Szklany kwiat
Nie jadła nic od czterdziestu lat, ale czy można spokojnie jeść przy rozpadającym się stole? Kiedy wszystkie brudne talerze, tanie szklanki i wazon ze sztucznymi cyprysami spotykają się na szybki obiad z porysowaną podłogą? Zet wiedziała, że musi kupić nowy stół. Tanią zastawę. Umyć naczynia. Rzucić butelką w ścianę. Rzuciła. W sam środek obrazu martwych pomarańczy w plastikowej ramie.
Zet usiadła przy komputerze, przeglądając się w pustej stronie na migającym ekranie. Jedynym lustrze, w którym chciała się przeglądać. Składanie liter podobało jej się bardziej niż składanie ciężkich kartonów z mlekiem. Skanowanie słów podobało jej się bardziej niż siedzenie na kasie po dwanaście godzin. Rozbijanie zdań podobało jej się bardziej niż rozbijanie butelek, za które później potrącali jej z wypłaty. A Zet słynęła z tego, że wszystko wypadało jej z rąk.
A ile dzisiaj wypadło ci słów?
Godzinę później z impetem zamknęła laptopa i ruszyła w stronę drzwi, depcząc bosymi stopami odłamki rozbitego wazonu. Gdy szkło w kilku miejscach przedarło się przez stwardniałą skórę podeszwy, uśmiechnęła się cierpko. Ból tłumił gonitwę myśli i karmił jej głowę krótkimi chwilami jasności. W przedpokoju zwinnym ruchem zarzuciła na siebie płaszcz i, znacząc swoją drogę małymi plamkami krwi, ruszyła do miasta. Jeżeli ekran komputera nie chciał dziś przyjąć jej słów, pozostało ścigać się z nimi labiryntem znanych na pamięć uliczek, bulwarów, przejść podziemnych i placów.
Wydaje ci się, że ci się uda?
Nie wydaje jej się, żeby mogła kiedyś coś wydać. Siedemnaście lat temu w artykule o dostępie do szkolnictwa wyższego w Strefie Gazy przesłanym do anarchistycznego studenckiego zina podpisała się “Zet. Studentka piątego roku filologii bułgarskiej i trzeciego roku socjologii. Pisarka”. Wiedziała, że pisze w ważnej sprawie, włożyła w pracę mnóstwo wysiłku, była pewna, że wykonała solidną robotę. Tekstu nie przyjęto.
Zobacz, właśnie mijasz grupkę ludzi o naturze nieprzyjętej
Zet spuściła wzrok. Sekundy skakały beztrosko po wskazówkach komunijnego zegarka, który dostała od dziadka. Były takie radosne, a ona sparaliżowana wehikułem czasu nie mogła ruszyć się z miejsca. Zet, bycie i czas.
Marszczyli gładziutkie twarze. Wybałuszali oczy. Ich słodkie, pokryte czarnym lukrem źrenice, częstowały się do syta jej znoszonym swetrem, spranym płaszczem, zmierzwionymi włosami. Ekipa na śmierć i bycie. Spontaniczni intelektualiści. Ludzie wystarczająco wykształceni, dumnie oczytani i imponująco obyci. Takie jak ty, to oni zjadają wersem na śniadanie. Jednym opowiadaniem w kostkę cię poskładają. Lepiej się nie odzywaj, chyba że znowu chcesz się ośmieszyć.
Ruszaj się, nie bądź niegrzeczna
Pokaż że umiesz się zachować jak należy
Rozbić się jak należy
Pierwsza i ostatnia odezwała się wysoka blondynka. Lazurowe, nieobecne oczy, wytatuowana twarz Szymborskiej na nadgarstku i kolczyki w kształcie znaków zapytania. Cześć Margo dobrze cię widzieć masz takie śliczne włosy świeżo farbowane oczy.
Dlaczego chodzisz boso?
Nie boisz się, że coś ci się wbije w stopę?
To nie tak że ja się nie boję Margo ja jestem zapominalska taka wychodzę z domu czasem zapominam pamięć nigdy nie była moją mocną stroną ale wasze imiona dobrze pamiętam bo zawsze was lubiłam wy byliście tacy mili i lubiłam was słuchać tak mądrze zawsze tak mądrze i z sensem.
