Czarny prorok schodzący na ziemię w dziwacznym statku kosmicznym; latający spodek lądujący na scenie podczas koncertu Parliament-Funkadelic; broń, która zamienia w funk wszystko, w co trafi swoim promieniem; muzyczna arka, która ma zabrać afroamerykanów do nowego świata w przestrzeni kosmicznej.
To wszystko tylko mała próbka tego, czym był i jest afrofuturyzm, jak ta narracja wyzwala wyobraźnię i pozwala tworzyć światy, o których nie śniło się białym filozofom.
What it is…? What it is…?
Najpierw pojawiają się buty, potem czerwone nogawki, a w końcu cała postać. To Sun Ra ubrany w egipskie szaty, przyozdobiony lśniącą, wielobarwną peleryną i złotym nakryciem głowy teleportuje się wraz ze swoją świtą do ośrodka dla młodzieży w Oakland. Jego nagłe objawienie przerywa śpiew, rozmowy, granie w gry i wymusza skupienie na czarnym kosmicie. „Witajcie, czarna młodzieży planety Ziemia. Jestem Sun Ra, ambasador Międzygalaktycznych Regionów Rady Przestrzeni Kosmicznej” – przemawia przybysz. Dzieciaki patrzą na niego, jakby mocno farmazonił i pytają, po pierwsze: „Why are your shoes so big?”, a potem: „How do we know you are for real?”. Od razu poznajemy zasady: styl i pochodzenie zawsze przed ontologicznymi dociekaniami. Ale to drugie pytanie wyzwala odpowiedź Sun Ra, która ujmuje bardzo wiele z istoty afrofuturyzmu:
„Skąd masz wiedzieć, że jestem prawdziwy?” – pyta Sun Ra. – „Nie jestem prawdziwy. Jestem taki jak ty. Nie istniejesz w tym społeczeństwie. Gdybyś istniał, twoi ludzie nie szukaliby równych praw. Nie jesteś prawdziwy. Gdybyś istniał, miałbyś jakiś status wśród narodów świata. Więc oboje jesteśmy mitami. Nie przychodzę do was jako rzeczywistość. Przychodzę do was jako mit. Tym właśnie są czarni ludzie, mitami. Przybyłem ze snu, który czarni ludzie śnili dawno temu. Jestem prezentem wysłanym do was przez waszych przodków. Będę tutaj, dopóki nie wybiorę niektórych z was, których zabiorę ze sobą.”
Nie jestem prawdziwy i to rozpoznanie buduje moją siłę – cóż za wspaniałe zaprzeczenie prymatu rzeczywistości nad nierzeczywistym, zmyślonym, niemożliwym. Obrócenie dogmatów. Mit, w tym ujęciu wyzwala i pozwala na uosobienie. Dopiero zrozumienie własnej nierealności otwiera oczy i daje moc: pozwala „stać się”.
Przywołana przeze mnie powyżej scena pochodzi z kultowego afrofuturystycznego filmu science-fiction Space is the place, z 1974 roku, wyreżyserowanego przez Johna Coney’a, do którego scenariusz napisał i główną rolę zagrał nikt inny, tylko prorok afrofuturyzmu Sun Ra. Kim był ten człowiek, od którego wszystko się zaczęło? Pierwotnie nazywał się Herman Poole Blount, urodził się w Birmingham w Alabamie w 1914 roku, występował jako pianista jazzowy. W 1952 roku postanowił zmienić swoje imię na Sun Ra i zaczął podawać się za istotę duchową przybyłą z Saturna, która zeszła na ziemię, by nieść posłannictwo dla czarnych sióstr i braci, o kosmicznym nowym świecie. To właśnie tam, w kosmos, miał zabrać afrykańską diasporę przy pomocy swojego zespołu-arki: Sun Ra Arkestra.
Space is the place. Przestrzeń, czerń, atramentowa głębia to ziemia obiecana, gdzie czarny lud w końcu będzie mógł wrócić do korzeni bytu, zaznać szczęścia i w pełni korzystać ze swojego nieskończonego potencjału.
