackie zachowania i postawy, bo inne znałem tylko z widzenia. Jeśli nie stymulantami i brakiem snu, zastępowałem chlanie, czym się dało, choćby obżarstwem, dojeżdżając się cukrem, tłuszczem i solą. Szarlotka, gar flaków, gorzkie żelki i zawijasy z lukrecji, wszystko – i cokolwiek – zostawione przez kogoś nieostrożnego w moim zasięgu znikało, a później mi szkodziło. Nie piłem, nie ćpałem, a jednak wciąż babrałem sie w znajomym mechaniźmie: utrata kontroli-lot-moralniak-przerwa- powtórka.
I w każdej chwili mogę zacząć babrać się znowu, bo receptorów, póki żyję, nie zmienię. Mogę za to wybrać, w czym stracić umiar. Właśnie nadeszła pora na najmniej odkrywcze spostrzeżenie dekady – rozwiązaniem jest sport.

Dokładnie tak. Działa jak taran. Nie muszę postanawiać, że nie wdupcam. Wystarczy świadomość, że po zarwanej nocy będę przez następny tydzień o 1/3 słabszy. Nie po to łącznie przez jedną pełną dniówkę w tygodniu targam żelastwo, żeby później na własne życzenie psuć efekty. I tym sposobem nie wdupcam. Nie muszę niczego postanawiać, po prostu wdupcanie nie spina mi się z trenowaniem. To samo z obżarstwem, oraz większością trucizn. Jak polecę, będę słabszy. Bycie silnym sprawia mi więcej frajdy, niż poróbka. Więc na najbardziej podstawowym poziomie kija i marchewki unikam wdupcania, bo znalazłem większą marchew.
Trzeba jednak przesadzić. Jak postawisz na lekki jogging, który uciągniesz nawet na kacu, to nici z taranu. Za słaba marchew. Receptory cię zjedzą. Musisz zobowiązać do czegoś naprawdę trudnego, do czego będziesz dążył w długim terminie. Kolory pasów, rekordy, trasy czy szczyty, to już zależy od ciebie. Wyobraź sobie Syzyfa, który zamiast ciągle pchać ten sam głaz, dostaje coraz cięższe. Nagle kara staje się nagrodą. Satysfakcja z zaliczenia poprzedniego daje mu napęd do zmagania się następnym. Walczy z nim aż do skutku, byle sobie udowodnić, że może, na górze zalewa go dopamina, a po chwili pcha znowu z samego dołu, na granicy wytrzymałości, trochę ciężej niż ostatnio. Nawet nie myśli o melanżu – na zwale od razu byłoby po zawodach.
Jednym z moich celów jest przysiad na jednej nodze trzymając przed sobą ciężar równy lub większy połowie masy ciała, czyli około 45 kilogramów. Uda się może za rok, może za półtorej. O ile będę dźwigał trzy razy w tygodniu, bez wyjątków, według planu, za każdym razem dając z siebie wszystko, i jeszcze dbając o regenerację, śpiąc ile trzeba, i dobrze jedząc. Jak po drodze polecę i stracę rytm, to cofnę się w progresie, a gdybym poleciał zupełnie, to musiałbym zaczynać od początku, więc tego nie zrobię, tylko będę dzień po dniu trenował, póki się nie uda, a wtedy zacznę przebijać następny sufit, bo tak jak w polo melo dno jest limitem i jak polecisz do spodu, to już tam zostaniesz, i nic więcej, to w sportach siłowych zawsze da się lepiej. Nie ma negocjacji, nie ma wyparcia, jesteś tylko ty, twój stopień wytrenowania i obiektywna przeszkoda do pokonania.
Żeby nie było, że się przechwalam, wykluczam i daję niewykonalne rady, przypominam, że sam wcale nie tak znowu dawno zaczynałem od zwykłego przysiadu na dwóch nogach trzymając przed sobą tyci kettelka 12 kg, bo choć warunki fizyczne zawsze miałem niezłe, to poza kilkoma kilkumiesięcznymi zrywami, w których nigdy nie udało mi sie wyrwać z kręgu wiecznie początkującego i wskoczyć na jakikolwiek sensowny poziom, zacząłem regularnie uprawiać sport dopiero w wieku dwudziestu ośmiu lat. A teraz startuję w zawodach i utrzymuję się z trenowania ludzi. Da się. I tak naprawdę dopiero zaczynam drogę miecza. Celowo nie rozwodzę się nad tym, co dokładnie ćwiczę. Odnalazłem się w podnoszeniu ciężkich przedmiotów i machaniu nimi w powietrzu, ale wybór dyscypliny jest drugorzędny. Podstawowe kryterium – niech sprawia frajdę. I trzyma w ryzach. Pół roku przygotowań i trzymania michy, żeby wyciąć 8 kilogramów na konkretną datę skutecznie angażuje receptory w rejestrach niezagrażających życiu, zdrowiu, dobremu imieniu i porządkowi publicznemu.
W atletycznej bańce furorę robi pewien termin, modny, ale bardzo sensowny. W skórcie, kluczem do unikania kontuzji i optymalizacji postępów jest dopasowanie obciążenia do aktualnego poziomu adaptacji metabolicznych, ale także, na przykład, gorszego dnia czy innych zmiennych. Są różne skale, RPE, RIR, to nie na teraz, jak chcesz, zgoogluj hasło „load manegment”. W wolnym tłumaczeniu: zarządzanie ładowaniem.

W nim zawarte jest wszystko. Ciężary, praca, substancje, relacje… Obciążenie, które rok wcześniej by cię złamało, teraz może okazać się zbyt lekkie, żebyś w ogóle je poczuł. Zdolność dźwignięcia tego, co cię spotyka, zależy od kondycji i momentu życia; raz mniej, raz więcej, najlepiej coraz więcej, ale z dwojga złego lepiej za mało niż za dużo, bo dawka czyni truciznę, a dawkę twoja odporność na nią. W melanżu nie potrafiłem zarządzać ładowaniem (a kto potrafi?). Gramy i litry nie budziły we mnie respektu. Walczą sposobem lisa. Ja potrzebuję lwiej miary. Wycisnąć 100 000 gramów, to jest konkret. Podnieść 200 000 gramów – to jest konkret! A nie martwić się, że pół grama wte czy wewte skończy się O.D.
