Stoner Polski

Nie “kłirujmy” Burroughsa

Wykładowca, krytyk, konsument popkultury. Nauczyciel akademicki Uniwersytetu Gdańskiego. Regularnie publikuje na łamach czołowych polskich portali oraz czasopism kulturalnych. Bada popkulturowe mity, nie zważając na gatunkowe i estetyczne podziały. Prowadzi fanpage Kulturalny Sampling.

Zbieram digitalowe odpady codzienności, dorzucam odrobinę humoru z nutą nostalgii i w odpowiednim kontekście tworzę całkiem fajne prace #artoftheday :). Uwielbiam poruszać tematy popkultury, religii, stereotypów płciowych i konsumpcjonizmu, które zawieram w rozmaitych eksperymentach z pogranicza sztuki. Inspiruje się TikTokiem, programami w TV i streamami Generatora Frajdy. Brałam udział w wystawach w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi. Aktualnie studiuję w Krakowie na Wydziale Intermediów Akademii Sztuk Pięknych oraz Psychologię Stosowaną na Uniwersytecie Jagiellońskim, jednak #GórnikWałbrzych na zawsze w moim sercu <3. https://www.wiktoriapaszkiewicz.pl/

Listy o Yage

William S. Burroughs, Allen Ginsberg

Wydawnictwo Okultura, 2025

Moja edukacja. Księga snów.

William S. Burroughs

Wydawnictwo Okultura, 2025

Kim jest William S. Burroughs dla polskiego czytelnika? Przede wszystkim — wiecznym debiutantem.

Biorąc pod uwagę czysto rodzimy kontekst, autor „Nagiego Lunchu” jawi się jako figura widmowa. Ktoś, kto niegdyś coś popełnił. Ktoś, kto tu i ówdzie spotkał się z bardzo pozytywnym, wręcz kultowym przyjęciem. Ktoś, kto niewyraźnie migocze pośród tyleż ważnych, co wytartych już haseł, takich jak „transgresja”, „Beat Generation”, „kolaż”, „postmodernizm”, „sztuka psychodeliczna”.

Słowem, ktoś dla polskiego odbiorcy zupełnie nieistotny.

Nieistotny dla krytyków literackich. Nieistotny dla krytyków krytyków literackich.

Nieistotny dla jednakowo papierowych w swej naturze, archetypicznych czytelników „środka” i czytelników „krawędzi” (i/lub „krawędziowych”, bo to przecież zazwyczaj podmioty rozczulająco synonimiczne).

Nieistotny dla a k a d e m i k ó w.

Nieistotny dla akademików i nieistotny dla mieszkańców akademików.

Nieistotny dla liberałów, neoliberałów, faszystów i neofaszystów.

Nieistotny dla socjalistów, komunistów i anarchistów.

Nieistotny dla socjaldemokratów.

Burroughs, z całą tą swoją ćpuńsko-homoseksualno-hedonistyczno-fetyszystyczno-nihilistyczno-egoistyczno-okultystyczno-antyimperialistyczno-antyamerykańsko-amerykańską amerykańskością, dla naszego dyskursu kulturowego właściwie nie istnieje. Nie ma, nigdy nie było i prawdopodobnie nigdy nie będzie dla niego miejsca w przestrzeniach, które wpychają komentariatowi do gardeł walutę krajowego produktu opiniotwórczego.

I paradoksalnie właśnie z tego powodu, Burroughsem należy  zająć się stricte „po polsku”.

Zajmowanie się nim „po amerykańsku”, tzn. dokładnie tak, jak zazwyczaj robią to rodzimi opiniotwórcy, to gest absolutnie kontrproduktywny i to pod każdym względem.

Rzeczone „amerykańskie” traktowanie postaci Burroughsa, tzn. iluzoryczne przedstawianie go polskim odbiorcom jako postaci domyślnie ikonicznej, przeświadczenie o tym, że nasza (pop)kultura niemal uniwersalnie przyjmuje jego legendę za dyskursywny pewnik, wpisywanie go w szablon gwiazdy, której nie trzeba specjalnie mocno rozświetlać, przynosi prozaikowi z Saint Louis więcej krzywdy niż pożytku.

Takie podejście ustawia Burroughsowską literaturę w wyjątkowo groteskowej pozycji sztuki retroaktywnie kanonicznej. Takiej, którą należy poddać zupełnie absurdalnemu procesowi wyimaginowanej rewindykacji. To rozmowa o tym, by przywrócić dawną moc nieco zakurzonemu mitowi, przypomnieć o niegdysiejszej socjopolityczno-kulturowej potencji wiecznie żywej legendy, która na chwilę ucięła sobie drzemkę.

