Stoner Polski

Kosmiczna Seksturystka | Halloween

Debiutowało książką poetycką right into pod tramwaj (2022) i powieścią Nigdy nie będziesz szło samo (2023). Naukowo zajmuje się femcel studies oraz zagadnieniami queerowości i dziewczyńskości. Za tom poetycki Silesian Gothic otrzymało Nagrodę Literacką Gdynia.

Instagram: @kkaroollina | @mikroelementy

W skrócie to było tak: ja przybywam, zwiedzam, wyhaczam go w kawiarni. Wiem, czym jest kawiarnia, dla takich jak ja polecieć za soczystą przygodą to nic takiego, nic nowego, nie pierwszyzna i tak dalej. Widzieliście mnie? Widzieliście, jak wyglądam? Jędrność atypowa dla wieku, zdradzają mnie może wypustki na czułkach, ale jedynie w gorszy dzień. Zresztą, tutaj w modzie są włosy, a nic tak nie chowa antennae jak fryzura na beehive, wielka, nabrzmiała od tapiru.

No więc wchodzę, obczajam, myślę sobie: słodziak. Na głowie dwie łyse zatoki sąsiadują z wysepką krótko przystrzyżonego trawnika w kolorze księżycowa szarość. Polik niedogolony. Na koszuli ma ślady czegoś czerwonego, a sądząc po zgrubiałym naskórku na zgięciu tuż za paliczkiem dystalnym prawego kciuka tego atrakcyjnego samca to nie żaden sos, tylko farba, a ja lubuję się w artystach, a zwłaszcza takich odlecianych. Jak na dłoni widzę, że on nie widzi nic, ot, słodziak pozbawiony zmysłu wzroku, a zatem wyzwanie. Jak się zabrać za depapierkizację tego cukierka? kminię, kiedy podchodzę, ale zastępcze ciało wie lepiej, zastępcze ciało mnie prowadzi, zastępcze ciało sadza mnie obok i każe mi się przywitać i potem mówić, mówić, mówić, gadać, pierdolić. Płynnie konwersuję w językach tego świata, najpłynniej w języku podrywu, i po chwili typ jest mój – prawie się zrażam, aż tak łatwo poszło. Stawia mi napój na bazie zmielonych ziaren kawowca robusta, to znaczy podchodzi pod kontuar, wspierając się laseczką, i prosi samicę, która się na mnie gapi, żeby podała filiżankę. Najwyraźniej wpadł mi w ręce lokalnie wpływowy kąsek. Piję, aż czuję lekkie drgania w potylicy, te same, które zwiastują pojawienie się świeżych wypustek na czułkach. Zanotuję potem: zmielone ziarna kawowca robusta postarzają, w podróży lepiej ich unikać.

Zabiera mnie do siebie i już w drodze pożera łakomymi palcami, które wciskają mi się w fałdy zastępczego ciała. Prowadzę go pod rękę, tak się podekscytował, a ja tę ekscytację spijam, spijam, i jeszcze spijać będę, później, u niego. Przekraczam próg, przysuwam się bliżej, że niby ciasno w tym przedpokoju, a on jest już o tyle – [] – od tego, żeby zacząć piszczeć z radości. Chyba nigdy nie trafił się chętniejszy, więc przechodzimy do sprawy raczej bez dywagacji. W trakcie – a nie trwa to wcale krótko i zanotuję później, by częściej brać się za jemu podobnych, dwie łyse zatoki i trawnik księżycowa szarość – wypuszczam czułki przodem, by poeksplorowały ze mną. Ustalam nowe pozycje (i je też zanotuję): penetracja pępka lewym odgałęzieniem czułkowym górnym, smaganie obojczyka wypustką czteroletnią czułki prawej. Wiele może mnie jeszcze zaskoczyć, aż szok, jestem przecież niemłoda wyjadaczka. Tak czy inaczej, wyjadam: wyjadam cukierka aż miło, a kiedy kończę – i on kończy – przypominam sobie, że jest niedziela i że muszę wyjechać wcześniej, żeby zdążyć na poranny wykład ze studentkami Ziemskiej kosmologii stosowanej.