KLUB EMAUS
Klub Emaus pulsował jak rozcięta żyła miasta. Kaplica przerobiona na silent disco –
ceglany łuk, neony w kolorze zimnej mięty, cisza dudniąca od środka. Każdy tańczył
w słuchawkach. Tylko bas przedostawał się przez ściany, jakby miasto próbowało
podsłuchiwać ludzi uciekających w swoje rytmy. Dziewczyna w czerwonym berecie kiwała
się w transie.
Ktoś obok kreślił rękami łuki, próbując odlecieć. Inna osoba klaskała bez powodu, jakby
sprawdzała, czy ciało jeszcze do niej należy. Światło było zielono-różowe, przypominające
plamę benzyny rozlaną na barwach zachodu.
Natalia założyła słuchawki. Jej ciało płynęło w rytmie, którego nie znałem. Sambor
złapał ją za dłoń. Nie cofnęła ręki. Tańczyli razem – poza moim językiem. Nie wiedziałem, co
zrobić ze sobą, więc zamknąłem oczy i pozwoliłem, żeby dźwięk mnie wchłonął. Stałem
nieruchomo. Słyszałem własny oddech i puls w nadgarstkach.
Kiedy otworzyłem oczy, byli już blisko. Ich dłonie splatały się na sekundę, potem
puszczały, jakby testowali granice czegoś, czego jeszcze nie nazwali. Natalia się uśmiechnęła.
Odchylała głowę w tył przy każdym refrenie, jakby sprawdzała, czy sufit kaplicy zaraz nie
runie. Sambor coś jej powiedział, ale muzyka zalała każde słowo. W słuchawkach ktoś
śpiewał o latarni morskiej i zimnym słońcu. Miałem wrażenie, że słyszę wspomnienie, nie
piosenkę.
– Zobaczysz – powiedziała Natalia, zdejmując słuchawki. – Świat można jeszcze raz urodzić. Sambor skinął głową. Ja milczałem. Czułem, że coś we mnie przesuwa się powoli. Jakby powietrze zgęstniało, a dźwięk stał się miękki jak woda.
(WIDZENIE SYNTETYCZNE)
W tym samym czasie, na północy morze wyrzucało na brzeg szkielety ryb, które nigdy nie
istniały. Ich kręgosłupy układały się w linie papilarne Boga. Fale zabierały je z powrotem.
I znów oddawały. Jakby pamięć nie mogła zdecydować, czy chce istnieć.
ZLOT EMO POD SKIERNIEWICAMI
Nie pojawiłem się na drugim terminie egzaminu z kierunku bez nazwy, bo Natalia i Sambor
zabrali mnie na Zlot emo pod Skierniewicami. Pociąg był prawie pusty. Za oknem przesuwały
się pola, lasy, kolejne pola. Natalia spała z głową opartą o szybę. Sambor słuchał muzyki,
co jakiś czas patrzył przez okno, jakby próbował coś sobie przypomnieć.
Wysiedliśmy na małej stacji. Peron był popękany, a tablica z nazwą miejscowości
przechylała się lekko na bok – wyglądała na zmęczoną. Kilka osób w czarnych ubraniach szło
już w stronę lasu, więc ruszyliśmy za nimi. Ścieżka prowadziła między sosnami. Mijaliśmy
wrzosowiska, puste puszki po energetykach i ślady po ogniskach. W trawie rosły poziomki.
Natalia zjadła jedną.
– Smakuje jak dzieciństwo.
– Moje smakowało gorzej – powiedział Sambor.
Zaśmiała się. Las gęstniał. Mijaliśmy ludzi o jaskrawo farbowanych włosach, z
twarzami podziurawionymi od kolczyków i w koszulkach kapel, których nazw nawet nie
potrafiłem wymówić.
– Lubię takie miejsca – powiedział nagle Sambor.
– Jakie?
– Takie, które istnieją tylko przez chwilę.
Szliśmy jeszcze kawałek. Po lewej stronie stała ruina dawnego budynku kolejowego;
okna były wybite, a przez środek dachu rosła brzoza.
– Za tydzień nie będzie po tym śladu – powiedział Sambor.
– Po czym?
– Po tym wszystkim. – Wskazał ludzi, las i ścieżkę. – I właśnie to mi się podoba.
Nie odpowiedziałem. Po chwili wyszliśmy na polanę i dopiero wtedy zobaczyłem zlot.
Siedzieliśmy na flanelowych kocach, a nasze ciała wgniatały rosę w trawę.
– Mewko, nie powinieneś być teraz na zajęciach? – zapytała Natalia.
– Jestem.
– Jak to?
– Zajęcia z niebytu. Zaliczenie przez obecność w czymkolwiek.
– Brzmi jak twój kierunek.
– Kierunek bez nazwy, kochanie.
Sambor nagle mnie przytulił. Bez słowa wyjaśnienia – po prostu to zrobił. – Kocham cię, stary. Nie zapominaj o tym – szepnął mi do ucha i puścił oko. Na szyi miał
słuchawki, przez które uścisk był trochę niewygodny, ale doceniłem gest.
– Jak tam kółko samotnej adoracji? – zapytał ktoś zza naszych pleców.
To był lider grupy. Miał długie włosy, błękitną grzywkę i oczy przypominające wodę
po LSD. Kazał nazywać się Delirium. W tle leciało Ghosts Current Joys, potem Glory Box
Portishead i Elaine Nightwish. Delirium krążył między kocami, sprawdzając, czy nikomu
niczego nie brakuje. Zatrzymał się przy nas i spojrzał na Sambora, jakby już go wcześniej
znał.
