Sample
wypluwam deskę przez kamień
ścieram się z butem
ze sznurówką wiążę
mam swoje loopy i raczej jazdy
jak szukanie zgub
mówienie głupot
miewam uczucia mieszane jak sos
tysiące wysp jeden
ocean i dużo snu
coś jak penut’butter’jelly tost
– mogę bo mogę
mnożę przez zero
wypluwam deskę przez kamień,
gruz łączy umysły, szkło mami usta.
Mieni się szara strefa,
przy sztachetach mchy.
Parkan, parkan zapity na daremno.
Wypowiadam ci imię kryształowa różniczko,
całko z okrzemków, niech imie twoje
wyrośnie, wyrośnie z bruku, niech imie twoje
rozpieprzy mur, a póżniej się pobujamy
nieskończenie jak ósemki na budowach.
Ze żwiru łóżko.
Z betonu ból.
Przecieram oczy.
Prostuję krzyż.
ścieram się z butem
każdym trickiem w rotacji
o sekwencji każdej.
Język za węzłem
dokładniej czuje stopę.
Środek ciężkości jest nisko.
Podeszwa to eklektyka
mineralików z osiedla,
a woda zmoczyła palce
nie raz, nie dwa.
W trzy dni niszczę parę.
Przetarcia haluksów to moja mama
przymierzająca dziesiątki par butów.
ze sznurówką wiążę
każde zeznanie w noc
białą jak converse.
niebieskie kły chucks’a
odbierają mi mowę wskazany palcem
nie puszczam za język pary.
jak w pętli: pytają milczysz biją
sznurówki wyciągną zewsząd
a jeśli chcesz mnie zobaczyć
to musisz mieć patent.
mam swoje loopy
i raczej zjazdy
a spanie twardsze
niż twoje upadki.
jeżdżę z powrotem i tam
gdzie wschodzi fatum.
to tylko moje boczki
miększe niż narkotyk
masaż dłońmi i usta
kończące w nadmiarze.