Najpierw usłyszałam ryk silnika, a dopiero po chwili dostrzegłam w oddali nadjeżdżający pojazd. Auto-mutant, złożone z kawałków innych samochodów, niedopasowanych, pordzewiałych, nałożonych na siebie warstwowo, jechało w moją stronę. Do dachu na kształt skrzydeł miało przyspawaną parę drzwi w różnych kolorach i wielki kompresor na masce. Popatrzyłam z uznaniem na Yallę, jak nazwałyśmy nasze nowe autko. Betty zahamowała driftem, wzniosła tumany kurzu i otworzyła mi drzwi od strony pasażera.
– Wsiadaj, Mona! – krzyknęła – ruszamy na objazd!
Chwyciłam wyciągniętą przez nią rękę i wskoczyłam do środka Yalli. Ależ to było cacko. Nasz poprzedni składak też był niezły, ale oberwał podczas nalotu. Z tego, co z niego zostało i części, których szukałyśmy wszędzie – pod gruzami, w rowach, rdzewiejących wrakach – udało nam się złożyć nowy pojazd. Trochę to trwało, ale znów możemy jeździć.
Betty z uśmiechem docisnęła gaz i ruszyłyśmy z piskiem opon. Robiłyśmy takie rzeczy, choć już dawno nie było się gdzie porządnie rozpędzić. Nasz kraj kurczył się jak kawałek plastikowej folii podgrzewanej płomieniem zapalniczki. Jechałyśmy jedyną szosą, jaka została. Jedyną, po której mogliśmy się poruszać. Nad nami rozciągała się sieć autostrad, ścieżek i dróg szybkiego ruchu, na które ani my, ani żaden inny obywatel naszego kraju AZ, nie miał prawa wstępu. Cała infrastruktura należała do ludzi z plemienia ATU i tylko oni, oraz ich goście, mogli z niej korzystać. Nabudowali na naszych miastach, wioskach i ulicach swoje domy, osiedla i drogi, jakbyśmy byli niewidzialni. My zasiedliliśmy najniższe rejony. Kopaliśmy tunele, żeby się przemieszczać, mieszkaliśmy w namiotach i jaskiniach, a razem z nami ziemia, wiatr i piach. Nasze nieistnienie było jednak uważnie kontrolowane. Pilnowały nas różnej maści rejestratory, mury, zasieki z drutu kolczastego i olbrzymia armia uzbrojonych żołnierzy. Patrol ATU mógł pojawić się obok w każdej chwili, funkcjonariusze wyrastali jak spod ziemi i celowali do nas z broni. Gdy zdarzało się, że mój wzrok spotkał się z którymś z nich, nie spuszczałam głowy, patrzyłam intensywnie. Chciałam zobaczyć w ich oczach nienawiść albo chociaż pogardę – wówczas byłby cień szansy, że jeszcze widzą w nas coś ludzkiego. Ale nie, dla nich nie mieliśmy w sobie nic z człowieka. Mogli na nas patrzeć, mogli nas zabijać, ale nie zobaczyć.
– Jak się cieszę, Mona, że znów mamy czym jeździć! – krzyknęła Betty chwytając kierownicę obiema rękami – Gdy jadę tym gratem, czuję się szczęśliwa i wolna! Chociaż na ułamek sekundy mogę zapomnieć o tym gównie, w którym jesteśmy.
– Wiem, Betty, i zaraz się przesiadasz, też chcę poprowadzić! – odpowiedziałam.
Betty przekręciła pokrętło i pogłośniła muzykę na maxa, z głośników rozbrzmiało Who Killed Bruce Lee. Jej ręka, w przetartej skórzanej rękawiczce po babci, raz po raz uderzała w kierownicę, wystukując rytm. Drugą dłonią podpierała głowę, unosząc niedbale do góry część długich kasztanowych włosów, na które słońce rzucało teraz czerwone refleksy. Podśpiewywała i żuła gumę w ten specyficzny, bezczelny sposób, co jakiś czas wydmuchując wielkie różowe balony, które pękały bezgłośnie na jej ustach. Muzyka grała, a nasza fura robiła ogromny hałas. Motor dudnił, a kiepsko doczepione części karoserii trzepotały na wietrze. Ręce Betty wybijały rytm coraz szybciej, a przez małe okienka w jej rękawiczkach wychylały siwe wzgórza blizn. Szły traktem od wierzchu dłoni aż do jej prawego policzka. U mnie odwrotnie, blizny schodziły od ramienia w dół, kończyły się na kikucie lewej nogi. W naszym pokoleniu mało kto zachował wszystkie części ciała. Traciliśmy nogi i ręce od wczesnego dzieciństwa od min, bomb, samochodów pułapek i podczas walk bojówek kraju AZ z żołnierzami ATU. W miejsce utraconych kończyn wstawiano nam protezy, robione z czego się dało, najczęściej z metalowych prętów. Byliśmy nowym typem ludzi, mieszanką ciała i stali.
