
Uchwyciła mnie kiedyś camera obscura podczas robót miejskich. Było to potem w kronikach filmowych. Byłem dzieckiem to chodziłem na tak zwaną ochronkę, czyli wydawanie ciepłych zup kartoflanek. To byłem ja, bo ja dawniej się spieniłem z chochli i wykipiałem na łączenie płyty pilśniowej z betonową wylewką. Wypadłem komuś z kożucha, na który teraz siadają kury. Znam uczucie, jak się ludzie patrzą na krew, na zabój i na świsty w powietrzu. Jestem zdrowy, że aż strach. A o mnie moja maman mówiła: “boże jedyny…” i nie kończyła tych zdań. Że aż dziw bierze!!!!!!! Z pianką w kącikach ust od gadania i dla wiecznej szczęśliwości bożej harcuję – za pieniądze i za słowo honoru osób, które wykręcone mają białka w oczach i stawy, jak muszą na mnie patrzeć i rękę mi podawać. Biegam też dla burmistrza, mam zajęczą wargę. Jak stoimy razem z nim, oparci plecami o ścianę i z założonymi rękami, on mi mówi: “taak, bo to wiesz…”. Hahah, moje błyszczące usta od szminki i od szarży, tylu ludzi już nie ma, a my teraz mamy dziarskość w sobie, że aż trzeszczy w zębach. Lubię nocne grafitti. Mury warowne wszystko przyjmą, mają fakturę grzyba. Po moim koledze został mi zwyczaj stawiania ptaszków, mam po nim różnorakie morgenszterny, czy deski z gwoździami, ich krawędzie święcą w źrenicach osób, które z koleżeństwem napadamy. Ręce mi się zrobiły takie liche i zimne, ale to wiadomo. Mam łotrzykowską manierę mówienia: “co jest?”. I wyraz twarzy taki, jakbym wiedział, że teraz ktoś mi robi zdjęcie.