Siedzieliśmy przy opuszczonej stacji PKP, na styku lasu i wrzosowiska. Lasu nie było
już widać zza torów, ale wciąż czułem jego zapach. Natalia patrzyła w niebo, wyobrażając
sobie, że zmienia kolor na różowy. Sambor oparł się o moje ramię.
– Wiesz… – powiedział nagle. – Wszyscy ludzie dochodzą do tych samych wniosków.
Jedyne, co ma znaczenie, to wnioski ogólne. – Po chwili się speszył. – Przepraszam. To chyba
epizody synkretyczne.
– Nie przepraszaj.
Uśmiechnął się słabo. Cisza wystarczała. Ktoś palił papierosa, ktoś stroił gitarę. Nad
lasem przeleciał dron; przez chwilę wszyscy spojrzeli w górę, ale nikt nie wiedział, czy
należy się bać. Syntetyczne melodie mieszały się z chłodem wieczoru. Słońce spływało po
torach jak roztopiony miód. Kiedy zaszło, poszliśmy po piwo. Rozwlekłe słowa panoszyły się
w kącikach moich ust, ale nie czułem potrzeby, żeby je wypuszczać. Cisza miała smak miedzi
i chłodu.
Delirium sięgnął do kieszeni bluzy, wyjął mały, srebrny klucz i położył go Samborowi na
dłoni.
– Mi otwierał sny. Nie wiem, co tobie otworzy.
Sambor patrzył na klucz dłużej, niż powinien, a potem schował go do kieszeni.
(WIDZENIE SYNTETYCZNE)
W tym samym czasie w Świnoujściu dziewczyna w słuchawkach szła w stronę morza.
Słuchała podcastu o mindfulness, ale myślała o samobójstwie. Fale były spokojne. Za
spokojne. Na torach, którymi miał odjechać pociąg z Krakowa, przejeżdżał inny – z
Przemyśla do Berlina. Dwa kierunki minęły się o sekundę.
ROZMOWA Z KRAKOWSKĄ BRUNHILDĄ
[Rynek, godzina 11:30]
Niebo było białe jak rozlane mleko. W powietrzu unosił się mroźny pył. Gołębie chodziły
między ludźmi, jakby Rynek należał do nich od początku świata. Mała dziewczynka w
granatowej sukience rozsypywała okruszki. Ptaki otaczały ją ciasnym kręgiem.
– One lubią słodkie – powiedziała.
Krakowska Brunhilda zatrzymała się obok, rzucając cień na zmarznięty bruk.
Spojrzała na gołębie.
– Ja też.
Dziewczynka zaśmiała się. Przez chwilę karmiły je razem, potem pobiegła gdzieś w
stronę Plant. Brunhilda patrzyła za nią jeszcze moment, po czym usiadła na ławce. Miała na
sobie długi czarny płaszcz i stare Vans’y. Była trochę krągła, trochę monumentalna.
Jak współczesna Wenus z Willendorfu, która przez pomyłkę zamieszkała
w centrum Krakowa.
Podszedłem. Spojrzała na mnie spokojnie, a ja usiadłem obok.
– Sambor mówił, że lubisz zadawać trudne pytania – powiedziała.
– Ostatnio myślę tylko o Konstelacji Wielbłąda.
Kiwnęła głową, jakby mówiła o pogodzie.
– Ludzie za rzadko patrzą w niebo.
Zamilkliśmy. Z pobliskiej ulicy dochodził dźwięk tramwaju, ktoś fotografował
Kościół Mariacki, ktoś inny ciągnął walizkę po bruku.
– To wszystko wydaje mi się jakieś obce – powiedziałem po chwili.
– Kraków?
– Chyba wszystko.
Przyglądała mi się przez moment. Nie jak ktoś, kto chce mnie naprawić, raczej jak
człowiek, który rozumie zmęczenie.
– Nie musisz od razu wiedzieć, kim jesteś – powiedziała cicho. – Większość ludzi tylko udaje,
że wie.
Poczułem dziwną ulgę, jakby ktoś na chwilę wyłączył hałas w mojej głowie.
– Sambor często z panią rozmawiał?
Uśmiechnęła się lekko.
– Czasem tu siadał.
– I o czym rozmawialiście? Spojrzała na gołębie.
– Najczęściej o rzeczach, których nie dało się naprawić.
– A jeśli wszystko zacznie się rozpadać? – spytałem.
– To wtedy trzeba znaleźć coś, co zostaje.
– I co zostaje?
Spojrzała przed siebie.
– Czasem drugi człowiek.
Milczeliśmy chwilę. Potem sięgnęła do kieszeni płaszcza.
– Mam coś dla ciebie.
Położyła mi na dłoni mały, ciemny guzik. Patrzyłem na niego bez słowa.
Rozpoznałem go od razu.
– Ale skąd…
Uśmiechnęła się lekko.
– Nie wszystko trzeba odzyskiwać samemu.
Zacisnąłem palce. Guzik był ciepły, jakby ktoś trzymał go w dłoni przez bardzo długi
czas. Brunhilda wstała, poprawiła płaszcz i ruszyła w stronę Franciszkańskiej. Patrzyłem za
nią, aż zniknęła w tłumie. Na ławce została papierowa torebka po obwarzanku. Wiatr uniósł ją
lekko. Przeleciała kilka metrów i zatrzymała się przy pniu drzewa.
(WIDZENIE SYNTETYCZNE)
W tym samym czasie dziewczyna w Rossmannie malowała paznokcie. Na ekranie telefonu
pojawiło się powiadomienie. Gdzieś pod Krakowem rosyjski dron spadł na jednorodzinny
dom. Strażacy jeszcze nie dojechali. Dziewczyna spojrzała na zdjęcie, potem wróciła
do malowania paznokci. Lakier nie zdążył jeszcze wyschnąć.