Statek kosmiczny wyobraźnia
Choć na pierwszy rzut oka afrofuturyzm może wydawać się jedynie zabawą, czy niekontrolowanym wybuchem wyobraźni – to tylko pozory. Ten ruch kryje w sobie głęboki sens. Stwarza osobną kosmogonię, która stanowi tarczę ochronną dla straumatyzowanej zbiorowej tożsamości. Czarna mitologia mówi: nasze królestwo nie jest z tego świata. Stworzenie mitu założycielskiego, który jednocześnie ma swoje kontinuum w przyszłości – to wyjątkowy projekt rasowej emancypacji, przywraca wiarę i daje nadzieję. Zniewolenie trwa, ale mamy NASZE miejsce, raj, ziemię obiecaną. W ten sposób kreuje się forma czarnej tożsamości, przez tak wiele lat poddawanej najgorszym formą opresji.
Afrofuturyzm jest mitem, utopią, jest wszystkim i niczym (jak mówił Sun Ra o sobie), jest walką ze stereotypami, formą istnienia i czymś jeszcze o wiele więcej. Nie ma chyba czarnego twórcy, który nie otarłby się o niego w ten, czy inny sposób. Pisarze, filmowcy, twórcy komiksów, muzycy: od Sun Ra Arkestra i Funkadelic, przez Alice Coltrane, Kendricka Lamara, aż po Beyonce, ale też architekci, edukatorzy, projektanci. Artyści używają afrofuturystycznego mitu w swoich dziełach, by stworzyć alternatywę do tego, co jest nie-do-powiedzenia. Bo nie ma na tym świecie słów i pojęć, które mogłyby oddać bezmiar okrucieństwa, przemocy, niesprawiedliwości i cierpienia jakie dotknęły czarnych w historii tego świata1. Afrofuturyzm jest więc reakcją na traumatyczne doświadczenia społeczności, która przez wieki musiała walczyć o najbardziej podstawowe prawa: uznanie podmiotowości i wartości istnienia, a potem o równość i widzialność. Dariusz Brzostek w swoim tekście Black science-black magic: czy afrofuturyzm jest narracją poznawczą? twierdzi, że afrofuturyzm powstał z braku i z pragnienia, by ten brak wypełnić, przez reinterpretowanie przeszłości i wymyślanie fantastycznej przyszłości. Jak wspaniałą i wielofunkcyjną maszyną okazuje się tutaj wyobraźnia. Jak bardzo takie jej wyzwolenie przydałoby się nam wszystkim.
Tworzenie opozycyjnych światów, alternatywnych wersji zdarzeń, zaprzeczenie linearności czasu, zadawanie pytań i podważanie obiektywnych prawd. Afrofuturyzm robi to wszystko. Mówi: jeśli nas gdzieś nie ma, wyobraźmy sobie, że jesteśmy. I sprawia, że czarni pojawiają się tam, gdzie dotąd ich nie było. Siedzą w statkach kosmicznych, podróżują w czasie i przestrzeni, stają się superbohaterami. Ale jednocześnie w tkance rzeczywistości są nadal właściwie niewidzialni.
Everything is in place except you planet Earth
Tego nie musimy sobie wyobrażać. Jest rok 1964 i dopiero zapadła decyzja o zniesieniu prawa Jima Crowa, które degradowało i separowało czarną ludność Stanów Zjednoczonych. Dzięki wysiłkom aktywistów na rzecz praw człowieka, takich jak Martin Luther King nadano czarnej ludności USA prawa obywatelskie, ale lata segregacji do tej pory odbijają się czkawką w różnych regionach Ameryki, więc co dopiero wtedy. Czarni mogli (o ile!) żyć, ale najlepiej, gdyby robili to bezszelestnie. Ich wizerunki w popkulturze, kinie i telewizji pojawiają się bardzo rzadko, najczęściej w funkcji podrzędnej białym. I tak afrofuturyzm wraz z powstałym w latach 70. blaxploitation, gatunkiem filmowym skierowanym głównie do czarnych widzów, w którym grali czarni aktorzy, sprawiły, że członkowie czarnego community mieli w końcu jakąś reprezentację w popkulturze, mogli się w kimś przejrzeć i rozpoznać.