Kłopot w tym, że wszystkie powyższe scenariusze snują nieistniejącą historię. Przepisują powszechne retrospekcje na nowo, zmyślają ku chwale idealizmu (Burroughs jest istotny od zawsze, bo p o w i n i e n był być istotny od zawsze) i zupełnie bezpardonowo plują na materializm (Burroughs n i e jest istotny, mimo że powinien był taki być).

Pokłosiem hiperrealnego oblicza „polskiego” Burroughsa była np. kampania promocyjna wydawnictwa Filia wokół zeszłorocznej premiery noweli „Queer” w nowym przekładzie Teresy Tyszowieckiej. Pozycja będąca marketingową towarzyszką premiery filmowej z roku 2024 — mieniącej się tym samym tytułem, adaptacji tejże książki w reżyserii Luki Guadagnino, jest wznowieniem na miarę przytoczonych wcześniej kulturowych imaginacji.

To literacki produkt o co najmniej zaskakującej proweniencji. Po pierwsze, funkcjonujący na naszym rynku jako wznowienie przekładu z lat dziewięćdziesiątych. Przekładu, który nieistniejący już Phantom Press International nazwał po prostu „Pedał”.

Po drugie, funkcjonujący jako tekst pod patronatem czołowych głosów literackiego establishmentu, tj. Wojciecha Szota oraz Jacka Dehnela. Głosów, które przekonują, że ów „Queer” jest piękną „love story” (Szot) oraz „przedemancypacyjną” prozą o „bóstwie miłości” (Dehnel).

Innym, równie wymownym gestem hiperrealnym jest decyzja, jaką podjęła Kinga Dunin, podejmując temat kolejnego, tym razem tegorocznego „polskiego” Burroughsa („Ćpun” — także Wydawnictwo Filia, także w tłumaczeniu Tyszowieckiej) na łamach Krytyki Politycznej. Mianowicie, pozwoliła sobie krytycznoliteracko jedynie „zahaczyć” o obie książki, osobę autora jedynie wikipedystycznie musnąć, a esencję własnego wywodu odnaleźć w feministycznym odczytaniu roli kobiet ruchu „Beat Generation” w opozycji do męskiego punktu widzenia Burroughsa, a więc (mniej lub bardziej fortunnej, ponieważ autor „Nagiego Lunchu” był m e n t o r em dla bitników, nie bitnikiem jako takim) twarzy tegoż ruchu.

Zbierając zaoferowany przeze mnie (iście Burroughsowski)  kolaż wątków w (iście nieburroughsowską) spójną strukturę, dojdziemy do sedna problemu, propozycji jego rozwiązania i wreszcie do namacalnych przykładów wprowadzenia w życie kontrargumentu dla propozycji głównonurtowej.

W grudniu 2025 roku Wydawnictwo Okultura przyniosło nam dwa inne, wcześniej niepublikowane w Polsce utwory tego autora — współtworzony z Allenem Ginsbergiem, epistolarny eksperyment pt. „Listy o Yage” oraz quasi-psychoanalityczny sennik „Moja edukacja. Księga snów”.

Warszawskie wydawnictwo, dając rodzimemu czytelnikowi wymienione tytuły, jednocześnie otworzyło jeszcze jedną, niezwykle istotną możliwość. Mianowicie, szansę na zastosowanie wspomnianej wcześniej optyki „polskiej”, nie „amerykańskiej”.

Zarówno „Listy”, jak i „Moja edukacja”, oprócz bycia dwoma kawałkami znakomitej literatury, są czymś jeszcze. Być może czymś znacznie istotniejszym niż tekstami samymi w sobie. Są żywymi, pełnokrwistymi antytezami dla tez forsowanych przez premiery i odbiór nowego „Queera” oraz nowego „Ćpuna”.

Rodzimy dyskurs literacki przeobraził dawnego „Pedała” we współczesnego „Queera”, a więc utowarowił jego oryginalną transgresyjność, ponieważ chronologicznie pierwsza (choć wydana znacznie później) książka amerykańskiego pisarza ma w sobie (około)debiutancką bezbronność, która wręcz prosi się o brutalną, neoliberalną eksploatację.

