Proza – Sprawność

Patrick Leftwich | Opublikowano w: #8, literatura

Niebo ponad wieżowcami było w kolorach RGB, rozpikselowane przez rozciągnięty zachód słońca.

Inspektor Rumel przeskoczył nisko biegnące rury i zatrzymał się na małym wzniesieniu, by  złapać oddech. Dwa szklane wieżowce na horyzoncie, które nazywano Drapaczami, płonęły jak neonowe latarnie na morzu bezlitosnej zieleni. Pojedyncze budynki i urwane drogi otoczone roślinnością tkwiły w bezruchu, jak betonowe beznadziejne zjawy tonące w zmierzchu. Coś mu mówiło czekaj, chociaż nie powinien tracić ani chwili dłużej.

Wyczuł zapach padliny dochodzący gdzieś z lewej, jego ciało przeszedł dreszcz. Wczorajsza burza osiągnęła siłę IV stopnia, pewnie sarna zginęła i rozkładała się cały dzień.

Takie miejsca ściągają różnych niebezpiecznych interesantów, pomyślał, zostaw, nie miał na to czasu, wystarczy standardowa kolacja, zaraz będzie zmrok i rozpoczną się Przerzuty. Tak mieszkańcy Drapaczy nazywają tzw. zjawisko Vandermeera, czyli nadciągające co noc niekontrolowane wyładowania horyzontalnego transferu genetycznego, które przy wysokich natężeniach mogą prowadzić do nowotworów lub śmierci. Ponieważ nie istniały urządzenia zdolne do mierzenia vandermeerów, nie można było stwierdzić, z jaką burzą ma się do czynienia i ocenić szans przetrwania.

Często znajdywano zwierzęta z nadmiarowymi kończynami, oczami mechanicznie przemieszczającymi się wzdłuż rdzenia kręgowego, napuchniętymi pod skórą organami, z których kiełkowały nieznane aktualnym klasyfikacjom rośliny. W niektóre szczególnie gwałtowne noce flora wokół Drapaczy ulegała niemal całkowitemu zniekształceniu. Drapacze były ich jedynymi punktami orientacyjnymi. Poruszanie się tutaj polegało na szukaniu odsłoniętych lub uniesionych pozycji, ustawieniu mentalnej mapy względem wieżowców i przeskakiwaniu do następnego punktu.

Wchodziło się w kanały i przesmyki prowadzące na podwórka, które do złudzenia przypominały miejsca odwiedzane w ciągu ostatniego tygodnia, by zaraz odkryć, że organiczne halucynacje zresetowały się. To samo miejsce co wczoraj znajdowało się w nowym labiryncie, w środku innego kryptogramu, którego szyfr komplikował się z upływem czasu pozostałego do zachodu słońca. W takich sytuacjach Inspektor Rumel czuł, jak jego własne myśli z rosnącą prędkością zamieniają się w coś, co spotyka po raz pierwszy, był świadkiem inwazji cyfr i liter niezrozumiałego kodu na pochłonięty paniką umysł. By się uspokoić przypominał sobie dawny świat, w którym czuł, że ma swoje miejsce, swoje nawyki, swoje spacery, a każdy dzień wyglądał jak poprzedni. Tak naprawdę najpierw w jego życiu było źle, potem dobrze, teraz jest nieporuszony. Albo przypominał sobie, jak mówiono mu, że jest dobrym chłopakiem. Na takie wspomnienia kierował uwagę, na dotyk przy którym był bezpieczny, na głos dla którego zrobiłby wszystko. W końcu któryś obraz zatrzymywał powódź znaków i przed jego zmysłami znów rozkładały się potencjalne trasy powrotu do Drapaczy.

Niebo pociemniało o ton. Okej. Pobiegł lewą stroną na rampę ciągnącą się wzdłuż magazynu, który poznał po wzorze stłuczenia szyby. Zeskoczył z rampy na pustą ulicę wygłuszoną dywanem z mleczy. Ciszę przeszył jakiś hałas z równoległej przecznicy, dalej na lewo. To musiały być zdziczałe kawiomorfy poszukujące pożywienia w omszałych, zardzewiałych składach dawnego dworca towarowego. Raczej niegroźne stworzenia, których stado potrafi jednak beznamiętnie zatarasować całą ulicę tak, by slalom pomiędzy tyczkami ich kończyn zabrał parę cennych minut, tym bardziej że należy uważać na zgniecenie przez ich wielkie cielska obijające się o siebie, gdy zidentyfikują niespotykany kwiatek.

Skręcił w prawo, przeskoczył przez obręcz z bluszczu i zobaczył wiadukt kolejowy, który za każdym razem, gdy na niego natrafił okazywał oznaki totalnej, postępującej korozji. Położył ostrożnie pierwszą łapę na rudej powierzchni, następnie drugą, trzecią i czwartą, oszacowując w skupieniu każdy kolejny krok na utleniającym się polu prawdopodobieństw. Pod wiaduktem rósł zagajnik, który od paru tygodni z jakiegoś powodu opierał się vandermeerom. Rumel znał przejście przez wiadukt na pamięć, musiał tylko ją zaktualizować o nowe dziury, zmieniając choreografię łap i układ diagonalnych skoków.

W trzech czwartych wiaduktu znalazł się przed rozszczelnieniem, które od ostatniego razu powiększyło się do takich rozmiarów, że nie był pewien, czy da radę przeskoczyć. Wszystko dookoła pogrążone było już w cieniu, włączyły się pierwsze lampy, odcinając się elektrycznym blaskiem od zanikających pastelowych smug ponad jego głową. Miał nadzieję, że reszta dotarła. Hyc, Szwindel, Szajka i Inspektor Rumel tworzyli bandę, którą areopag codziennie wysyłał po informacje w strefy ograniczonej widoczności Drapaczy. Dzisiaj rozproszyli się, kiedy słońce jeszcze było wysoko, a zaraz potem przez niebo przebiegło drugie lśnienie. Od tego czasu Rumel zajęty był odwijaniem grafów zapachowych i cierpliwie przenosił dane do pamięci wymiennej.

