Gdy po raz pierwszy usłyszałem tracki JPEGa, uderzyło mnie, że mają tak głębokie korzenie w wielu odnogach muzyki, a jednocześnie wszystkie je odcinają.
W I LAY DOWN MY LIFE FOR YOU przez większość płyty jest w konflikcie z niemal każdym, kto pojawi się na jego horyzoncie. Wytyka błędy, słabości, niekonsekwencje. Nie zajmuje już żadnej powszechnie rozpoznawalnej pozycji twórczej (ani żadnej innej), w której mógłby się okopać, odpocząć i z niej zaatakować. Jest zbyt niespokojny i nieufny, by pozostać w jednym miejscu. Przypomina gracza w COD-a, który nigdy nie kampi – zawsze idzie do przodu i atakuje każdego, kto mu podpadł. Gdy jest już zmęczony, przegrany i niezdolny do dalszej walki, podnosi ręce do boga (w którego nie wierzy), zapada się w sobie, ma wyrzuty sumienia, ale pozostaje na obranej ścieżce i z niej nie schodzi.
Oglądamy stream z tej szarpaniny. Trudno odwrócić wzrok od kogoś tak bezkompromisowego, kto idzie po swoje i mówi wprost, co siedzi mu w głowie. Niektóre potyczki są niepotrzebne, wynikają z ogólnego rozdrażnienia. Inne są wzniosłe i słuszne. A czasem trudno stwierdzić, do której z tych dwóch kategorii dana bitwa należy.

JPEG współtworzy z innymi twórcami, którzy zmieniają zasady hip-hopu. Wydał płytę w duecie z Dannym Brownem, a na nowym albumie pojawiają się m.in. Vince Staples i Denzel Curry. Flow, barwa głosu i teksty każdego z nich są dla mnie ciekawsze, bardziej elektryzujące niż u JP, ale gdy myślę o utworze jako całości, to właśnie Peggy wypada najlepiej. JP jest producentem każdego numeru na płycie. Pojawiają się też inni twórcy o wyrazistym stylu – Flume, Kenny Beats i DJ RaMeMes – którzy swoimi wkładami dopełniają i rozwijają resztę materiału.
Teksty JPEGa są łatwe do rozszyfrowania. Krzyczy, żeby zostać usłyszanym w białym szumie internetu. Od strony stricte produkcyjnej również atakuje materię muzyki, przypomina surfera, który łapie najbardziej ekscytujące fale, jaką jest w stanie znaleźć. Fale przykrywają go niemal całego, ale ostatecznie zwykle utrzymuje się na nogach. Jego wokal nie jest położony na tle muzyki jako główny składnik. To raczej część zupy, w której proporcje nie są jasno ustalone. Bit i wykonanie wokalne tworzą jedną całość. W ten sposób rozwiązuje problem, który od dawna jest bolączką rapu. Brakuje osób, które mają jednocześnie wystarczające wyczucie rapowania i robienia bitów, żeby tworzyć porywające całości. JPEG krzyczy, szepcze, modeluje głos we wszystkie strony, nakłady na niego efekty. W rezultacie jego rapowanie jest bardzo umuzycznione. A to wszystko w wielopoziomowej relacji z warstwą instrumentalną.

Pisze teksty z taką samą dosadnością, z jaką shitpostuje na X. Trudno nie dostrzec podobieństw między doświadczeniem doomscrollingu a jego poszatkowanymi, nieustannie zmieniającymi kształt trackami, które serwują kolejne pobudzające i zaskakujące bodźce.

Lista źródeł, z której pochodzą sample ilustruje, jakie są punkty odniesienia dla tej płyty. To, co Peggy sampluje nie jest jedynie fajnie brzmiącym dodatkiem. Są dokładnie dobranymi odniesieniami, które wzmacniają sieć sensów zawartych na ILDMLFY (i same w sobie brzmią świetnie). A więc: Logan z serialu Sukcesja (i drzwi, które pojawiają się w tej samej scenie), japoński jazz-rock, klasycy rapu z lat ‘90, Fortnite, komentator NBA, brazylijski funk, Future, Future w wersji blues AI, Michael Jackson, stare soulowe płyty, Janet Jackson i inne.
Utwory mają też nietypową warstwę wpływów, która nie są samplami, chociaż część z nich może nimi być, ale tego nie wiem. Na tym albumie usłyszymy dużo rockowych perkusji i gitar, wplecionych w uniwersum hype’owych i podartych bitów JPEGMAFIA.

Ostatnie dwa utwory na albumie gwałtownie skręcają w delikatniejszą stronę. Gitara akustyczna i zwrotka od Buzzy Lee otwierają końcówkę albumu, gdzie Peggy jest bardziej melancholijny i refleksyjny. Mniej walki, więcej dostrzegania własnych błędów.