– Betty, oddawaj kierownicę, teraz ja jadę – krzyknęłam.
Wjechałyśmy na zarośnięty betonowy plac, Betty zatrzymała auto, spojrzała na mnie i podała mi mały palec – znak, że nadszedł czas przysięgi. Zaczęłyśmy mówić jednym głosem:
– My, Betty Hurra i Mona Sur – potomkinie najszybszych kobiet w krainie AZ, córki tych, które ścigały się w wyścigach i driftowały na placach, siostry tych, których już nie ma – mamy wobec tej ziemi swoje obowiązki. Jesteśmy poszukiwaczkami nasiona drzewa sza, które poprowadzi nasz lud do wolności. Przysięgamy na naszą szybkość, siłę i życie, niezłomnie robić wszystko, by przepowiednia się wypełniła.
Gdy tylko zamieniłyśmy się miejscami w samochodzie, Betty nachyliła się do mnie konspiracyjnie.
– Dostałam cynk, bardzo ważny cynk – wyszeptała – Źródło mówi, że to może być TO nasiono. Rozumiesz Mona?!
– Rozumiem, Betty – odpowiedziałam, ale moje słowa zagłuszył huk Yalli, którą właśnie odpaliłam.
W końcu narodzi się drzewo, które wróci nam wolność.
W końcu narodzi się drzewo, które wróci nam pokój.
W końcu narodzi się drzewo, które wróci nam naszą ziemię.
Plemię ATU miało swoją przepowiednię. Gdy o niej mówili, błyszczały im oczy. Może przez ten blask nie mogli dostrzec już nic innego? Mówili: przez tysiące lat nikt nie żył w tych górach, nikt nie chciał tej ziemi i tego nieba, i w końcu my tu przyszliśmy. Nie widzieli ludzi, którzy już tu byli.
My mieliśmy swoją przepowiednię. Naszą ziemię miało uratować drzewo sza. Jego pędy o cudownej mocy rozwiązywania tego, co nie do rozwiązania. Za ich sprawą nasz kraj miał odzyskać pokój. Wedle proroctwa nasiono, z którego wyrośnie wielkie drzewo sza, miało być zakończone grotem, jak kiedyś dolny kraniec granic AZ.
Szukałyśmy z Betty tego nasiona już dobrych kilka lat, sprawdzając każdą najmniejszą poszlakę, jeżdżąc w każde miejsce wskazane przez ludzi. Jeśli tylko ktoś mówił: tam jeszcze może coś być – ruszałyśmy. Nie było to łatwe, bo powierzchnia kraju ciągle się zmniejszała, a dodatkowo ATU nałożyli na nas całkowity zakaz sadzenia i hodowania drzew sza. Wszystkie rosnące w AZ drzewa zostały podpalone, wycięte lub zrównane z ziemią. Starsi mieszkańcy AZ ukryli pędy i nasiona, zakopując je w skrzynkach pod ziemią, wciskając w uskoki skalne, czy inne niedostępne miejsca, z nadzieją, że kiedyś znów będziemy mogli sadzić drzewa sza.
Ponieważ nie było żadnej oficjalnej mapy naszego kraju, a wszystko dynamicznie się zmieniało, brałyśmy plany od grupy aktywistów-kartografów, którzy na bieżąco rozrysowywali nieoficjalne drogi, podziemne korytarze i naziemne ścieżki. Znaczyłyśmy na nich miejsca, w których już byłyśmy i do których jeszcze chciałyśmy dotrzeć, a także rozsiane na wzgórzach punkty, w których wsadziłyśmy już znalezione nasiona. Jak dotąd żadne nie wypuściło pędów.
Nowy cynk przyszedł od znajomego Teda, który grzebie w gruzach. Ma wykrywacz metali i podczas jednej z ostatnich rundek znalazł skrzynkę, a w niej stare zapiski i zdjęcia. Na podartej kartce papieru widoczny był napis: trzy kroki od studni w Jaku na zachód, potem trzy kroki w przód, tutaj sza. I krzyżyk na prowizorycznej mapie. Spakowałyśmy łopaty i pojechałyśmy na południe, do Jaku.
Księżyc świecił jasnym światłem, a my kopałyśmy w poszukiwaniu czegoś, w czym mogły być schowane nasiona. Studnia w Jaku już dawna była zalana betonem, jak większość na terenie AZ. Żołnierze ATU betonowali sukcesywnie i skutecznie. My szukałyśmy wytrwale i z nadzieją, ale musiałyśmy się spieszyć, bo w każdej chwili mógł pojawić się wojskowy patrol. Trzy kroki w prawo od zachodu, trzy kroki w przód, łopatami i rękami, wydobywałyśmy kamienistą ziemię.
– Mona, mam coś! – krzyknęła Betty otrzepując z ziemi małą puszkę po oliwie.
– Pokaż, jest coś w środku? – spytałam niecierpliwie – Potrząśnij!
Betty poruszała puszką, usłyszałyśmy głuchy dźwięk. Odkręciłyśmy zakrętkę, a wtedy z wnętrza wydobył się snop światła, blask, którego nie widziałyśmy nigdy dotąd.
