Ostatnio natknęłam się na publikację naukową dotyczącą, o dziwo nie substancji psychoaktywnych, lecz kinku. Znajoma wysłała mi fragment artykułu po opublikowaniu przeze mnie na stories fragmentu Ted Talka mówiącego o mieszaniu kokainy z alkoholem. Swoja drogą, jeśli tego nie wiesz, to przy połączeniu tych dwóch toksyn powstaje nowa – kokatylen. I o ile po spożyciu samego alkoholu przez następne 24 godziny prawdopodobieństwo wystąpienia zachowań selfharmowych wzrasta siedmiokrotnie, kiedy minie nam faza po miksturze ryzyko wzrasta 16 razy. Przerażające, prawda? Prywatnie zawsze raczej przejmowałam się wątrobą, a nie neuroprzekaźnikami w mózgu. Chyba został we mnie osad mitu krótkiego, acz intensywnego życia w akompaniamencie rock’n’rolla. Perspektywa wyniszczonego ciała, które dowodzone jest nadal w pełni sprawnym, ostrym i – jak cię mogę – ironicznym umysłem wyczerpywała moje zainteresowanie tematem.
Wracając jednak do artykułu i tego jaki ma związek z ćpaniem; paralelę zauważyłam już na samym początku, gdzie badacze opisują zjawisko „x-dropu”. W miejsce „x” można włożyć słowo „dom”, „sub”, „scene” lub „event”. Drop więc może mieć różne przyczyny i kontekst, kolejno może być związany z poczuciem związanym z zakończeniem aktywności kolejno z perspektywy osoby dominującej lub uległej, rozszerza się na całą scenę czy akt, może tez więc brać pod uwagę osoby oglądające czy pomagające i zakłada różnorodność konfiguracji. Na przykład jedna osoba może dominować kilka lub na odwrót. Event-drop bywa też nazywany w środowisku post performance’ową depresją. Co tu dużo mówić – skojarzyło mi się to ze znanym i nielubianym zjawiskiem „zwały”. Korzystając z okazji zaznaczę, że zakładam i zalecam nieangażowanie się w czynności kinkowe będąc nietrzeźwym. Przyczyn jest wiele, ale najtwardszym argumentem jest to, że trudno wtedy o konsent.
O ile w przypadku substancji psychoaktywnych możemy klinicznie zbadać ich wpływ na mózg, o tyle w przypadku koktajlu hormonalnego, który uwalnia się przy okazji doświadczania bólu, przyjemności, upokorzenia czy deprawacji sensorycznej powszechnie używanych w BDSMie wszystko staje się bardziej skomplikowane. Zwłaszcza, że drop nie musi nastąpić w momencie skończenia sceny lub niedługo potem. Może on przyjść nawet kilkanaście dni później. Poziomy kortyzolu, adrenaliny czy testosteronu skaczą podczas kinkowych aktywności, jednak fakt, że drop przychodzi z opóźnieniem wskazuje na głębsze procesy psychologiczne, niezależne od biochemii. Co prowadzi mnie do zauważenia kolejnego podobieństwa – na pewno znany jest nam termin „integracji psychodelicznej”.
Jak wiele tego typu haseł, które, już śmiało można powiedzieć, przebiły się do mainstreamu, jest to termin dość niedoprecyzowany. Na social mediach roi się od samozwańczych lub ocertyfikowanych przez kogoś speców od terapii psychodelicznych, pracy z ciałem i traumami. Niektórzy oferują art terapię. Może za parę lat równie popularne będą usługi osób oferujących integrację doświadczeń kinkowych? Nie jest to pomylony pomysł. Oba doświadczenia potrafią zostawić nas w poczuciu głębokiego szoku, pustki, nierzadko poczucia straty i tęsknoty. Po intensywnych doświadczeniach jako ludzie jesteśmy jeszcze przez jakiś czas bardziej uwrażliwieni, skłonni do wahań emocjonalnych, rozdrażnienia, impulsywnych decyzji. Dla każdego będzie to wyglądać nieco inaczej, ale wyłania się schemat. Trudno się temu dziwić i najlepszą taktyką radzenia sobie z post ekstatycznym zjazdem jest szczera próba normalizacji tego stanu i szukanie sposobów jak mu zaradzić.