Zet przeniosła ciężar ciała na pięty, wzrok na popękane płyty chodnikowe, ciężar ciała na palce stóp, wzrok na rozmówczynię, ciężar ciała znów na pełne stopy, ciężar konwersacji chciała też na kogoś przenieść, nie miała na kogo przecież
Ostatecznie zdarza się tak, że nic nie odpowiada. A wtedy jej usta układają się bezwiednie w zdziwione “O”, jak u łapiącego powietrze karpia. A potem rusza szybkim krokiem, chcąc zostawić za sobą zdarzenie, z którego nie umiała wybrnąć, jak
z większości rzeczy, które przytrafiają ci się w życiu, prawda
boli. Napotkani znajomi taktownie czekali z salwą śmiechu, aż Zet zniknie za rogiem. Sęk w tym, że Zet zniknęła wyłącznie z ich perspektywy, gdy tymczasem z własnej uparcie i konsekwentnie jest, choć nie wiedziała właściwie, czym. Niespodziewanie dla niej samej narodził się w niej jeden nagły impuls. Teraz najchętniej wróciłaby pracować do Dyskontu.
ponieważ ze wszystkim rzeczy, w których jesteś niekompetentna, bycie niekompetentną w tej konkretnie najmniej cię upokarza, najłatwiej ci się z tym pogodzić, najłatwiej jest ci być poza nią, nieprawdaż? Odłączoną od ciała, ale
była niedziela. W uchylonych drzwiach mijanego kościoła stała grupa kilkunastu osób nadrabiających kwestię łaski uświęcającej na ten tydzień. Z otwartego na oścież okna balkonowego bloku kilkaset metrów dalej dochodziły szkliste okrzyki pary nadrabiającej kwestię pożycia seksualnego na ten tydzień. Wraz z tymi obrazami i dźwiękami Zet przestała być pulsującym poczuciem wstydu, jedną wielką emocją, pozbawioną granic, zróżnicowania i słów. I zmieniła się znowu w ciąg bodźców przetwarzanych na zdania, zmieniła się w maszynę.
Po raz drugi, odkąd otworzyła oczy, uśmiechnęła się, i w tym uśmiechu było jakieś odległe ciepło, rozbudzone na ułamki sekund, by za chwilę zgasnąć ale
była niedziela.
Zet poszła w stronę Dyskontu, niemal bezwiednie, ogarnięta chęcią pracowania. Nie zarobkowo — chciała coś porobić, jak idzie się pielić ogródek działkowy: dla samej siebie, żeby móc się czymś zająć.
Zet stanęła przy wejściu do Dyskontu. Uśmiechnęła się niemrawo na widok plakatu. Pozłacane zdania i marketowy szlagier: “Mistyczna promocja na mięso”. Na plakacie zmęczona kobieta o imieniu Zet. Zet jak Złotóweczka. Zet z wygiętymi kącikami ust przyczepionymi na spinacze biurowe. Taka zagubiona Zet. Zgubiona. Zmartwiona jak gdyby chciała schować się przed światem pomiędzy makaronem i szynką konserwową. Zakonserwować się korporacyjnie w prawdziwym biurze. Wieżowcu przez W jak Wrażenie zrobię na całej rodzinie. Pracować przy biurku i bawić się w spinaczami. Ale zamiast sączyć powoli włoską kawę z ekspresu, Zet targa zgrzewki, a na przerwach żongluje wyschniętym pieczywem na zapleczu.
Zet chciała tylko pracować w ślicznym, lśniącym, klimatyzowanym biurze, ale los rzucił ją na pierwszą stronę gazetki promocyjnej pospolitego Dyskontu. I teraz tak wisi.
Tak sobie wisisz. Prawie jak twój dziadek na drzewie.
Zet wpatrywała się w plakat nieobecnym spojrzeniem. Jej oczy zatrzymały się z piskiem źrenic na siatkówce, gdy staruszek w brązowym kaszkiecie szturchnął ją w brzuch drewnianą laską. Pytał ją czy to ona na tym plakacie. Zet wydawała się nie rozumieć pytania, a on mówił, że dzięki niej nabiera większej ochoty na to mistyczne mięso…
Zetka przed sklepem patrzyła na Zetkę w sklepie. Zetka przed sklepem schyliła się i podniosła z chodnika obluzowany fragment kostki brukowej.
