Proza – MMCII (odc.1)

W bocznej uliczce płonął wrak luksusowego samochodu.
Edwun wpatrywał się w ogień z zaskoczeniem i lekkim strachem.
Na drugim końcu ulicy powoli zaczynały zbierać się dzieciaki. Podskakiwały, rzucały kamieniami w dymiące auto.  Dookoła gromadzili się już ludzie z sąsiednich kamienic.
– Wie pan kto to mógł zrobić? – Edwun zapytał stojącego obok staruszka.
– Och, wiem… – pokiwał głową starszy pan – Myślę, że każdy tutaj to wie.

Edwun ruszył powoli w dół wąskiej uliczki.
Budynki były trzypiętrowe z połowy XX-ego wieku. Miały imitować zabudowę sprzed II Białej Wojny Światowej.
Auto dymiło coraz bardziej. Edwun zasłonił oczy. Nad budynkiem, przed którym stało auto, wisiał szyld: „Warmuo-Mazurebi-Africa Travel Company”.
Usłyszał syreny policyjne i strażackie za plecami. Cofnął się  do szczytu ulicy.
– Auto właściciela firmy? – zagaił dziadka i towarzyszącego mu  człowieka w średnim wieku.
Obydwaj uśmiechnęli się.
– Jeśli to można nazwać firmą, to tak.
Tymczasem policja szybko wyciągnęła taśmy i ogrodziła z dwóch stron ulicę. Z obydwu stron wjechały wozy strażackie.
Tłum gapiów narastał . Zbiegli się ludzie z całego slumsu.
Edwun wsłuchiwał się w ich języki.  Dominował tu anglopolski pidżyn zmieszany z hausa lub joruba.
– Pan nie stąd? – zapytał ten drugi mężczyzna.
Edwun miał na sobie  błękitną bawełnianą koszulę i idealnie wyprasowane spodnie. Większość ludzi ubrana była w tanią sportową odzież lub ludowe stroje swoich plemion.
– Z Krakaukawu.|
– O! No proszę! Pan z Bolan – uśmiechnął się – Mieliśmy wujka w Krakaukawu. Brat mojego taty. Zmarł dwa lata temu.
Edwun ukłonił się starszemu panu, ten również mu odpowiedział.
– Edwun – wyciągnął rękę do młodszego z mężczyzn.
– Mobolaji.
– Pana rodzina z Nigerii?
– Z Togo. Tata urodził się w Atakpamé. Przyjechał z bratem do Bolan na studia i chciał zostać po Rewolucji, ale poznał moją mamę i… przyjechali tutaj. Pan?
– Z Jičínuté Town na Moravii. Też pojechałem na studia do Krakaukawu i zostałem. Niedawno zacząłem pracę na uniwersytecie.
– Czyli pan na badania tutaj.
– Tak, taaak… Chciałbym zajrzeć do archiwów – mówił z zamyśleniem Edwun, wpatrując się w auto – Poza tym, chciałem  zobaczyć znajomego ze studiów. No właśnie, może pan mi powie, gdzie ta ulica?
Edwun wyciągnął telefon i pokazał mu mapę z GPS-a.
– To dziwne. Nie znajduje mi tej ulicy na żadnej mapie…
Mobolaji zaśmiał się głośno.
– Ulica Leninowska? Żartowniś z tego pana kolegi…
Dziadek również cicho kaszlnął ze śmiechu.
– To w mieście, w Nowym Morongwo. Tutaj to stara dzielnica, jeszcze kiedy mieszkali tu Bolanie.
Edwun także się zaśmiał.
– Tak naprawdę ta ulica nazywa się Sześćdziesiąta Ósma Zachodnia. Dawni mieszkańcy mówili na tę ulicę „Leninowska”, bo tam kiedyś były pustostany, na których mieszkali młodzi nomadzi: komuniści, narkomani, cyberpunki i cała ta dziwna biała młodzież. Po Rewolucji biali w większości wyjechali.
– Co się stało?
– Nic. Po prostu zburzono te wszystkie betonowe bloki z poprzedniego wieku.
– No tak, domyślam się… Teraz jest tam pewnie wzorcowe osiedle?
– Takie wzorcowe to nie do końca – zaśmiał się znów Mobolaji – Ale przynajmniej ładne budownictwo, nowsze. A mieszkania niedrogie. Dla tych co mają pracę.
– Pan interesuje się historią?
– Tata studiował historię. Zanudza mnie tym całe życie. –Objął swojego ojca. Ten pokiwał głową.
– „Biały człowiek popełnił błąd, pozwalając mi czytać jego książki historyczne” – starszy pan przypomniał cytat z Malcolma.
Edwun i Mobolaji zaśmiali się.
Podali sobie ręce.
– Jakby coś, to prowadzimy tu niedaleko sklep z pamiątkami, „Solọ Ahịa Ncheta”.
– To w igbo, proszę pana. Na naszej ulicy dużo Igbończyków mieszka.
– Jak pan zapyta, to każdy panu pokaże gdzie.
– A na „Leninówkę” to ma pan tam autobus – starszy pan wskazał dłonią rynek – W dół i na prawo.

Edwun ruszył przez slums. Wszędzie kręciły się tłumy ludzi, głównie młodych. Z każdego okna dobiegała głośna muzyka – i z każdego okna inna: od starego afro-amerykańskiego soulu po najnowsze gbaa egwu, xhuma pop czy irikuri albo shushu techno.

Znalazł się na miejscowym rynku. Był to prostokątny plac ze starożytnym zabytkowym ratuszem sprzed kilkuset lat, będącym obecnie kościołem zielonoświątkowców. Wokół budyneczku roiło się od straganów, bud i stoisk ze wszystkimi możliwymi precjozami: od starodawnych kuchenek mikrofalowych po dziwaczne warzywa, takie jak chrzan czy cebula.

Budynki dookoła placu przypominały klocki o spadzistym zadaszeniu zbudowane po II Białej Wojnie Światowej. Morongwo i tak miało wtedy sporo szczęścia. Wiele z germanieckich starówek na Warmuo i Mazurebi zostało spalonych przez armię dawnego kraju o nazwie Związek Radziecki. Było to za przedostatniej z wojen Białych Ludzi, których nazywano obecnie „Native White Europeans”. Z trudem przecisnął się przez zatłoczony targ i skręcił w prawo na przystanek autobusowy.

Ilustracja: Michalina Mosurek

Redakcja: Paulina Żebrowska

Korekta: Paulina Żebrowska


Jacek Żebrowski – urodzony w 1979 roku w Olsztynie. Studiował filologię polską na UMK w Toruniu. Redaktor art-zine’a “Papier w dole”. Autor opowiadań, dramatów, esejów, poezji, krótkich form filmowych super-8. Debiutował na łamach toruńskiego „Undergruntu”. Obecnie mieszka w Londynie.