Jedno z najwcześniejszych dokonań autora jest bowiem tekstem, w porównaniu do jego późniejszych projektów, radykalnie konserwatywnym. Ta napisana skrajnie przyziemnym, reporterskim wręcz językiem, utrzymana w sensacjonalistycznej, prawie “pulpowej” kolorystyce, skromna nowela nie miała szans w starciu z uaktualnioną przez realia XXI wieku, rodzimą maszyną kulturową.

Polska popkultura, wedle tradycyjnie kapitalistycznej zasady przechwytywania sentymentu kontestacyjnego, z ogromną łatwością przeobraziła “Pedała” w “Queera”. Zamieniła ideologiczną prowokację, reprezentowaną przez historycznie pejoratywny tytuł, na retroaktywnie przeinaczony głos ideologicznego głównego nurtu.

Nazywając „Pedała” „Queerem”, wspólnymi siłami zrodziliśmy ahistoryczną abominację. „Ucywilizowaliśmy” dzikusa-Burroughsa tak, by spełniał standardy narzucone przez „kłirowany” Kapitał tego wieku. Popełniliśmy zbrodnię porównywalną do niemej akceptacji Rafała Brzóski cytującego Malcolma X. Zbrodnię nie tyle komercjalizującą transgresyjną esencję konkretnej postaci lub koncepcji (koszulka z Che Guevarą, „Squid Game”, „Black Mirror”), ile zupełnie wymazującą rzeczoną transgresyjność z kolektywnej świadomości. Zbrodnię podwójnie niemoralną, bo dotyczącą figury, która w rzeczonej kolektywnej świadomości tak naprawdę nigdy nie istniała, tzn. jest bezradną „carte blanche” skazaną na neoliberalną inwencję twórczą.

W tej sytuacji projekt Wydawnictwa Okultura jawi się jako konieczny gest polemiczny. Konstelacja warunków politycznych, kulturowych i ekonomicznych doprowadziła Dariusza Misiunę oraz jego współpracowników do miejsca, w którym (chcąc lub nie chcąc) pełnią funkcję polskiej, Burroughsowskiej kontrofensywy.

Okultura wprowadziła na nasz rynek nie „Queera” (i nie „Ćpuna”, który m.in. z uwagi na podobny okres powstawania jest analogicznie wczesny i bezbronny), lecz „Listy o Yage” i „Moją edukację. Księgę snów”, czyli książki, które autor „Nagiego Lunchu” napisał znacznie później („Moją edukację” uznaje się za jego ostatnie dzieło), z pozycji artysty ukształtowanego, bezkompromisowego i (co najistotniejsze) zupełnie jawnie transgresyjnego.

Do „Listów” i „Mojej edukacji” nie sposób dopisać blurbów, które „Queerowi” doczepili Wojciech Szot wraz z Jackiem Dehnelem. To teksty wyrażające swoją radykalną autonomię przede wszystkim poprzez czytelniczo-krytyczną niewygodę.

Oba tytuły należałoby odczytywać jako wprowadzoną w życie Burroughsowską maksymę o języku, który jest „wirusem z kosmosu”. Wypełniające je akapity infekują, nawet wbrew woli odbiorcy, mamią konstelacją rozmaitych znaczeń, ale nie pozwalają nasycić się semiotyczną satysfakcją z pełnego odkodowania sprzeczności.

Burroughs „późny”, tj. ten z „Listów” i „Mojej edukacji” jest Burroughsem nieskończonych przeciwieństw.

To np. Burroughs indywidualista-kolektywista.

W „Listach” uprawia dziwaczną sztukę fałszywej epistolarności, tzn. zestawia prawdziwe listy do prawdziwego adresata z fikcyjnymi listami wysyłanymi w próżnię z fikcją literacką, niebędącą w istocie ani jednym, ani drugim. Na dodatek prawdziwy, ale jednak jednocześnie fikcyjny i realny adresat — Allen Ginsberg, odgrywa w tej quasi-korespondencji bardziej symboliczną, niż namacalną rolę, zabierając głos właściwie tylko raz.

Antologia eksperymentalnych pseudolistów odkrywa przed nami Burroughsowski egoizm. Ukazuje artystę w pełni skupionego na własnym Ja. Kogoś, kto poświęca kolejne akapity na eksplorację amazońskiego lasu, która jest eksploracją narkotyku (tytułowe yage), która jest eksploracją autorskiej tożsamości i/lub próbą odnalezienia nowej autoidentyfikacji. Kogoś, kto traktuje listy jako rodzaj wpisów do osobliwego dziennika, jako karty opisujące przebieg przeprowadzanego na sobie samym spirytualnego eksperymentu.