W latach 70 dr. C.A Tripp, współpracujący z bardziej znanym Alfredem Kinseyem zaproponowali zdefiniowanie równania erotyki, które w skrócie mówi, że im bardziej wymagające bariery oddzielające nas od obiektu pożądania pokonamy, żeby zdobyć ten obiekt, tym większa będzie satysfakcja. Parę lat wcześniej zostało też zdefiniowane pojęcie przeżycia szczytowego (przez Abrahama Maslova), które oczywiście nie ograniczało się do seksualności, obejmując obcowanie z naturą, sztuka czy uprawianie sportu (zwłaszcza sportów ekstremalnych, a BDSM też jest swego rodzaju seksualnym sportem ekstremalnym). Jeśli spojrzymy na to z tej strony, znów, naturalne jest, że po mistycznym doświadczeniu flow i połączenia – charakterystycznego także dla fazy – przychodzi spadek, moment rozłączenia, powrotu do „zwykłości” i żałoba po ekstazie. Okazuje się, że nie musi tak być. Chociaż badacze wyszczególnili kilka wariacji pod szyldem „żałoba”, istnieje też druga droga. Na razie przytoczę schemat składający się z 4 etapów dochodzenia do siebie po x-dropie, które bardzo przywodzą na myśl trzeźwienie. Na początku pojawia się wspomniane przeze mnie otępienie i szok, może wynikać z przeorganizowania życia i sposobów jego nawigowania – zmiana znaczenia safe space’u, poczucia przynależności, bycia w domu. Dalej następuje poszukiwanie tego co utracone, motywowane chęcią zachowania stanu rzeczy sprzed i w trakcie doświadczenia. Trzeci etap obejmuje cierpienie i pogodzenie się z utratą, a czwarty otwiera możliwość zdefiniowania bezpieczeństwa na nowo.
Druga ścieżka w zasadzie zawiera w sobie sporo z tej omówionej, ale wiedzie dalej. Co, jeśli w wyniku granicznego doświadczenia zatracimy swoją tożsamość lub możliwość patrzenia na siebie tak, jak do tej pory? Już Erik Ericson głosił, że tożsamość jest raczej procesem i ciągłą zmianą, a nie czymś, czym w sposób domknięty jesteśmy lub też czymś, co posiadamy.
Ta zmienna kalibruje się codziennie, wywoływana chociażby fizjologią naszego ciała czy ingerencją społeczeństwa. Nie jest też raczej pojedynczym bytem, ale mnogością osobowości, z których wybieramy te centralne, bazowe. I jeśli któraś z takich kluczowych person zostanie zmieniona przez intensywne doświadczenie możemy doświadczyć czegoś co Robert Kegan nazywa „depresja rozwojową” – stare nawyki, poglądy, relacje już nie są „nasze”, ale nowe bycie w świecie jeszcze się nie uformowało.
Zaczęłam ten tekst od tytułu – tytułu, który dla mnie oznaczał sytuację, kiedy moment kulminacyjny co prawda nadchodzi, ale nie dostarcza nam satysfakcji, nie stajemy w pełni swoich kompetencji, żeby zmierzyć się z rzeczywistością, a potem chwila mija i wiemy, że szansa już się nie powtórzy. Nazywam te sytuacje właśnie momentami niewypału lub momentami słabego wystrzału. Widzę teraz, że moje doświadczenie, które wydawało mi się odosobnionym przypadkiem jest po prostu formą dropu. Taki dop może nas spotkać na każdym kroku, może czaić się za rogiem. Nawet nie angażując się w kink, czy decydując się na trzeźwość dropy i transformacja tożsamości i tak nas dopadnie.
Źródła: