I
więc kiedyś poprzez wymianę temperatury
zacząłem rozmawiać z ziemią. strach: pulsująca
energia od dłoni przez serce, kręgosłup i
dłoń: ciepła, elektryczna. gdy się pomyślało
earth is good to całe wątpienie zniknęło. się
z ziemią przez kosmos płynęło: matko, dziękuję
i się zaśmiało: czy feminum słowa implikuje;
czy na odwrót? i ona też się; więc (zupełnie
bez sensu) poprawiło: dziękuję planeto
(i w śmiech znowu, bo przecież XD) za wspólną podróż i
że mogę doświadczać przez twoją materię: wiem
że jestem tobą – wszystko teraz. zaczyna się
gdy przyznasz, że jesteś. zaczyna się w tej chwili:
gdy przyznasz, że nie możesz, mimo że bardzo chcesz.
II
więc zaczyna się, gdy przyznasz, że jesteś w stanie
bezsilnym. moment, gdy w końcu sięgniesz tego, co
nazwiesz swoim dnem: wszystkie czyny obnażone
śmierć ego to bolesny sen, gdzie wszystko jedno:
to co inni tobie (mi) i że ja, i ty, i
oni one te, to jest jedno i to samo
i tylko się bawimy w osobność: stąd bije
główne źródło. i mimo to oraz pomimo
że (w końcu) chcesz przestać, to nie możesz. zaczyna
się, gdy przyznasz, że nie możesz, mimo że bardzo
chcesz, i uświadomisz sobie, że nie możesz nie.
stąd się rodzi uczucie, z którym trudno siedzieć:
pod zdrapaną blizną nic nie czuć, mimo że wiesz.
porażone nerwy to spalony bezpiecznik.
III
pod zdrapaną blizną nic nie czuć, mimo że chcesz
(dostrzec iluzję woli) to nie możesz przestać
(poddać się i płynąć) więc w sumie chcesz przestać chcieć.
i tu się naprawdę zaczyna, bo podstawa
nie wystarcza: trzeba jeszcze jednego słowa.
gdy oddasz kontrolę, dowiesz się, że kontrola
to samoopanowanie i chociaż gryzie
element panowania – niewzruszalność trzciny:
chcę nadal wzruszać się: osad na dno powoli
opada – przejaśnia: proste jest najtrudniejsze.
więc istniejesz, gdy przyznasz, że jesteś osobą
w doświadczeniu bezsilności. wyraźnie można
dostrzec iluzję woli i poddać się, płynąć:
podstawowy warunek to chcieć, a słowo to
IV
d y s c y p l i n a jak marek aureliusz z betonu:
sen od zegarka – sport – nieprzetworzona dieta:
to wystarczy. ja jestem, więc to co ludzkie jest
możliwe: z dnia na dzień wystarczy procent lepiej.
a kiedyś wystarczał różowy kryształ: migot
iskrzących oczu: skłamane spotkanie spojrzeń,
pluszowy dotyk. dreszcze wzdłuż rdzenia, jakby się
tonęło: gęsta, gorąca ciecz spływa, zimny
pot wsiąka w materac. wokół nie ma ciał, choć wiem
że są jakieś myśli, odczucia, postrzeżenia…
a ona wciąż jęczy na ekranie. jestem sam
z kryształem: pamiętasz, jak było fajnie?
gdy uświadomisz sobie, że to nie wystarczy
wtedy dopiero się zaczyna, bo najbardziej
V
boli każdy początek, gdy się już myślało:
wystarczy, nie będę więcej wchodził w dyskusję
z myślami, bo myśli są to psy szczekające:
głosie, chociaż jesteś tak silny, nie musisz być
dla mnie rozkazem. tylko ja mogę się zmienić,
skoro jest to w granicach ludzkich możliwości:
jestem człowiekiem, więc mogę wszystko, co zechcę.
(aż strach bierze na samą myśl o tej wolności…)
co proste jest najtrudniejsze: fragmentujesz się
w sieć mikronawyków i nadal nie starcza…
zaczyna się w tej chwili, gdy przyznasz, że jesteś
czymś więcej. dzięki d y s c y p l i n i e i na trzeźwo
też możesz osiągnąć ten stan złączenia z ziemią,
jak kiedyś poprzez wymianę temperatury.