Przedsięwzięcie Burroughsa odsłania również kolonialne klisze — pułapki, które mniej lub bardziej świadomie na siebie zastawia. Opisując południowoamerykański krajobraz i zasiedlające go grupy etniczne, a także romantyzując „szamański” narkotyk, silnie flirtuje z dyskursem „egzotyczności”. Jako modelowy biały Amerykanin reprodukuje własny egotyzm poprzez egzotyzm. Narcystycznie ocenia wyjątkowość swojej psychodelicznej odysei miarą obcości przestrzeni wokół niego oraz nieskończonych możliwości przechwycenia jej dla swoich celów — paradoksalnego nakarmienia ego „uśmierceniem” ego. 

Jednocześnie, zarówno „Listy”, jak i „Moja edukacja” portretują Burroughsa jako narratora w pewnym sensie oddanego innym ludziom.

Pierwsza z publikacji, co prawda spycha Allena Ginsberga na trzeci plan, ale z drugiej strony przypisuje mu funkcję (fikcyjnego, bądź nie) spowiednika. Tego, który wysłuchuje zwierzeń swojego przyjaciela. Choć Burroughsowska narracja wydaje się ekstremalnie wsobna, to jednak jest po prostu monologiem zaadresowanym (symbolicznie, bądź prawdziwie) do konkretnej osoby. Co więcej, ostatecznie, widmowa Ginsbergowska figura materializuje się, by opisać własne psychodeliczne doświadczenia. Zabiera więc głos tymczasowo, ale w najbardziej intymnym kontekście, jaki tylko można sobie wyobrazić, tj. odpowiadając na dogłębnie duchowe doświadczenia Burroughsa zapisem własnych spirytualnych uniesień.

Z kolei „Moją edukację”, która znów jest skrajnie egocentryczną penetracją własnej jaźni, w tym wypadku podróżą do świata własnych snów, po brzegi wypełniają imiona i nazwiska znaczących dla amerykańskiego prozaika osób — znajomych, przyjaciół, członków jego rodziny.

Epizodyczność tych hipnagogicznych spotkań z jednej strony może skłaniać czytelnika ku wspomnianemu wcześniej odczytaniu egoistycznemu. Może sugerować pewną instrumentalność konkretnych postaci i miejsc, podsuwać pomysł, by rozumieć różnorodny katalog bohaterów jako aktorów w teatrze zakochanego we własnej podświadomości demiurga.

Natomiast równie dobrze mogłaby ona sprowokować do lektury według klucza wręcz komunitarnego. Taka interpretacja pozwalałaby widzieć w Burroughsie podmiot świadomy dialektycznego, mnogiego fundamentu swojej jednostkowości. Wtedy definiująca poszczególne akapity zbiorowość podkreślałaby kolektywność pracy wytwarzającej jego przywilej indywidualistyczny, a epizodyczność akcentowałaby uniwersalny, wszechobecny wymiar tej „masowości”.

Burroughs indywidualista-kolektywista, który jeszcze w pełni nie wykluł się z wydanych przez Filię książek, byłby więc podwójną solą w oku głównonurtowych mediów kulturalnych.

Byłby zbyt osobny, by mógł reprezentować kulturę LGBTQ, zarówno w jej oryginalnym, jak i skorporacjonizowanym rozumieniu. Byłby „Pedałem”, nie „Queerem”, nie mógłby być ani emancypacyjny, ani „przedemancypacyjny”, lecz jedynie stojący w poprzek emancypacji.

Jednocześnie byłby poniekąd zbyt kolektywny jak na głos neoliberalnego porządku. Z taką samą częstotliwością wykazujący impulsy indywidualistyczne i sentymenty do ważnych twarzy z przeszłości. Równie regularnie celebrujący osobistą wolność i poszukujący bliskości drugiego człowieka. Świadomy siły własnego egoizmu, a jednocześnie respektujący formacyjny wpływ swoich i obcych (nawet jeśli naszkicowanych kolonialną kreską) sojuszników.

Ten „drugi” Burroughs to także rewolucjonista-metarewolucjonista.