Rzućmy okiem na film Blacula z 1972 roku, który eksploruje temat wejścia czarnego bohatera tam, gdzie dotąd siedział wygodnie biały człowiek i tworzy jednocześnie alternatywną wersję historii o hrabim Draculi. Afrykański książę Manuwalde podróżuje wraz z żoną po świecie mając nadzieję zebrać sprzymierzeńców w sprawie całkowitego zniesienia niewolnictwa. Trafia do zamku Draculi, gdzie z godnością przedstawia swoje stanowisko, w pewnym momencie mówi z dumą podkreślając swoje pochodzenie: „Mój kraj chętnie wzbogaci świat swoją prastarą kulturą”.
Hrabia Dracula wyśmiewa parę mówiąc, że niewolnictwo jest barbarzyństwem tylko z punktu widzenia niewolnika: „Z mojego to intrygujące i rozkoszne. Chętnie bym zapłacił za taki apetyczny nabytek jak pańska żona” – peroruje, co oczywiście wzbudza gniew Manuwalde. Dracula ostatecznie morduje żonę księcia, a jego samego przemienia w wampira, którego losy śledzimy w dalszej części filmu. Od początku widzimy afrofuturystyczne gesty: ustawienie czarnego ludu w pierwotnej mocy i przeciągnięcie bohatera z marginesu do centrum. To, tak bardzo potrzebne, afrofuturystyczne lekcje sprawczości. Jednocześnie jednak mamy tutaj sporą dawkę pesymizmu: krwiożerczość białego człowieka niszczy, spycha na margines i zabija. Zupełnie jak w rzeczywistości.
Przenieśmy się jeszcze trochę w czasie (co będzie bardzo na miejscu w świetle tego, o czym mówimy), do roku 2005 i zobaczmy jak to wygląda w filmie kameruńskiego reżysera Jeana-Pierre’a Bekolo. W The Bloodiest wampiry są bardziej metaforyczne – to czarni skorumpowani politycy. Każdy rozdział filmu otwiera to, co afrofuturyzm robi najlepiej – postawione pytanie. „How can you make a science-fiction film in a country that has no future” – pyta reżyser i odpowiada stawiając na czele rewolucji pracownice seksualne Majolie i Chouchou, wykorzystywane przez opętaną seksem klasę polityczną. To one nabierają cech superbohaterek, walczą z przeciwnikami i walą z półobrotu, by pozbyć się ciała jednego z wpływowych klientów i na koniec wyzwolić z macek seksualnej przemocy. Ten film jest idealnym dowodem na to, że techniki rozmontowywania świata używane w afrofuturyzmie wciąż się sprawdzają, gdy mamy do czynienia z niesprawiedliwością, nadużywaniem władzy, okrucieństwem i byciem na marginesie społeczeństwa. Mogą okazać się skuteczne także teraz, gdy kapitalizm zaciska się na naszych szyjach coraz mocniej i nam potrzebne są supermoce.
Co dalej po końcu świata?
„It’s after the end of the world, don’t you know that yet” – w głowie dźwięczy pytanie zadane na początku filmu Space is the place. Jak wygląda rzeczywistość po końcu świata i co można z nią robić? Sun Ra zna odpowiedź – dla niego muzyka jest wszystkim, to dzięki niej teleportuje wybranych na nową planetę. Moc arki, dźwięki Sun Ra Arkestry, pozwolą zbudować nowy świat. Muzyka to język, wszyscy jesteśmy muzyką, każdy z nas jest instrumentem – mówi prorok. Każdy ma swoje miejsce, musi je tylko odnaleźć, poza Ziemią, w kosmosie, tam gdzie nie ma zła, cierpienia, zagubienia, narkotyków i przemocy. Utopia w pełnej krasie.
Co zostaje dla nas, którzy chyba coraz mocniej czujemy, że jakiś koniec świata się zbliża? Czy wyobraźnia może nas ocalić? I tak, i nie. Nie zachowamy życia, ale możemy stawiać opór, szukać alternatyw, kreować nowe drogi. Twórzmy inne światy, wysilajmy wyobraźnię, zmyślajmy, budujmy własne i cudze mitologie. Podważajmy realizm, czas, prawdy i prawa. Stawiajmy pytania, burzmy zastane porządki. Ściskajmy suche piersi rzeczywistości, by wydobyć z nich choć odrobinę mleka dla siebie.
There are other worlds.
- Małą lekcją historii w tym temacie jest choćby książka Svena Lindqvista Wytępić całe to bydło i serial HBO pod tym samym tytułem. ↩︎