– Lepiej stąd jedźmy – szepnęłam i nakryłam światło ręką – jesteśmy tutaj już za długo, w każdej chwili mogą pojawić się ATU.
Wsiadłyśmy do Yalli, Betty prowadziła, a ja trzymałam puszkę nieruchomo, jak największy skarb świata, albo bombę, która może wybuchnąć od najmniejszego ruchu.
To nie może się powtórzyć. To nie może się powtórzyć. To się powtarza.
Matka codziennie wychodzi przed namiot i woła swoje dzieci:
– Amal! Miriam! Madi! Karim! Tana! Luba!
Żadne z nich już nie odpowie.
Tibur stoi przed żołnierzami zwartymi w ciasny szyk i rozpaczliwie krzyczy:
– Zabraliście nam ziemię, zburzyliście mój dom, nie macie serca, wszyscy wiedzą, że tu żyjemy, nie róbcie tego!
Kula trafia prosto w serce.
Szybciej, szybciej, szybciej, po wolność, po wiatr
– Gazu, Betty, dodaj gazu! – krzyczę z całych sił, jakby to mogło dodać nam prędkości. Uciekamy przed opancerzonym wozem żołnierzy ATU. Yalla oberwała już w jedno skrzydło, ale jesteśmy szybkie. Jesteśmy najszybszymi kobietami w AZ i wiemy, jak uciekać. Poza tym mamy puszkę z nasionami drzewa sza. Od kilku dni trwa burza piaskowa, a to daje nam przewagę, lepiej radzimy sobie w trudnych warunkach niż ATU, tyle że oni mają lepszy sprzęt. Pojechałyśmy na wzgórza posadzić jedno ze znalezionych nasion i tam nas dorwali. W ostatniej chwili wskoczyłyśmy do Yalli i zrobiłyśmy niezły slalom, żeby przed nimi uciec, ale i tak siedzą nam na ogonie. Podjeżdżają bliżej. Strzelają do nas. Betty obrywa w ramię. Robimy unik, skręcamy fachowo bokiem Yalli i już jedziemy w drugą stronę. Wracamy na wzgórza, Betty krwawi. Ja przeklinam i ściskam puszkę po oliwie bardzo mocno. W końcu wydaje nam się, że zgubiłyśmy pościg, przynajmniej na chwilę tracimy ich z oczu. Nagle słyszę huk i wylatuję z samochodu w powietrze.
Czy jesteście gotowe? Czy będziecie gotowi, gdy nadejdzie czas?
Wypadłam z Yalli i chwilę leżałam nieprzytomna. Odkąd się ocknęłam, błądziłam po wzgórzach i próbowałam znaleźć Betty. Niewiele było widać, wszystko zalał pomarańczowo-żółty pył. Trudno było wziąć oddech, czy postawić krok. Piach wchodził wszędzie: w oczy, w usta, we włosy, w uszy, mieszał się z krwią z moich ran. Myślałam tylko o jednym: czy puszka z nasionami została w samochodzie, bo nie było jej przy mnie. Miałam nadzieję, że w niej będzie to nasiono. Miałam nadzieję, że na nas się skończy. Że uda nam się wyhodować drzewo sza. Że ci, którzy przyjdą po nas, poznają pokój. Inaczej moi ludzie będą dalej umierać. Ginąć za ziemię, którą kochają.
Nie miałam sił dalej iść, usiadłam na ziemi, próbując osłonić głowę od powietrza i piachu. Nagle, przez wycie wiatru, przebił się dźwięk, jakby ryk silnika. Nadstawiłam uszu – to mogła być tylko ona: Yalla. Wstałam i przez chwile obracałam się w kółko, nie umiejąc określić, z której strony nadjedzie. Minęło parę minut i w końcu ją zobaczyłam. Oberwała mocno, skrzydła odpadły, ale dalej wyglądała pięknie, no i jeździła, mimo naszego starcia z ATU. Betty jechała na mnie z całą mocą i dopiero, gdy była bardzo blisko, zahamowała gwałtownie.
Podbiegłam do nich krzycząc:
– Yalla, Betty! – powiedziałam przez łzy – tak się cieszę, że jesteście.
Betty otworzyła drzwi, krew leciała jej z czoła i z ręki.
– Mona!!! – krzyczała – Mona!!! Prawie nas mieli, ale prawie! I patrz! – wyciągnęła spod siedzenia puszkę z nasionami drzewa sza i pomachała mi przed oczami z uśmiechem.
***
My, Mona Sur i Betty Hurra, przysięgłyśmy próbować – choć nasz świat wypełnia ból i śmierć. Musi zostać po nas jakiś ślad, jak blizna po ogniu. Dalej jeździmy Yallą i wciąż wierzymy, że drzewo sza w końcu urośnie i sprawi, że krew i strach, nienawiść i śmierć, rozpacz i krzyk, przestaną być istotą tej ziemi.