Uderzające jest to, że lekturą, która najbardziej koresponduje politycznie i historycznie z „Listami” są „Dzienniki motocyklowe” autorstwa przytoczonego już wcześniej Che Guevary. Okazuje się bowiem, że amerykański prozaik oraz argentyński rewolucjonista w podobnym czasie przemierzali podobne tereny i doszli do zaskakująco podobnych wniosków. Obaj panowie występują w swoich dziełach jako „obcy”, postacie wyjęte poza uniwersum, w którym przebywają. Burroughs, na własne życzenie ucieka z ciepłych objęć amerykańskiej klasy średniej (najpierw symboliczne, antyburżuazyjne obrzydzenie, następnie całkowicie rzeczywiste zastrzelenie własnej żony). Z kolei Che, pełen młodzieńczych ideałów student medycyny, na własne życzenie ucieka od swojego klasowego uprzywilejowania po to, by zaznać „prawdziwego życia”.

Jeden i drugi napotkał na swej drodze socjoekonomiczną grozę południowoamerykańskiego życia. To doświadczenie uformowało Che Guevarę – rewolucjonistę, a z Burroughsa uczyniło, tak, jak zwykle w przypadku tego twórcy, kogoś egzystującego gdzieś pośrodku, orbitującego wokół rewolucji i metarewolucji.

Rzeczywiście, nie można przemilczeć kolonialnych egzotyczności, którymi Burroughs naszpikował niemal każdy akapit “Listów”. Natomiast, nie można także pominąć “Roosevelta po inauguracji” — krótkiego podrozdziału książki, będącego w istocie zjadliwą satyrą właśnie na absurdalność amerykańskiego imperializmu. Tego samego imperializmu, który zaszczepił samemu Burroughsowi egocentryczne i egzotyczne zapędy.

Tę paraepistolarną groteskę najlepiej podsumowuje cytat mówiący o tym, że „potrzebujemy nowego Bolivara”. Iście prorewolucyjne hasło, które równie dobrze mogłoby paść z ust Che Guevary, jednakowoż ukryte w gąszczu zdań rysujących ambiwalentny stosunek autora do kolonialnej rzeczywistości.

Burroughs-rewolucjonista raportuje na temat społeczno-politycznego teatru okrucieństwa, rozgrywającego się pośród południowoamerykańskich pejzaży. Burroughs-metarewolucjonista (absolutnie n i e „anty”) opowiada z kolei o (swoim) kolonialnym przywileju, jako jedynym, naprawdę skutecznym czynniku warunkującym polityczną świadomość i wrażliwość.

Autor „Listów” pragnie dowieść, że sprawczej krytyki niesprawiedliwości może dokonać jedynie podmiot, który żyje wyłącznie dzięki jej istnieniu. Konstatację o konieczności zdrady swojej klasy, w celu bronienia klasy wyzyskiwanej, można i trzeba oskarżyć o krzykliwą protekcjonalność, ale jednocześnie można i trzeba oskarżyć ją o czysto materialistyczną prawdziwość.

Rzeczoną metarewolucyjność, tzn. świadomość komplikacji koncepcji rewolucji jako takiej odnajdziemy także w „Mojej edukacji”.

W pierwszym zupełnie naturalnym odruchu chciałoby się tytułową „księgę snów” nazwać apoteozą eskapizmu. Mamy tu przecież do czynienia z bardzo skwapliwym zapisem doświadczeń wewnętrznych. Z oniryczną spowiedzią kogoś, kto „żyje w swojej głowie”.

Prawdą byłoby więc stwierdzenie, że Burroughsowski sennik prezentuje raczej hippisowskie, niż punkowe (zresztą bitników słusznie nazywa się ojcami ruchu hippisowskiego) podejście do rzeczywistości. Konstelacja marzeń sennych zdaje się osobistą utopią autora. Światem, który niezależnie od definiujących go ciemnych barw, stanowi bezpieczną kryjówkę przed prawdziwie „ciemną” codziennością. Odczytanie eskapistyczne znakomicie pasowałoby też do wieloletniego uzależnienia Burroughsa od,  pełniących przecież analogiczną funkcję, narkotyków oraz jego mieszczańskich korzeni. Ten ostatni kontekst mógłby uprawniać do stawiania tezy o socjopolitycznej ignorancji klasy średniej. Innymi słowy, o tym, że Burroughs nawet uciekając od rodzinnego życia pod kloszem, nie może się powstrzymać przed zbudowaniem sobie nowego klosza.

Jednakże, analizując „Moją edukację” wyłącznie w ten sposób, popełnilibyśmy ten sam, ahistoryczny błąd, który popełnili wydawcy polskiego „Queera”, a także dwóch autorów blurbów tę pozycję rekomendujących. Mówiąc wprost, wyłączylibyśmy z tych rozważań kwestię kulturowej dominacji dyskursu psychologicznego i psychoterapeutycznego.

