Coś wzburzało naszymi kłączami, z przejęcia nastawiłyśmy je pod samo sklepienie. Nadstawiłyśmy czujki, choć ten ruch był tak oczywisty. Spodziewałyśmy się go, i gdy się ujawnił, po prostu chłonęłyśmy go, gorzko napawając się pewnością. Nocą byli jeszcze daleko, zbierałyśmy drgania od tych kłączy, które roiły się przy wybuchach. Choć zbliżają się szybko, to idą wolno. Ruch się rozpada i dławi. Ciężko wali w podłoże, a my, skupione pod sklepieniem, czujemy go jak tąpnięcia, upuszczanie porcji życia i porzucanie go jak niepotrzebnego bagażu. Gdy przetaczają się nad nami, gdy depczą nas przygnieceni własnymi ciałami, zaczynamy się dusić i wynurzamy wypustki na powierzchnię.
Dziesiątki tysięcy stóp, każda drży pod objuczonym ciałem, jakby sami siebie nieśli na plecach. Fioletowe słońce pali przezroczyste skóry, chroni je tylko pot i pył ze skruszonej skały. Drżą ususzone dłonie, uwiędnięte karki. To nie wędrówka, a ucieczka – smolista, oblepiona jak brudne rany. Oni mówią: „żeby przyszedł koniec z następnym krokiem. Żeby przyszedł mój koniec”. Ściskają się w grona, zlepiają ramionami, wrastają im w barki młode, może żeby to, co w nich krąży zlać w jeden organizm. Między twarzami oddechy, są napęczniałe od mowy, której nie potrafią wydalić. Złogi odkładają się w spuchniętych kostkach, spowalniają, usztywniają. Kiedy ktoś pada, pada następny i kolejny. Pod powierzchnią ciągniemy do leżącego ciała, dotykamy. Jednie podniosą się i będą szły dalej, inne już tu zostaną.
Siostry wypuszczają sprężyste odnogi, wystarczy przełamać, żeby wyssać soki. Oni sięgają, podają najmłodszym i najstarszym, ale wtedy rozlegają się strzały. „To nasze”, wołają nowi, żołnierze. „Nic z tej ziemi nie należy do was i nigdy nie należało”. Wciskamy się pod powierzchnię przed ich głosem, palącym fioletem, wibrujemy razem z krokami tych nad nami.
Nadchodzi kopuła miasta, zbliża się do nich oblężona brama. To przystanek – biegną pod kopułę, gdzie nie dociera zabójczy fiolet, za to panuje wojskowy chaos. Wciskają się do mieszkań, dajcie pić, jeść, ale my nic nie mamy, tu jest piekło, nie wiecie, gdzie gdzie trafiliście? Zaraz stąd uciekamy, nie, nie róbcie tego, ten marsz to gorsze niż dać się zabić, nie, miasto się poddaje, nie, zostańcie tutaj, przeczekajmy, za dzień dwa wrócimy pod swoje kopuły, a wy odzyskacie miasto.
Przykładamy czujki do sklepienia, zbieramy dźwięki. Ich osady nie istnieją, nie wiedzą o tym. Najdalsze kłącza drgały nam od wybuchów, końcówki odnóży spaliły się w fioletowym ogniu. Nie wiedzą nic o zniszczonych uprawach, a nas piekły wszystkie wyrostki. Oni mają nigdy nie wrócić, nie wiedzą o tym, ani tego, że mają zostać wymazani. My odkryłyśmy to z pierwszą spaloną osadą, zostawiamy więc znaki dla powracających. Wszędzie, gdzie dogasa ogień, a fioletowe wichry wdzierają się do zniszczonych kopuł, siostry o najtrwalszych odnóżach, o niezniszczalnych powłokach, wypuszczają pałąki pokryte igłami. Odporne na fiolet, ogień, nie dadzą się stłamsić nawet obcym korzeniom zasadzonych lasów. Zostawiamy znaki, choć oni nic jeszcze o wiedzą.
Wielu ucieka z miasta porwistym nurtem, który oddala się od kopuły, znów w palącym fiolecie, w gorączce, w wołaniu, żeby tylko nie stracić się z oczu, być jednym, nie zawracać. Ci, co zostali, drżą pod kulami. Nagle łomot, opuszczać mieszkania, zebrać się w świątyni. Wystawiamy rozłogi pod samo sklepienie, huczy od wstrząsów i strzałów, padają, padają, padają zwalają się całe gromady, ziemia obsypuje się nam na członki od tych upadków, ciało to wiele kilogramów płynów i twardej tkanki. Przesuwamy czujki od jednego do drugiego, ale żadne nie wibruje choćby cząstką materii. Piach wchłania ciepłe, lepiące soki, znów dusimy się od nadmiaru, wypuszczamy odnóża na powierzchnię, pełzniemy po ciałach, ku bramie świątyni. Tam cicho i ciemno, suniemy posadzką. Wspinamy się po ręce starej kobiety, żyły jak nasze odłogi. Zaglądamy do ust, dalej pełzniemy starcem, po dziewczynie, przez dziurę w czaszce do mężczyzny, i dalej, i wyżej, pełzniemy już po ścianach, po wilgotnej, ciepłej tkance. Chowamy się pod ziemią, żeby sprawdzić, co za bramą.
Gdzieś się tli trochę życia, czuć je przy sklepieniu, gdzieś się gromadzi. Przystawiamy kłącza, czujki drżą jak porażone, wskazują tam, poza kopułą robi się coraz tłoczniej, tam coś fermentuje, tam jest wysokie stężenie rozpaczy, żywi ciągną, a może są spychami, formują się w kwadrat o równych bokach, w jednym miejscu tyle chwiejących się postaci, wynurzamy się na skraju kwadratu, żeby je zobaczyć. Odnóża wspinają się powoli spiralnym ruchem. Czujnie badamy, jak się mają sprawy w płonącym fiolecie: stopy, kolana, plecy ściśnięte na placu. Nagle ból, coś nas pali, coś rozrywa nam tkankę. Szybko, pod ziemię. To był drut kolczasty.
„Ghèto” – tak nazywają to miejsce nowi, żołnierze, których rwane ruchy zdradzają, że chyba nie wiedzą, co dalej robić z żywymi. Drut będzie zakreślał granicę ich życia przez cały kolejny cykl wegetacji. Kiedy zniknie, żywi nadal będą musieli tu tkwić. Odtąd ruch stanie się nielegalny. Będą mogli albo uciekać, albo stać, czekać, umykać, ale nie wędrować, wzrastać, wić się, ani piąć do taktu naszych drgań, jak to dawniej robili na oswojonych ziemiach. Żołnierze posyłają niektórych pod kopułę do sprzątania martwych, których ciała wciskają potem między nasze wicie i pędy. Robimy im miejsce, przyjmujemy.
Wynurzamy się z rzadka, wtedy gdy kroki strażników się oddalają. Siostry wypuszczają w granicach drutu swoje twarde pałąki z kolcami, te same, co w spalonych osadach, rozpięte pod powierzchnią od tam do tu, zostawiają znaki.
Inspiracją do tekstu były zdarzenia opisane przez Iliasa Churiego w powieści Dzieci getta. Mam na imię Adam, praca Aż staliśmy się ogniem, a ogień nami Basela Abbasa i Ruanne Abou-Rahme zaprezentowana w ramach wystawy Bliski wchód, daleki zachód w MSN w Warszawie oraz książka Raji Shehadeha Palestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie.