Stoner Polski

Głupie gry | proza

Urodzony w 1986 roku w Warszawie, gdzie mieszka całe życie i pewnie niewiele się w tej kwestii zmieni. Absolwent slawistyki, uwielbia Bałkany i dobre historie, raczej te smutne. Z wykształcenia kulturoznawca, więc pracuje poza zawodem, obecnie jako redaktor w redakcji sportowej. Zadebiutował w 2025 roku w magazynie „Pro Libris" – może i niezbyt wcześnie, ale podobno lepiej późno niż później. Publikował w „Suburbiach" i „Epei", brał udział w „Pracowni przed debiutem prozą" Biura Literackiego, pracuje nad powieścią.

Wyczulona na wzajemne oddziaływanie poszczególnych elementów: myśli światłem, kolorem i kompozycją. Tworzy biżuterię i witraże jako Saule (ig: dearest.saule).

Asfalt był rozgrzany i miękki, mogłem wziąć go do ręki i formować w dłoniach jak plastelinę. Głupi Czesio kręcił się kilka metrów dalej i przyłapałem go, jak gapi się pod nogi, a strach wyciekał mu z oczu. Czekał, aż ziemia się rozstąpi i do środka wciągnie go gigantyczny różowy jęzor, a wielkie zęby rozgniotą jego dziecięce kości jak landrynki. Powtarzaliśmy mu to tak często, że już dawno uwierzył. Plątał się koło nas, puszczony w ruch bez celu, rozdarty między światem obok, a tym w jego głowie. Wolałbym nie wiedzieć, co się tam kryło, ale wyszło tak, że miałem w to pewien wgląd.

W pakiecie z bratem dostałem umiejętność wyciągania z jego głosu czegoś więcej niż bulgot i charczenie, które kaleczyły uszy innych ludzi. Kiedy już otwierał usta, wyrzucane słowa brzmiały jak gotująca się woda, były wrzące i gwałtowne. Tylko ja znałem ich temperaturę.

Obrzucił mnie czujnym spojrzeniem, jak pies, jednocześnie pozwalając, żeby żółta kula nad nami zjadała go żywcem. Zawsze cierpiał dostojnie, hodował pęcherze na barkach i karku, skóra schodziła mu z uszu płatami, ale nie narzekał. Nigdy nie narzekał, z tego był znany i pewnie by się tym chwalił, gdyby ktoś poza mną chciał go słuchać.

Inni mieli go w dupie, więc mówił do mchu, do mrówek w lesie, do koron drzew, które osłoniłyby go, gdyby niebo miało spaść. Mówił do dróg i ścieżek, którymi opuszczał nasze zadupie, szwendając się całymi godzinami, skubiąc dzikie maliny, których kolce nigdy go nie skaleczyły. Mówił do wody, z bezpiecznej odległości, pocieszając topielców. Czesio słyszał ich zawodzenie, ale nie zdradzał się z tym – miał już dużo kłopotów i zbyt mało miejsca w sercu, by pomieścić w nim kolejny strzęp uczucia.

Zapraszali go do świata podwodnych tuneli, mrocznych i zimnych dołów, chcieli pokazać mu panującą przy dnie pustkę. Nie miał dla nich nic, a w jego kieszeniach obijały się o siebie kamyki, wymięte chusteczki i papierki. Topielców żałowaliśmy razem – przeżywali swoją śmierć cały czas na nowo, grubi, tracący kształt i ścierający napuchnięte twarze na ostrych krawędziach kamieni. Na przybrzeżnym błocie i mokrym piasku zostawiali płytkie ślady rozmiękłych, rozkładających się stóp – i zobaczyłem je tylko raz, chociaż na żwirowisko było naszym drugim domem. 

Bałem się jego nienaturalności i zmienności, nieustanne pogłębiania, osuszania, ruchu, który umykał oczom. Człowiek nigdy nie wiedział, gdzie pływa, co znajduje się pod nim, czy wczorajszy brzeg nie przesunął się o kilka metrów. Gdyby ktoś przejmował się naszym bezpieczeństwem, czerwona flaga wisiałaby codziennie w każdym miejscu, w którym można było się tam kąpać. Ale prawda była taka, że nikt nie obraziłby się, gdyby żwirowisko po prostu nas pochłonęło. Pływanie, jakkolwiek ryzykowne i głupie, nie było tu najlepsze – najlepsze były skoki. Pokazały mi, że byłem twardy jak kamień, niemożliwy do skruszenia, niezniszczalny. Pomyślałem o tym za którymś razem, kiedy wdarłem się pod powierzchnię, zszedłem w ciemność i chłód. Strach przeszedł w olśnienie, olśnienie w ulgę, a ona w błogość, którą przerwało dopiero kłucie w płucach. Kochałem, kiedy świat kurczył się do tych kilku sekund w powietrzu, kiedy był tylko bezwład, poddanie się i niepewność. Właściwie tamten dzień był przyjemny i pomyślałem, że w sumie można…

–   Dawaj kłykcie – wyrwał mnie z tych rozmyślań Mały Krzysiek.

–   Co?

– Chujów sto – syknął i pokazał palcem na stół, przy którym siedzieliśmy. Specjalnie wynieśliśmy go na dwór, żeby grać na powietrzu.

Na stole leżała moneta, a to bardzo źle – jeśli była moja kolej (a była), to powinna żyć, obracać się, poruszać. Minęły lata, zanim dowiedziałem się, że kłykcie to tak naprawdę knykcie. To raczej nie miało znaczenia, bo rozcinana skóra bolała tak samo. Oczy Krzyśka rozszerzyły się, czując nadciągający spektakl. Graj w głupie gry, wygrywaj głupie nagrody.

*** 

Krzysiek Król miał wspaniałe nazwisko i wiedział, na co go skazało. Przejął dzielnicowy tron po starszym bracie, rządząc dokładnie tak, jak rządzenie zostało wymyślone – niepodzielnie, niesprawiedliwie, za pomocą terroru pięści i przemocy, zagarniając wszystko, na czym tylko można było położyć łapę. W szkole kiblował tyle razy, że nie byliśmy nawet pewni, ile ma lat.

‘Mały Krzysiek’ – tak mówiliśmy na niego tylko między sobą, bo nikt normalny nie powiedziałby mu tego w twarz. Rzeczywiście był mały, ale te rozmiary do niego nie pasowały. Blizny wypisały cierpienie na szorstkiej i grubo ciosanej twarzy. Cerę miał spustoszoną trądzikiem, pożółkłą, bo palił tak dużo, jak tylko się dało. Kostki ciągle się goiły, z ran sączyła się krew, osocze, ropa albo coś innego, jeszcze bardziej obrzydliwego. Chyba cały jego syf znalazł ujście właśnie tamtędy. 

Król zawsze nosił przy sobie ulubioną pięciozłotówkę, a właściwie monetę, która kiedyś nią była. Teraz wyglądała zupełnie inaczej – pracował nad nią sobie tylko znanymi sposobami, ostrząc i strzępiąc krawędzie. Nawet patrząc można było poczuć ból, z którym przecinały skórę.

–   Będzie lepsza zabawa – mówił Król, przygryzając palce. Słowo ‘zabawa’ zwiastowało zbliżające się kłopoty.

Siadaliśmy naokoło stołu albo krzesła, czegokolwiek płaskiego i twardego, Król wyjmował monetę, przewracał ją w palcach i puszczał w ruch. Pstrykaliśmy delikatnie, jakby to było jadowite zwierzę albo coś wyjątkowo odrażającego. Wiedzieliśmy, co oznacza skucha i że w końcu ktoś się pomyli. Każdy znał tu swoją rolę. Daniel Pazik, piękny jak z obrazka, z tlenionymi blond włosami i białymi zębami. Kornel z rozbieganymi oczami i w szarych dresach, które przyrosły do jego nóg, z nazwiskiem, którego nikt nie mógł zapamiętać. Obły i pogrążony w lekkiej zadumie Jureczek, oddany fan lokalnego Orła, obcięty na grzyba. Inni, pojawiający się i znikający. Za każdym szła jakaś legenda, jak chmura zatrutego powietrza.

Wszyscy bez gadania kładli pięści na płaskim. Krzysiek szczerzył się, suszył zepsute zęby, a oni odwracali wzrok od ułamanych jedynek. Brał swojego piątaka w palce i strzelał, moneta sunęła tak, że trudno było złowić ruch. Potem był ból, syk, krople krwi i przekleństwa. Krzysiek oblizywał usta, śmiał się i ślinił. Byłby śmieszny, z wielkimi odstającymi uszami, małymi i złośliwymi oczkami, tubalnym głosem, jakby buczał ze środka pustej, wydrążonej skorupy. Byłby śmieszny, gdyby nie był tak straszny, że nawet po latach zdarzało mi się czuć obecność w zakamarkach miasteczka, do którego wracałem. Odcisnął swoje piętno na brudnej ławce, w śmierdzącej szczynami bramie, między przeżartymi rdzą przęsłami wiaduktu przy dworcu, przy pokruszonych i pomazanych ścianach niszczejących budynków, w stojącej w ulicznych dziurach wodzie.

Wyciągnąłem dłonie w stronę stołu. Nie spodziewałem się, że może mi się upiec, a już na pewno nie spodziewałem się, w jaki sposób do tego dojdzie.

***

Przed ławką, na której siedzieliśmy, były kałuże śliny, kapsle od butelek po oranżadzie i coli, patyczki po lodach, filtry od kiepów. Nie było potworów i porywających jęzorów, zębów gdzieś pod warstwą betonu. Czesio mógł więc zrobić coś innego niż czekać aż spod warstwy betonu wyłoni się jęzor. Mógł patrzeć w górę.

W tamten upalny dzień, oprócz słońca i chmur zobaczył coś innego – zobaczył lecącego człowieka. Spadał twarzą w dół, z taką obojętnością, jakby w ogóle nie chodziło o niego. Uderzył z głuchym pacnięciem, jakby o beton walnęła przejrzała dynia albo zgniły pomidor.

Poderwaliśmy się z ławki dopiero po chwili, komuś wypadła z rąk butelka i rozbiła się, ktoś inny zaczął krzyczeć, okna otwierały się szeroko i pojawiały się w nich twarze. To były miejsca w pierwszym rzędzie, a nasze miasteczko kochało podobne spektakle.

Ten obrazek wracał do mnie – czasem widziałem powyginane bez ładu i składu kończyny, doczepione do czegoś zakrwawionego. Innym razem dłoń, która przesuwała się po betonie. Sięgające po coś palce. Niekiedy wydawało mi się, że to nawet się nie wydarzyło, ale wtedy pojawiał się głos Krzyśka Króla, wchodzący w mózg jak szpikulec do lobotomii.

–   PA NA TO –  wydarł się, trochę parsknął, trochę zarżał, patrząc tak, jakby to był najpiękniejszy widok w jego życiu. Zapomniał nawet o mnie i o swojej monecie – a przynajmniej miałem taką nadzieję.

***

Wieczorem, kiedy chmury pochyliły się nad naszym blokiem, Głupi Czesio wymknął się z mieszkania, szedł po schodach, wsłuchując się w odgłosy sąsiadów, w oddechy, krzyki, płacz, w muzykę i hiszpańskie dialogi telenowel. Patrzył przez okno na ostatnim piętrze, widział miejsce, gdzie ten facet upadł. Nikt nie powiedział nam, kim był.

Deszcz robił, co mógł, by zmyć krew. Jakaś mała sylwetka krążyła po podwórku, szukając czegoś. Znałem ten krok, poznawałem elektryczne, nerwowe ruchy. Krzysiek Król szukał swojej pięciozłotówki, która tkwiła u mnie w kieszeni.

***

Czasem przed skokiem krzyczałem, że idzie fala powodziowa, a potem wchodziłem w wodę tak, żeby plusk był jak największy. Śmiałem się sam, zanim robili to inni, którzy czekali na brzegu. Byłem wielorybem, płetwalem błękitnym, hipopotamem, wszystkimi wielkimi wodnymi zwierzętami, które kojarzyły się z rozmiarem i nieporadnością. Były właśnie takie w konkretnym celu i lepiej radziły sobie dlatego, bo są jakie są.

Kaszalot, finwal, humbak – uczyłem się nowych nazw, czytałem o wielorybach i wszystkich potężnych morskich stworzeniach, jakby miało to odkryć przede mną jakąś tajemnicę. Wiedziałem więcej niż inni o zwierzętach mórz i oceanów, o głębi i otchłani, o wszystkim, co czai się tam czai. Te zagrożenia było daleko. Z okna widziałem dachy okolicznych bloków, panoramę miasteczka, macki torów, rozlewające się po okolicy, chcące złapać i przyciągnąć do siebie odległe, wspaniałe rzeczy. Perspektywy, możliwości, dostatek. Pojęcia ze świata, który odwrócił się plecami.

Zanim wybijesz się z krawędzi, musisz rzucić coś w dół. Niektórzy mówią, że to po to, żeby złagodzić napięcie powierzchniowe, inni, że łatwiej zobaczyć falującą wodę i ocenić dystans. To mógł być najwyższy skok, jaki oddałem. W dłoni trzymałem monetę z ostrymi krawędziami. Czesio miał wzrok czujny jak nigdy i bałem się, że skoczy za nią, kiedy cisnę ją do żwirowiska. Pięknie leciała, wziąłem rozbieg i poszedłem w jej ślady. Krzysiek Król patrzył. Topielce wyciągały ręce.