To, co oddzielone od wspomnianego problemu jawi się jako afirmacja eskapizmu, w zestawieniu z nim nagle zaczyna nabierać barw rewolucjonistycznych.

Naszą teraźniejszość utożsamia się ze spektakularnym triumfem współczesnej psychologii oraz psychoterapii kognitywno-behawioralnej i sromotną klęską psychoanalizy (co ciekawe, z sytuacją, której nie doświadczyła kultura krajów Ameryki Południowej). Tak więc, okoliczności odbite w Burroughsowskim zwierciadle, nagle przestają być neutralnym stanem rzeczy i stają się zupełnie realną opresją.

Reżim CBT kolonizuje naszą masową wyobraźnię, forsując jednolite rozumienie „psyche”. Wygenerowana przez ów dyskurs falsyfikowalność Freuda, a więc upowszechnienie prymatu dogmatyczności nad ezoterycznością, pozwoliła neoliberalnej logice braku alternatyw podbić nie tylko ekonomię ogólną, lecz także (a być może przede wszystkim) ekonomię libidinalną. 

W naszej części globu, gdzie ludzką psychofizyczność reżyseruje przede wszystkim antyfreudyzm, tekst kultury promujący alternatywną technologię autorefleksji, czy nawet (auto)terapii, musi więc zostać uznany za dysydencki.

„Moja edukacja” poniekąd ponownie upolitycznia surrealizm. Ten sam surrealizm, który na początku XX wieku płynnie przechodził od ryzykownej metafory strzelania do racjonalnego tłumu do zupełnie niemetaforycznej relacji z Francuską Partią Komunistyczną, a gdzieś po drodze stał się trywialnością zaprogramowaną tak, by bawić widzów wieczornego talk-show.

Dziś, William S. Burroughs, jeśli potraktujemy jego propozycję „programową” poważnie (doświadczenie senne jako partyzancka strategia wpływania na rzeczywistość), nie może więc być określany inaczej niż mianem rewolucjonisty. Z kolei metarewolucjonistyczny i/lub w istocie antyutopijny(!) (świadomy przytoczonych problemów takiej postawy) wymiar jego dzieła, wymyka się banalizacji, której ofiarą padł Breton i jego apostołowie.

„Polski” kłopot Burroughsa polega więc na wciąż pokutującej anonimowości tego autora. Jako figura o wiecznie niewykorzystanym potencjale kulturowym, społecznym i politycznym, jest on „każdym i nikim”. Jest modelową ofiarą towarowej logiki modelu neoliberalnego. Modelu, który jako wykwit ideologii „wszystkiego i niczego” pasożytuje na narracjach selekcjonujących kolejnych „każdych” i „niktów”.

Oddany w ręce panujących opiniotwórców, Burroughs kończy na śmietniku historii.

Kończy tam, gdzie jest przypisem do przeterminowanych uwag Kingi Dunin o okołobitnikowskim feminizmie. Tam, gdzie stanowi kolejną atrakcyjną cegiełkę budującą fundamenty pod jeszcze bardziej skuteczne „kłirowanie” i korporacyjny „pridewashing”.

Jednakże wzięty pod skrzydła podmiotów peryferyjnych, a przez to wyjętych spod głównonurtowego „prawa”, ma szansę nie tyle przetrwać, ile wreszcie naprawdę

z a i s t n i e ć.

I tu nie chodzi o to, że „Queer”, czy „Ćpun” są niewarte uwagi, a „Listy o Yage” i „Moja edukacja. Księga snów” wprost przeciwnie. Nie chodzi też o to, że Wydawnictwo Filia należy zapalczywie ganić, a Wydawnictwo Okultura z równomierną pasją chwalić.

W gruncie rzeczy chodzi o coś znacznie mniej binarnego. O coś, co doprowadza cały ten problem do granic dyskursywnej komplikacji.

Chodzi o to, by ujarzmić Burroughsa jego własną bronią. Przeprowadzić na nim iście cut-upową operację — zamordować go wraz z całym jego dziedzictwem, pociąć jego jestestwo na kawałki, a następnie pozszywać z porozsypywanych fragmentów zupełnie nowego protagonistę-antagonistę na miarę naszych czasów.

O powodzeniu tej procedury nie może być jednak mowy, dopóki ów język peryferyjny nie zainfekuje języka głównonurtowego.

A do tego potrzeba nam co najmniej tuzina Rafałów Księżyków.