Taki sam fragment, w tym samym czasie, podniosła Zetka uwięziona w Dyskoncie. Przez chwilę patrzyły sobie w oczy
i uderzyły równocześnie z całej siły. Dziwiły się przez krótką siłę, kiedy szkło nie ustępowało, a potem uderzały znowu, i znowu, i znowu, aż pojawiały się pęknięcia, szyba zaczęła się kruszyć i w końcu rozpadła na kawałki.
Ta, której jeszcze przed chwilą się przyglądała, zniknęła. Dziewczyna weszła do chłodnej, zaciemnionej hali, drugi raz tego dnia kalecząc sobie stopy o rozbite szkło.
No i po co tutaj przyszłaś?
Uśmiechnęła się, bo przyszła tu posprzątać.
Zrobić coś dla innych.
Chciała zaprowadzić porządek w momencie, w którym nikt tego od niej nie oczekuje.
Przepięknie, dyskontowy wolontariat. Nie chciałabyś dla odmiany, zrobić coś co ma sens? Taki chociaż przez małe es, niewinne es. Taki sens w wersji tyci tyci.
Sama wybierze, który sens ma największy sens.
Uśmiechnięta Zet zbierała z podłogi liście wysuszonych kwiatów. Rośliny z dyskontu trudno byłoby posądzić o prawdziwą zieleń. Były zanieczyszczone brzydotą i słabością od dnia przeprowadzki, kiedy dostawca swoimi brudnymi, spoconymi, spracowanymi rękami wyrzucał je z ciężarówki. Zet lubiła patrzeć, jak rośliny i pieczywo umierają. Czuła spokój, a spokój to dla Zet kolekcjonowanie martwych liści. Dla Zet cisza w głowie to zbieranie okruszków.
Ludzie potrzebują czystej podłogi. Czystość jest ważna.
Musi tu posprzątać. Pozamiatać okruszki i odłamki szkła.
Przyjadą po nią i skończy za kratami. Ruszaj się! Słyszysz?
Musiała zbić tę szybę. Nie miała wyjścia.
Zet nie wiedziała, co ze sobą zrobić, dlatego chwyciła za miotłę i tańczyła w rytm wrzeszczącego alarmu. Kręciła się w kółko, goniła własny ogon jak bezdomny pies, piruetowała po pięciolinii przy tym krzykliwym techno dla przestępców.
Miotła wyginała swoje plastikowe biodra, kusiła, a Zet uległa, może dlatego, że nigdy nie potrafiła się postawić, postawiła się tylko raz w pierwszym rzędzie pod murem, kiedy wyobrażała sobie swoją śmierć przez tańczenie do upadłego. Paliła się do tej śmierci tak bardzo, że miotła stanęła w ogniu. Zet upadła.
Słyszysz? Nadjeżdża radiowóz!
*
Słyszysz mnie? Rzuć butelką w ścianę!
No przecież rzuciłam w sam środek obrazu martwych pomarańczy w plastikowej ramie. Po co mi był ten obraz, po co mi było to wszystko, po co piłam pomarańczowe wino, skoro nie chodziło o smak, ale zaprosili mnie wtedy na degustację, dlatego poszłam za tłumem, choć zazwyczaj trzymam się z daleka, to poszłam za nimi po skórkach pomarańczy aż do ekskluzywnej knajpy, na którą nigdy nie byłoby mnie stać, ale to było otwarcie i darmowe wino do degustacji, dlatego dołączyłam bez biletu, nikt nie zwrócił na mnie uwagi, więc bezkarnie pływałam po tych wszystkich krajach, tak sobie przez przypadek skoczyłam na główkę pomiędzy szczepami. Potem fala zaniosła mnie prosto do mieszkania, surfowałam po chodniku, ale był pomarańczowy sztorm, hiszpańskie pomarańcze spadały mi na głowę i tak mnie znosiło, to na lewo, to na prawo, od hydrantu do bankomatu, z którego wyciągnęłam ostatnie pieniądze, żeby kupić wino, skoro darmowe się skończyło. I gdy już dotarłam do tego brzydkiego mieszkania, to wyciągnęłam ze skórzanej torby zieloną butelkę z czarną etykietą, której wnętrze przypominało smołę, a smak benzynę, ale to przecież nie miało znaczenia.
