Przejdź do głównej treści

Stoner Polski

Skaczesz albo płaczesz (reportaż paprocha) | proza

Ilustratorka, autorka tekstów, absolwentka Sztuki Współczesnej, interesująca się kuratorstwem sztuki, antropologią kulturową (głównie Bałkanów, w szczególności Serbii), montażem wideo. W pracy twórczej łączy fascynację fakturą tkanin z eksploracją formy i kompozycji obrazu.

Weź sztylet albo kamień, zanim miniesz się z hukiem.

Urwij głowę albo rękę, zanim wyrośnie na skruchę.

W ostatnim czasie zdarza mi się wpadać w zgliszcza. Chmury plotą bzdury, a sroki wytykają mi rozdwojone końcówki. To może brzmieć jak dziurawa tratwa i gówno was obchodzić. Sturlam to jak wypieczona buła, z sękiem w plecach.

I

Tośka wylizuje paznokcie upaprane szarlotką. A ja się cieszę, bo mogę z nią szaleć, kwiczeć, grzebać gołębie i po prostu pięknie żyć. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby pokazała mi język, ale wiem, że byłby żółty.

Wczoraj widziałam, jak skubała Franka za szyję. Trochę jak kura, a trochę jak zdzira.

Z tym nigdy nie wiadomo, bo to się plecie jak staruchy na bazarze. Jak słońce i koszyk.

W każdym razie mamy tu Tośkę i Franka – dwa wypieczone gołębie z bordowo lśniącą skórką.  

A jutro idę do kina z Mielonką, która z kolei jest jak surowe mięcho (ale takie śliczne, żeby nie było). Ona sobie żyje jak zasłonka w babcinej chacie i za to ją lubię najbardziej.

W kinie będziemy oglądać psy. Przede wszystkim zbliżenia na ich gnijące ogonki.

A w brzuchach grubasów będziemy skakać i pluć. Przede wszystkim w zapomnieniu.

II

30 lat temu Epileptyk Dziadzio wpadł w studnię. Wszyscy byliśmy oślepieni akrobatyką zdarzeń. Choć mnie tak właściwie tam nie było, wiem, czym są ruchome obręcze.

Znam ich kłucia, gdy wypadają z toru. Wiem też, jak to jest, gdy kipi niebo.

Oklaski brzęczą w szeregu, przyglądam się im i szukam tam swoich rąk.

Brudnych rąk, niebieskich paznokci obarczonych lepką ziemią.

Kłosy się śmieją i toczą szermierkę, gdy przylepy o nas zapominają. To coś na kształt cyrkowej pępowiny, która strasznie chciałaby się skręcić w supeł, ale jedyne, co może, to skok.

Bo ja mam dom w spadku, wiecie? Wilgotne gruzy porośnięte bluszczem, zbudowane rączkami prababek. Dom dzielony na czworo – siostrę po mieczu, pulchną ciotkę, brodatego wujasa i zgubioną mnie. Niewyparzone gęby szczypią się w policzki, a ja szukam wstążki, by to ładnie upiąć w bukiet.

III

Dziś nakłoniłam się do wyłożenia mózgu na tacy. Rozpasany wir słów cisnął się przez oczy i bezsilnie opadał na kartkę egzaminu. Otóż, okazało się, że potrzeba tam jedynie gałązek, więc mimowolnie chciało mi się obić komuś mordę. Na szczęście szybko to zgubiłam.

Takie są ławki, wysuszone szlaki i po tym się zwyczajnie nie zjeżdża, pamiętajcie.

Kiedy wracałam ze szkoły, pacnęła mnie nosem czarna kuleczka. Coś jak zbicie piony po raz pierwszy. Zawsze się o tym marzy, a gdy przychodzi, co do czego, to jest się jak sadzonka z błyskiem w oczach.

Z kuleczki wyrastała smycz, a ze smyczy wyrastał chłopiec. Malowany to on nie był na pewno, raczej upaćkany węglem. W kapturze i dresie, który nie zdołał się jeszcze wprawić w bieg.

IV

Tosia przewraca krzesło. Jest szary styczeń i naprawdę chciałaby być sama, ale gdy jest sama, to gubi się najbardziej. Ściany są obrażone, okna plują lukrem. Tak jej się zdaje. Tosia boi się odpiąć łańcuch, bo Tosia woli być gryziona w tańcu.

Pod blokiem zatrzymuje się kabriolet. Mieszkańcom zabito uszy. To, co dzieje się za tym murem, jest dla nas brudnym sekretem. A tego typka, co jest podstarzałym szczurem, jutro dźgną sztyletem. Babcia będzie płakać, jelita będą skakać, a cały plac rzuci gołębiom wianek z chleba. Prosty rys, choć zagubiony w ślinie, a Tosia stąd jeszcze wypłynie, zobaczycie.

V

Mówisz, że jestem tą jedną, co wszystko robi na odwrót i wyłazi na tym niespotykanie nieźle. Mówię, że jesteś wymarzoną bejcą, a ja przeklętym płótnem. Maluj się we mnie, jak chcesz, przyjmę każdy odgryziony palec, każdą mele i najgłupszy kształt.

VI

Tosia śpi z głową rozpływającą się po blacie.

Franek zjawia się 2 godziny później i budzi tę głowę i blat, a potem starannie mieli.

Postanawiają urządzić sobie seans polowania.

Tosia ma włócznię, a Franek spluwę. Na celownik ląduje sarna.

Franek zapomniał o sarnie za sprawą nagiej Tosi. Tak mu to jakoś wypadło i stanął po waszej stronie. A ona mruży oczka, łapie nimi sarnę, która w szale gubi plamki. Jest bardzo cicho.

Tosia wylizuje włócznię, gdy struga krwi szlaczkuje przez mech.

Franek wiwatuje.

VII

Tak, a teraz nałóż kapelusz. Pierdol sielankę i skocz w twarde suknie, by je rozedrzeć.

To pierwszy stopień do lasu. Gdybyś zaczęła od strachu, wyrosłaby ci na pięcie asteroida. Tu nie ma miejsca na przekłuwanie, można kłuć nawet parę dekad i nic by się nie wydarzyło. Kiedy przebijasz, myślisz, że to, co przebite, znika, ale to nieprawda. Widzisz znacznie dalej, ale wylinka żyje sama sobą. Wylinka w tobie mieszka, nigdzie się nie wybiera.

Teraz wyobraź sobie dwa ujebane kangury, które się całują. Pyszczek w pyszczek.

Można się w tym śmiertelnie zgubić.

VIII

Chcę wam pośpiewać cętki i nie musicie wrzeć, bo to nie grzech paprać się w popiele, serio.

Amnezja targa Tosię za fraki, by wytrząsnąć z niej ostatnią kostkę.

Nie wie, co tu robi, i nie wie kim jest Franek. Ona już nie chce być kangurem, woli lepki sznurek, ale tak tylko troszkę, by zasnąć. 

IX

Śmiech wspina się na trzecie piętro. Zlepione dzieciaki toczą się w bramę. Od zawsze widziałam tu historię pętli. Od zawsze zaciskałam zęby, gdy piekło. Zlepione dzieciaki zawijają bramę, ślinią się i spalają. Patrzę na nich i nie ma w tym żadnego smrodu.  Patrzę na nich i przekładam talie kart. Ze stołu na parapet. Z parapetu na zawsze.