Proza poetycka – O lunatyku

– Proszę się przedstawić.

Drapię się po policzku, strzelam karkiem i palcami u obu dłoni. Geny szykują mi reumatoidalne zapalenie i kręgosłup nadwyrężony od noszenia na plecach beznogich.

Za mną rozciąga się olbrzymie okno z podwójnym szkleniem, pływają po nim stalowe wieloryby, statki-widma z szerokimi żaglami i piraci na odwiecznej tułaczce. To dobrzy mężczyźni: w udach każdej dziwki widzą te domowe i każdą z osobna nazywają imieniem swojej żony. Na pograniczu mlecznego nieba i przeciwnego brzegu, trochę nad horyzontem, jest bardzo cienka lina: ta cyrkowa. Kochanki jednookich burmistrzów prężą się na niej każdego wieczoru, po czym – jedna po drugiej – skaczą na główkę do morza. Piraci klaszczą i gwiżdżą, a ci najbardziej pijani wyławiają z wody przemoknięte blondyny w landrynkowych topach. Mama Grande zwija cienką linkę i wkłada ją do stanika, siada sama na rufie statku i skręca dla siebie grubego papierosa. Raz widziałam, jak zniknęła z jednym z mężczyzn pod pokładem, ale to w drodze wyjątku (była wtedy szczuplejsza niż zazwyczaj i odrobinę blada). Wrócili spoceni i szybko się rozeszli.

Ktoś namalował nas olejami, on ma na plecach wyważony światłocień, ja włosy sklejone terpentyną. Zapach żywicy wżera się nam w nozdrza i osiada na dywanie w romby. Tylko dłonie mam dziewiczo białe, niezmieszane, prosto z tubki i jednym machnięciem. Jestem płomieniem na świeczniku, mój pytający jest drugim, falujemy, nie odrywając naszych pośladków od krzeseł, mamy białe kaftany i naprzemiennie stukamy butami o posadzkę. Mój pytający wciąż na mnie czeka, a przecież ja już przyszłam, moje stukanie to parodia jego zniecierpliwień. 

– Stuku puku.

Zapisuje w notesie. Jest łysy, włosy z głowy spełzły mu na ramiona (na rozkaz jego matki, żeby nigdy nie było mu zimno, bo on gustuje w czapkach, ale wstydzi się narzucać coś na ramiona). Jego ojciec był poetą-niemową i jako jedyny we wsi rymował na migi. Wiersze tworzył przed kamerą ustawioną w kuchni, sam, przy kubku gorącego mleka i na obitym skórą taborecie. Tworzył co wieczór i każdy nowy wiersz oblewał piwem z miodem.

Wydaje się, jakby mnie zrozumiał – zapisując coś w notesie – i właśnie to sprawia mi największy ból: kątem oka wciąż widzę paseczek, jest połowa filmu, a my udajemy zakończenie.

– Stuku puku – mówię, a w głowie mam  „no podpal mi kaftan”.

Jako dziecko zawsze mówiłam prosto z mostów, a potem z tych mostków skakałam. Skutki były jak pijawki, a nie łaszące się kotki, i to było bardzo dobre, nie musiałam konkurować na oczy (niebieskooka vs zielonoocy). No i nie było miałczenia topielców, ani baśni o ich duchach, ani zabobonów na obrzeżach miast.

Jesteśmy miękkim kadrem rosyjskiego filmu. Siedzimy na płocie przed wielkim trupem, który (na własne życzenie) obrósł trawą i mchem. Z jego głowy wyrosła wierzba: obita czaszką i wykończona puszkiem z miękkich włosków i spiłowanych paznokci. W cieniu wierzby usiadła jedna z tancerek. Nie chciała żadnego z piratów, wszyscy przypominali jej starego ojca: liczącego motyle na werandzie, strzepującego błoto z butów, odpalającego papierosa od razu po wyjściu z kościoła. Był potężny i lekko otyły, za jego ciałem ciągnęła się woń ogórków i siana, kulał na lewą nogę i golił brodę pod złym kątem.

Ściągnęła przepoconą koszulę i wcisnęła stopy do zarośniętych kwiatami ran trupa. Nie mogłaby pieprzyć się z własnym ojcem.

Paseczek na dole to dziewięć dziesiątych. Przywołuję kanon: a więc jest już po wszystkim, teraz tylko dużo spojrzeń (mało dialogu) i wodospad nazwisk.

– Chciałabym podziękować moim rodzicom, pierwszemu chłopcu i cioci z Częstochowy.

Jesteśmy na zdjęciu.

On przeniósł światło z salonu do łazienki, ale siebie, na szczęście, zostawił w salonie. Między naszymi sylwetkami jest trzecia: lunatyka mieszkającego pod schodami, wychodzącego co noc do lodówki i robiącego kanapki tyłem do wielkiego przeszklenia. Ma na sobie rozciągniętą koszulę, wypuścił z ust wyślinione jo-jo i podrapał się po pupie. Musiał pomylić dzień z nocą, bo była dopiero osiemnasta, jedynie lampa w rogu była wyłączona, a żaluzje do połowy opuszczone.

Zażenowana podnoszę się z krzesła (tego już nie widać, bo jesteśmy tylko na zdjęciu).

Obejmuję go od tyłu i zaplatam dłonie na jego brzuchu – jest lekko wzdęty i twardy.

– Dobranoc.

Jeszcze przez chwilę jarzymy się w trójkę na tle marmurowej kuchni. Kiedy L. znikł pod schodami, zrobiłam mu kanapki z serem, żeby w nocy nie narobił niepotrzebnego bałaganu.

Kto umie równo pokroić chleb bez otwierania oczu?

Ilustracja: Dominika Chmielewska

Redakcja: Patryk Kosenda

Korekta: Nina Czarny


Karolina Krasny – 20 lat, studiuje architekturę, pisze, rysuje, maluje.