Wiersz – Cierpienia młodego pedała

| Opublikowano w: #8

Projektowałem tę kurtkę myśląc o graniu na obronie, z braku laku, wybrany jako ostatni, co najwyżej przedostatni, kiedy mieliśmy wuef łączony z C
i taka cicha niemota w okularach okazał się
jeszcze gorszy ode mnie. Śmieszna sprawa, pedał, frajer, kurwa ja pierdole, znowu milknie przytulając się do drewnianych żeber przy jednej ze ścian sali.
Podświadomie grawituję
w tamtą stronę, powoli zaplatam swoje chude palce obu dłoni na chłodnej drewnianej drabince.
Wszystko pachnie kurzem
i cienką skórą kozła stojącego w przeciwległym rogu sali. I tą pierdoloną bramką z materacu, którą przyjdzie mi zaraz pilnować. Witam się z gąską tych wszystkich chudych żeber obiecujących schronienie i lobotomiczne odcięcie od aromatów dojrzewających ciał, starej materii ćwiczelnianej, spalonych w kantorku papierosów i mnie. Przede wszystkim ode mnie. Dla mnie. Jak w niebie.
Proszę o azyl i wybawienie.
Uciekam przed wojną w mojej głowie, powoli zamarzając na bagnach ziemi cieknącej sokiem wprowadzonych pocztów sztandarowych. Sierp gwizdka przecina płachtę tej szkaradnej sceny, a całe robactwo gromadzone pokoleniami w mięsnych workach, wypełza żwawo na drewnianą promenadę rodząc z siebie bluzgi i rady dotyczące tych prymitywnych rozgrywek. Pisk najtańszych halówek rozbrzmiewa w moim uchu środkowym, powoli lecz miarowo posuwając mój percept.
Próbuję znaleźć w tym wszystkim siebie.
Parademarsz powoli rusza, cały ten kuriozalny konwent chudych nóg, na których dopiero zaczynają pojawiać się niemal przezroczyste włosy. Tych już śmierdzących pach, nieustannie klnących pod nosem, że szybciej masz, kurwa zapierdalać. Co ty, cioto, kurwa w piłkę nie grasz?
Wtedy też projektowałem, dużo kurtek, sukienek,
stylówek, stylizacji. Te wszystkie szmaty piętrzyły się dookoła mnie, powoli transformując swoją dwuwymiarową fizjonomię w prawdziwie ochronny trójwymiar. I tak zostało mi do dzisiaj, że z tego gadania, z całego pierdolenia czasem wyjdzie spod moich rąk jakaś szmata. Możliwe, że kilka. Czasem ciężko jest mi sobie przypomnieć.
Zamieram przy bramce, nie wiedząc i nie chcąc wiedzieć,
jak powinno zachować się w tej groteskowej sytuacji. Niby próbuję zmuszać się do tego, czego oczekują ode mnie wkurwione worki z mięsem nakręcone wizją największych boisk i pierwszych opowieści o waleniu konia.
Świadomość odzyskuję dopiero wtedy, kiedy napastnik przeciwnej drużyny w bezczelnie bezlitosny sposób pastwi się nade mną, raz za razem strzelając gole do zdradzonej przeze mnie bramki. Dopiero kiedy kolega z drużyny pieszczotliwie pyta, czy mnie nie popierdoliło, dopiero kiedy okazuje się, że jestem największym pedałem na świecie, szmatą kurwa, jebanym debilem, kurwa chuju. Dopiero wtedy wiem,
że prędzej w karafce znajdę tego słonia.
Tego, którego zawsze chciałem zobaczyć u pieszczotliwych kolegów i pieszczotliwszych koleżanek, zwłaszcza w ich oczach, kiedy zatrzaśnięty w sali pocztów sztandarowych, okiełznanych kozłów i wszystkich przegranych, próbowałem, nie wiem, chyba po prostu żyć.
Chce mi się rzygać, nie wiem jak pozbyć się z siebie tej ogromnej kuli przestraszonej watoliny. Dobrze, że jako astmatyk mam wprawę w duszeniu się i nie oddychaniu, przez co bez większych problemów mogę szybko spierdolić do szatni i rozbierać się z uniformu tego bezlitośnie prawdziwego terroru.
W nagrodę za bycie taką spierdoliną dostanę po żebrach, ale nie tych drewnianych, a moich, boleśnie zatrzaśniętych w tej chudej, mizernej i tak żałośnie dziecięcej klatce piersiowej. Chyba łokciami, tego chyba nie pamiętam zbyt dobrze.
I powiem ci, że dlatego ta kurtka to tak jakby punkt honoru,
a w ogóle, to o co w sumie pytałeś?

Ilustracja: Electric Fur


@electric.fur – ilustratorka, konserwatorka, soon tatuatorka, interesuje się folklorem i hardcorem, robi ziny, komiksy i wlepki, low iron sailor racoon