Proza poetycka – Jest super

Pochodzę z dzielnicy halunów, licznych świątecznych lampek na ścianach, różnokolorowych kropek, laserowych zygzaków. Moja dzielnica to odcinek pomiędzy rdzeniem a fasadą. Mieszkam w fabryce butów a skąd, myślałeś, że się je bierze? Mam tapczan, dwa koce i jedną pościel. Nie mam szyby w oknie, to nie problem, szkła i tak nie widać. Hula wiatr. Robimy imprezy. Ostatnia miała miejsce na kanapie. Wszyscy w czapkach typu różowa elektroda: ja, mama, tata, siostra, brat-maluch i dziadek.

W mojej dzielnicy można rozgraniczyć kilka filarów. Pierwszym jest bezzębna dykciara o aurze wiedźmy. Jest bardzo stara – (czy dzio dzio jest sędziwe?) –  mieści się w zakamarkach. Kolejnym grubas, który osiwiał w jedną noc, bardzo wiele dni temu. Trzecim jest zapętlony mężczyzna, którego obowiązkiem jest codzienny spacer, zakończony papierosem palonym w niewygodnej pozycji niby-oparcia-się o murek, który jest za niski. To Trzy Osoby, które przewijają tasiemki i kręcą korbkami odpowiedzialnymi za tony funkcji. Które odpowiadają za rytm, i które trzymają w ryzach. Zsyłają swą opiekę i rozliczne łaski. Mogłoby się wydawać, że nie zawsze w porę, ale ja jestem pewna, że rozumują lepiej niż pozostali mieszkający tu pracowici zjadacze chleba, głodomorki.

Widzę tą trójcę w jakiejś regularności, do której nie przywiązuję zbyt dużej uwagi, ale nigdy wtedy, kiedy mijam się z samą sobą.

Rozpoznaję przecież swoją sylwetkę. O, ja. Maszeruję ja.

Jestem tymi dwoma kobietami, z których jedna jest wrzaskliwą murzynką, a druga grubą infantylną niemką

Jestem dwoma służkami w bogatym inteligenckim domu, z których jedna jest bezpłodna (mamy swoje własne śliczne pokoiki)

Jestem dwoma bambusowymi szczoteczkami do zębów w kubku z bratysławca (identyczne)

Jestem tragedią nigdy nie mających szansy zaistnieć pestek genetycznie zmutowanych winogron

Imitacja = rusztowanie

Do mojego pokoju cały czas wchodzi kobieta. Zostawia wyprane, wyprasowane ubrania. Nie są moje i ich nie potrzebuję, ale ona chyba uznaje swoją misję za istotną, dlatego, przez szacunek do niej, chowam te rzeczy do mojej małej szafy i ledwie daję radę ją zamknąć.

Dajcie mi utwór z bębnem o mocy wzburzenia

Dajcie mi muzykę lądującej maszyny

Moje imię się zmienia, w moim domu noszę imię każdej kobiety. Noszę imiona moich babć, cioć i kuzynek. W moim domu, do którego nie wrócę, jestem nimi wszystkimi i jestem nie do pomylenia. Jestem nimi kiedy były małe i jestem nimi kiedy będą duże. Moje imię się zmienia, ale to nie znaczy, że nie mam imienia. Mam różne imiona. To, co nas łączy to łagodne wilgotne szeptanie tekstów piosenek, melodię znacie. Powolne opadanie, kręcimy koziołki, salta etyki, statuetki. Jak drobinki. W moim domu którego nie ma mam różne imiona.

Moim najlepszym przyjacielem jest zielony kot Romek. Trochę wywłóczony, jak rozdęta szpulka. Oboje nie zwracamy uwagi na inwazję deszczu, śniegu ani światła. Oboje siedzimy w rozmokłym pyle i patrzymy. Siedzimy i nie wiemy, czy to świat tak cudnie tańczy, czy może to krzesełko na którym przycupnęliśmy, czy nasze receptory powariowały. Ale heca. Spełzamy.

Romek ma miękkie futerko i włosy w uszach. Nigdy jeszcze nie dałam mu jedzenia, bo żyjemy jak kanalie. Żyjemy w kanale, zatykamy uszy i skaczemy, żeby przebić się do niższych pięter. W owocach są pestki. W środkach jest ciepło. W sednie nie zadaje się pytań, można pływać w gorącej magmie. Można się w niej toczyć, spalać i przeistaczać.

Co by było, gdyby w środku nie było nic. To ci dopiero. Tyle skakania z Romkiem na nic. Na pustkę, na rozdźwięk. Instytucja upływu warunkuje początki i końce. Pokaż mi jakikolwiek koniec i pokaż mi jakikolwiek początek.

Całą zeszłą  noc przeleżałam na tzw. odcinie i całą zeszłą noc plastelinowy chłopiec przytulał, głaskał, miział jakąś ideę, w której się (plus minus) mieszczę, ale najbardziej chyba swoje własne nieutulenie, oczywiście mogę „być” w tzw. błędzie. Który to krąg piekielny, miziu miziu?

Który to krąg piekielny „przypierdole ci w morde”, mam nadzieję, że głęboki. Nie chciałabym dotrzeć tam z Romanem zbyt szybko. Myślę, że to mój ulubiony krąg. Chciałabym go celebrować. Chciałabym móc się w nim pławić. A co to, co to za rumiana buzia. Moja, haha. Mam kolegę z którym piję wude, a następnie bijemy się po twarzach i spijamy rozlane szoty z blatów w publicznych lokalach. Jest super.

finansujemy to i życzymy wszystkiego najlepszego może włożysz to jakiś swój własny wkład

wkładam w to swoje żadne osiągnięcie oni się jarają krzyczą brawo cali w płomieniach

Redakcja i korekta: Paulina Żebrowska
Ilustracja: Agata Jabłońska


Zosia Skrzypulec – kraków 19.