Stojąc przed rozpadliną, przypominał sobie, jak nie umiał wbiec na kładkę podczas któregoś z konkursów agility, jakby niewidzialny mur konieczności blokował mu dostęp do jedynego portalu. Słyszał wtedy wołanie swojej pani, ale nie rozumiał komend, metaliczny gwar paraliżował wszystkie jego mięśnie, chciał się ukryć, dyszał coraz mocniej i zniknął zupełnie. Gdy powrócił do siebie, leżał poza torem na małej trybunie, żując jakiś smaczek. Więcej się to nie powtórzyło.

Jakiś czas później został dwukrotnym mistrzem agility w kategorii małej. W agility najważniejsza była psia intuicja i więź z opiekunką, której wskazówki głosowe i ruchowe pomagały mu bezbłędnie i w jak najkrótszym czasie pokonać nieznany wcześniej tor przeszkód. Zazwyczaj tor składał się z hopki, skoku w dal, koła, kładki, slalomu i tunelu albo rękawa. Musiał nauczyć się panować nad stresem, adaptować i natychmiast poprawiać błędy. Urodził się kundlem, ale został czempionem.

Dobry chłopiec.

Teraz musi przeskoczyć tę dziurę. Rzucił okiem jeszcze raz w stronę lamp ulicznych. Zawróci – zniknie na zawsze. Powoli zrobił dwa kroki w tył, by wziąć rozbieg. Czuł jak czas przyspiesza z każdą chwilą wahania. Hop. Napiął mięśnie, położył uszy wzdłuż głowy, zerwał się z kufą jak iglica, jednym susem dotarł do krawędzi i odbił z czterech łap ściągniętych w jednym absolutnym punkcie. Poczuł jak obsuwa się spod niego kruche żeliwo i w ułamku sekundy wyobraził sobie, jak spada w ciemność, lecz zamiast tego wzbił się w górę. W pozycji ze zgiętymi przednimi i wyciągniętymi tylnymi łapami dla zwiększonego opływu wszedł na perfekcyjnie eliptyczną trajektorię skoku. Wylądował na przeciwległej krawędzi, za nim dziura ziała jeszcze większa niż wcześniej. Tak! Kilka metrów dalej był już na wybetonowanym końcu. Zanim ruszył, niezwłocznie wysikał się na najbliższą lampę uliczną, zostawiając na przyszłość wiadomość, że przeprawa przez wiadukt jest już niemożliwa.

5556#4.28B5787D##13#298/δ

Reszta drogi do Drapaczy rozwijała się przed nim samorzutnie. Wreszcie dotarł do tunelu, który wychodził na placyk przed Drapaczem 2. Żaden z wynaturzonych chwastów pnących się po każdej dostępnej powierzchni nie dotykał samego budynku, jakby był pokryty powłoką maskującą przed nieopanowaną żądzą pędów. Jakby technologia fasady sama szyfrowała się na poziomie molekularnym, by stać się niespostrzegalną dla podmuchów mutacji genetycznych wyjących nad obojętnym miastem.Przez tafle szkła wieżowców przeszła zmarszczka, odkształcając świat w misterne złudzenie optyczne. Zdążył w ostatniej chwili.

Zwilżył nos szybkim uderzeniem języka.

  7952#2.22V5X8Q3##29#111/ω

6516#4.98B578ZZ##70#326/ζ

4578#8.00V5V77H##33#881/λ

Szwindel, Hyc, Szajka. Wszyscy już wrócili.

Na ziemi przy samym Drapaczu 2 blado świecił niewielki owalny piezoelektryczny ekran, podbiegł i położył na nim przednią łapę. Dzień dobry, Rumel rozległo się wokół niego i ściana rozstąpiła się bezszelestnie. Z całkiem wertykalnie postawionymi uszami wszedł do pustej, niebiesko oświetlonej windy. Brawo, Rumel, kto jest takim zdolnym chłopcem, przestrzeń wypełnił ciepły syntetyczny głos.

Zaczął pić wodę z miseczki w rogu. Wbudowane w pomieszczenie sensory skanowały niezauważalnie informacje zebrane przez niego z dzisiejszej ekspedycji. Mapping, zrzuty wizualne, diagramy z poduszek łap, ścieżki olfaktoryczne, pamięć mięśniowa.

Inspektor Rumel nadal czuł, jakby stalowy pręt przeszywał jego grzbiet. Dzisiaj prawie nie zdążył, chyba był bliżej wystawienia na zjawisko Vandermeera niż kiedykolwiek. Położył się na brzuchu i zaczął jednostajnie beznamiętnie lizać po łapce w miejscu zgrubienia powstałego w wyniku całego życia odreagowywania wysokich emocji.

Wyłączył się zupełnie w trakcie lizania, dlatego nie zauważył, gdy dojechał na poziom kwater jego bandy. Bardzo ładnie się spisałeś, Rumel. Kolacja gotowa. Tak. Kolacja. Inspektor Rumel nie miał sił podskakiwać z entuzjazmem jak zwykle, ale ucieszył się na myśl o czekającym koktajlu mięsnym i swoim koszyku, w którym będzie mógł śnić o czasach, kiedy był czempionem w kategorii małej.

Ilustracja: Electric Fur


Patrick Leftwich – npc w Kentucky Route Zero

@electric.fur – ilustratorka, konserwatorka, soon tatuatorka, interesuje się folklorem i hardcorem, robi ziny, komiksy i wlepki, low iron sailor racoon