Chodziło ci przecież o to, żeby nie wysiadać z samochodu, nie zatrzymywać się nawet gdy goni cię radiowóz, zwłaszcza taki w którym siedzi twoja własna matka i chce ci wlepić mandat za bycie najgorszą córką na świecie, a ty wiesz, że wtedy po tobie, bo przecież właśnie wydałaś ostatnie pieniądze na to wino i nie będziesz miała, jak jej zapłacić, nigdy się nie wypłacisz, skończysz z długami i…
i gdy już tak dotarłam do tego mieszkania, to tego dnia, po tych wszystkich latach, latach spędzonych na treningach poznawczych, beztroskim liczeniu pustych butelek za łóżkiem, tak po prostu usiadłam na kanapie i wzięłam łyk. Wyplułam wszystko na sprany dywan w małe różyczki, kupiony kiedyś przeze mnie w celu ocieplenia wizerunku mieszkania chylącego się ku ruinie, łamiącego bez skrupułów estetykę klasy średniej, średnio mi się to uśmiechało, jak miałam się uśmiechać, skoro właśnie przestało mi smakować? Wykrzywiłam się.
Jak człowieka nie stać, to nie powinien pić, chyba że woli bawić się w koneserkę sztuki na wernisażach. Pamiętasz coś z ostatniej wystawy? Ja pamiętam, że ciebie wystawili. Artysta wystawił cię na środek i powiedział: Spójrzcie, oto człowiek.
Zwymiotowałam. Wiedziałam, że muszę coś zjeść, że inaczej po mnie.
Znowu rzygasz. Jak kot z wydłubanym okiem. I bez ogona.
Byłam głodna pierwszy raz od pijanych wieków.
Ale jak przełknąć coś po tylu latach, trudno się zdecydować, gdzieś tam w środku drzemie przekonanie, że nie to może być zwykły obiad, że nie wystarczy kolacja przy świecach, że tym nie da się najeść po tylu zmarszczkach na twarzy, których nie przykryje żaden puder, ciasto malinowe z cukrem pudrem też nie mogło się na nic przydać, to musiało być coś wyjątkowego, w końcu nie jadłam od czterdziestu lat. I nie ma co drążyć tematu, że człowiek tylko tydzień bez jedzenia wytrzyma, bo to nieprawda, czterdzieści lat nie jadłam i mam wszystko, czego tylko mogłam chcieć, miałam zero złotych, tysiąc zmarszczek, dziesięć tysięcy koszmarów w kieszeni, nikt mi nie powie, że nie wiem nic o bogactwie.
Rusz brzuchem.
Żołądek ścisnął się w małą kulkę, kiedy jeszcze byłam w liceum przyjaciółka piekła kulki mocy z daktyli, a mi było głupio, bo nie wiedziałam, co to te daktyle, znałam tylko jabłka, mandarynki, gruszki. I kojarzyło mi się to z motylami, a bardzo lubiłam motyle, dlatego nie zjadłam, chociaż ona zrobiła je specjalnie dla mnie. Kiedy odmówiłam spojrzała na mnie krzywo i wiedziałam, że właśnie te pieczone motyle zabiły wieloletnią przyjaźń, bo piekła ich skrzydła do nocy specjalnie dla swojej przyjaciółki, a przyjaciółka okazała się niewdzięczna i nie chciała zjadać motyli, które okazały się daktylami, takimi małymi, brzydkimi owocami, których i tak bym nie chciała jeść, bo nigdy nie wiesz, co tam w tej ciemności drzemie.
Chrupnij sobie, no chrupnij, Zet.
Ale ja nie miałam co jeść, bo w domu miałam tylko puste butelki i mogłam co prawda wydać te kilka złotych na te daktyle, ale do sklepu było daleko i jednak nadal nie ufałam tym dziwnym owocom, a nic nie przychodziło mi do głowy, nic co warto byłoby zjeść po tych czterdziestu latach, brzuch burczy wtedy zupełnie inaczej, jak gdyby poznał wszystkie języki świata i karmił mnie taką polifonią, burczało, ale burczało zbyt wyjątkowo, żeby zjeść zwykłą kanapkę, piekarnia jest bliżej, ale przecież nie chciałam jeść chleba, bo był zbyt powszedni, daktyle były dobrym pomysłem, ale za daleko, gdzie się właściwie kupuje takie daktyle, warzywniak czy raczej market, nigdy nie mieliśmy takich w dyskoncie.
