Stoner Polski

Proza poetycka – Bumelanchologia

Agata Jabłońska, Stoner Polski, kolaż cyfrowy

Pulpojadka, babaistka. Po godzinach pryncypałka na blogu mors dicit. Leży plackiem we Wrocławiu.

Nad brzegiem stetryczałej rzeki ziało pustką. Cisza, odsapka. Wtem poczułam ukłucie. To bądzioł mnie ukąsił. W zamian zarobił lepę na ryj, ale było już za późno. Przemiana zaczęła się krystalizować. Wypączały się diaskie, jedna z nich ścisnęła mi policzek, lekko.

*

Wierzcie lub nie, ale w tych dniach promieniałam. Wszystko, czego było mi trzeba, znajdowało się na wyciągnięcie ręki. Najwięcej satysfakcji przynosiły grubaśne popołudnia. Zapadając w któryś z kolei sen, patrzyłam, jak aromatyczne trążki wypuszczają w moją stronę pierwsze pędy, drąc się przy tym niemiłosiernie.

*

Zasadniczo nie jest tak źle. Od wczoraj wykrzaczyło się pięć cebulek; plenią się sabotki, chrobotki i srebrzyste starce, a my reagujemy na to szczerym, radosnym kwikiem, siema, cześć.

*

Chyba trwonimy czas. Dym bucha do ucha, koleżanko, kopsnij. Rozglądam się po znajomych kapiszonach i uderza mnie, jak oni wszyscy urośli. Ten tutaj sięga do paczki, długie paluchy prują pudełko na wylot – bęc, chwila zbiorowego zażenowania. Przedpokój zapycha czyjś nos, buta nie wciśniesz, stary, nawet nie próbuj. Ale, ale, w mikrofalówce upiornie gniazduje tajemnica, swąd otwierający trzecie oko, rozchodzący się odurzającą wibracją po zębach, przyćmiewający klarowność obserwacji. Chwilę później jesteśmy już równomiernie rozbujani i kląskają nasze gładkie języki. Wyspukałeś się?

*

Szyld nad wejściem do sklepu: Przyprawy Zioła Bakalie Jelita.

Nie przejdziemy.

*

Nafukany gościu kręci bączki wokół galaktycznego nochala. Gdzieś w innej konstelacji zaradny naciągator otacza ramionami jego rodziców, na ślinę przykręca im kciuki, a ci głupi zadowoleni. W lumpeksach nie kupować, zła energia się przyplącze i przyps, tak im podobno powiedziano. Za ścianą coś się przeplackowuje, skwierczy. Słuchamy.

*

Tej samej nocy na orbicie Saturna dostrzeżono maleńkie wypustki.

*

Obczaj to, światełko się mizgoli. Żeby nie słyszeć, wpychamy sobie do uszu tresowane żuki i mruczymy w rytm ich głośnego tupania. Tak sobie myślę, że mam szczęście do znajomych. Ciepłe giganty z nas, sadzimy długie susy, aktywujemy apologie. Jest dobrze. Jutro znów wyruszymy przed siebie i nie wiem jak oni, ale ja zamierzam bezwstydnie furkotać, zięźlić się, psztrynować, obowiązkowo z pudełeczkiem pełnym owadów w kieszeni.

Zawiało mi nerki, chociaż ciepło od ognia.

Redakcja: Patryk Kosenda
Korekta Maciej Kiełbas