Może powinnam była wtedy pójść do dyskontu i poszukać tych daktyli, choć nigdy ich tam nie było, daktyli co mogły, ale nigdy nie były motylami, przecież nie mogły odlecieć daleko ze sklepów, wystarczyłoby żebym wyszła z domu, wzięła ostatnie kilka złotych z portfela i poszła, chociaż kto wie, ile właściwie kosztują takie daktyle, motyle przecież są za darmo, ale motyle przecież nie mają nic wspólnego z daktylami, dlatego nie wiem, czemu znów do tego wracam.
Zet, zastanów się, co nie odleci i co jest pod ręką.
No zobacz, co masz pod ręką.
Pod ręką. Pod nogą. Pod stopami.
Wszędzie leżało porozrzucane szkło. Zet pomyślała, że to potłuczone: najpierw rozbite szkło w mieszkaniu, teraz rozbite szkło na zimnych kafelkach dyskontowej podłogi. Zapewne jeszcze po drodze, na chodnikach, rozbite szkło rzuconych na ziemię butelek, których integralność miała dla ich posiadaczy wagę wyłącznie tak długo, jak długo chroniła upragnioną przez nich zawartość. Droga ze szkła doprowadziła Zet tutaj. Odbicie i przeźroczystość.
Zjedz cokolwiek, co masz pod ręką, Zet.
Przykucnęła i schowała w dłoniach odłamki roztrzaskanej szyby. Podniosła do ust duży kopczyk i przełknęła. Zdziwiła się. Szkło było miękkie, nie kaleczyło i miało lekko malinowy posmak.
Na co czekasz? Jedz.
Powoli, z każdym fragmentem, który wnikał w jej ciało, Zet czuła, że rzeczywistość, która odbijała się w tych skrawkach, stawała się jej częścią. I że jak w lustrzanym odbiciu, albo właściwie w nieskończonym spiętrzeniu lustrzanych odbić, perspektywa odwracała się.
To Zet stawała się otaczającym światem, a otaczający świat stawał się dawną nią. Teraz to ona otaczała przykucniętą na podłodze dziewczynę. Była zmęczonymi ciągłym dźwiganiem towarów półkami, była leniwie degradującymi się produktami spożywczymi, w których zachodził cierpliwy, choć wciąż niewidzialny rozkład. Była pulsowaniem alarmu, fotonowymi rozbłyskami światła, była zimną i rzeczową podłogą. Była staruszkiem oddalającym się od Dyskontu w stronę własnego mieszkania i dwojgiem policjantów, którzy, przeciwnie, pędzili radiowozem w stronę wielkometrażowego sklepu, gdzie odnotowano włamanie. Była grupą spotkanych po drodze znajomych, u których na samej granicy świadomości wciąż majaczyło nieistotne wspomnienie zetknięcia się z nią, zacierając się powoli i ustępując miejsca masie innych spraw. Była reumatycznymi ścianami budynków, łapczywie wygrzewającymi się w sierpniowym słońcu i czekającymi, aż ciepło przeniknie do samej ich głębi. Była plątaniną ludzi, ptaków, tramwajów, ożywionej i nieożywionej materii, a im bardziej oddalała się od epicentrum, z którego wyrodziła się ta świadomość, tym mniej obchodziła ją rozbita dziewczyna z Dyskontu.
Ty zawsze wszędzie wszystko rozbijasz
i to była prawda, dlatego Zet rozbiła szybę, butelkę, bo butelka od dnia przyjścia na świat chciała zostać rozbita, żeby nikt nie mógł wypić z niej ani kropelki, i zniszczyć sobie życia, i tkwić w zawieszeniu pomiędzy stacją benzynową a monopolowym. Przyszedł czas na sytość, a Zet nie jadła już czterdzieści wiosen, dlatego pochyliła się i pochłonęła całą sobą całe szkło, bo pachniało malinami, a maliny przynosił dziadek w słoiczku.
Dlatego Zet usiadła w kącie Dyskontu. Kącie mieszkania. Kącie wszechświata. I jadła, a szkło rozpływało się w jej żyłach; jadła tak długo, aż na jej wygłodzonej ręce wyrósł drobny, szklany kwiat, co zamiast łodygi miał linę, na której powiesił się dziadek. Albo — jeśli spojrzeć z innej perspektywy — popękaną linię papilarną, której chwyciła się Zet.