Faza Bieżąca – Pogrążeni w „Chamstwie”. O książce Kacpra Pobłockiego

Jarek Skurzyński

Czytałem Chamstwo i czułem, jak rośnie we mnie taki wkurw, że co chwila muszę przymykać oczy i brać kilka głębszych oddechów. Na historiach w podstawówkach i liceach takich rzeczy mnie nie uczono, powtarzali: żywot chłopa pańszczyźnianego był trudny, ale jaki ten żywot dokładnie był – tego nikt nie mówił.

Nie dajmy się jednak zwieść, że Chamstwo jest książką historyczną. Że to wszystko było i możemy sobie powiedzieć: to tylko historia i przewracać kartki z apatią człowieka czytającego Żywoty cezarów. Radzę to czytać jako alegoryczną opowieść o dzisiejszych czasach.

Chamstwo nie jest lekcją historii, o nie, nie; nie myślcie sobie, że to takie proste i banalne. Że Pobłocki wziął i historię spisał. Nie, nie spisał, na całe szczęście tego nie zrobił, ale dał od siebie bardzo intymny ukryty komentarz, można go wygrzebywać spomiędzy słów, zdań, akapitów, bo te palimpsestowe komentarze są najlepszym spoiwem Chamstwa – łączą tamtą z naszą dzisiejszą karykaturą rzeczywistości. Żyjemy w chamstwie 2.0, niby wszystko się pozmieniało, niby są te wszystkie konsumenckie udogodnienia życia, czerpania wody, zabawy, mycia zębów, podcierania sobie tyłka, prania, gotowania, podróżowania, ale… jakby nic się nie zmieniło, jakby ciągle śpimy w tych kurnych chatach i przed panami się kłaniamy. Bo niby że dzisiaj nie robimy na pańszczyźnie, tak? Nie rozśmieszajcie mnie. Zapierdalamy na panów z cygarami w sinych od alkoholu ustach… Tylko nam się dzisiaj mentalność zmieniła, bo tamten chłop odrabiał pańszczyznę i się tym nie szczycił, a my dzisiaj lubimy naszych panów. Naprawdę ich kochamy i szanujemy, bo przecież dają nam możliwość świętej pracy. A oni włożyli nam po prostu głęboko w dupy kije, na których wodzą nas od drzwi fabryki do drzwi domu, sadzają nas przy stołach, wpychają w nas te wszystkie klatko-droby wychodowane w takim ścisku, że aż dziw bierze, że te kury nie są kwadratowe, nie martwimy się o klimat, o nic się nie martwimy, bo wszystko jakoś będzie i przecież to nas nie obchodzi – spokojni, objedzeni świnio-krowimi paluszkami rybnymi zapadamy w dogmatyczny sen: przyjmujemy całą papkę, jaką nam nasze kochane współczesne pany wlewają. I śnimy.

Poniosło mnie, ale właśnie takie stany Chamstwo wywołuje, uaktywnia lawinę emocji i uczuć. Na tym polega wybitność pisania Pobłockiego, że niby naukowo, spokojnie i bezemocjonalnie, ale w czytelniku wybucha, wrze i podcina korzenie i korzonki naszej dotychczasowej wiedzy.

Ale historia Chamstwa jest nie tylko o tym, bo gdyby była tylko o tym, to byłaby na dłuższą metę nudna, bo przecież już się tyle o tym pisze… Chamstwo jest też o niesprawiedliwości i o złu, i to nie tylko systemowym złu, że wyższa klasa wykorzystuje niższą, o nie, nie. Tutaj jest o złu i niesprawiedliwości o znacznie mocniejszych korzeniach, takich meta-fizycznych, których gołym okiem nie dostrzeżesz, a przynajmniej bardzo o takie widzenie trudno, dlatego tego typu zło rośnie jak pomidory nawożone potasem i azotem. To zło tak jest przejmujące, że oblepia cię całego jak pot, chcesz go zmyć, ale zaraz na powrót się pojawia. Chcesz uciec, ale gdzie? Przecież od takiego zła się nie da uciec. I to zło przeniknęło do naszych czasów. Bo…

W jaki sposób człowiek stawał się przedmiotem? Punktem wyjścia, jak zawsze w pańszczyźnianym świecie, było bicie. To w aktach przemocy dochodziło do transformacji żywej istoty w bierne, zamarłe ciało. (s. 44)

Człowiek bity stawał się chodzącym trupem. Nie, nie zombie, bo ono mogło kąsać, niektóre nawet biegały. Ale trupem, martwym ciałem, które stawało się już rzeczą, a nie osobą, odpadem, resztką, czymś nieistotnym, co można spalić, zakopać, wyrzucić. To ciało jednak było tak bite, że próbowało zniknąć:

W obliczu przemocy człowiek zastyga. Próbuje zniknąć, anulować swoje istnienie. Wzrok staje się wygasły, odległy. Nieobecność jest bronią bezbronnych. Nie da się przecież pobić kogoś, kogo nie ma.

To znikanie nie jest znikaniem rzeczywistym, nie jest czarodziejską sztuczką, bo okrucieństwo nie jest sztuczką, jest przyczyną zamiany człowieka w rzecz. Okrucieństwo, agresja i bicie robią z ofiary przedmiot. To jest właśnie to zło, które istnieje od zawsze. Nie łudźmy się, że my na nim nie wyrośliśmy, że go nie znamy, że nas nie dotyczy. Na tym okrucieństwie rosła jak gruszka pękata idea wolnościowa, że „każdy może czynić, jak mu się podoba” (str. 82). O tak, wielu lubi stosować tę liberalną zasadę na swoim poletku. Banalna, prosta i tłumacząca wszystko. Wszystko. Każdy akt agresji można zasypać dowolną liberalną zasadą. Pobłocki mocno smaga liberalne zasady, bardzo mocno. Nie bez racji, bo jak pisze:

Oto kolejny paradoks rewolucji okrucieństwa, epoki kaźni i intensyfikacji pracy: w czasie, kiedy rozkwit przeżywały różne formy nowożytnej niewoli, rozwijał się zarazem liberalizm. Jest to jednak paradoks pozorny: niewola jednych była warunkiem koniecznym wolności drugich. Obie wynikały z instytucji własności. W myśl doktryny liberalnej, przypomina historyk (D.B. Davis – przyp. J.S.), „prawo uznawało niewolników za własność, a własność za podstawę wolności”. Posiadanie na wyłączność ciał roboczych stanowiło źródło bogactwa, które gwarantowało panom tak dużo swobody. Pan mógł zajmować się tym, na co tylko miał ochotę, bo na jego byt pracowali niewolnicy. (str. 83)

Dobrze znamy z dzisiejszej rzeczywistości te zasady przemiany własności w ideę wolnościową. Posiadanie rzeczy nie jest takie niewinne, jak to by nam się wydawało. Posiadanie w ogóle kojarzy się wielu z wolnością: posiadam, więc jestem wolny. Posiadam, więc istnieję. Już nie: konsumuję, więc jestem, ale coś znacznie mocniejszego, coś, co tak przenika istotę człowieka od początku jej istnienia, że wydaje się być czymś naturalnym, tak naturalnym, że liberalne hasło własności jako podstawa wolności wydaje się być nienaruszalne, aksjomatyczne, pierwotne. Ale te rzeczy ktoś musiał wykonać, a tych rzeczy jest nieprzeliczalna ilość (choć prawem rynku wszystko da się przeliczyć) – i może byłby to kolejny paradoks, gdyby nie fakt, że te rzeczy powstają w nieskończoność, jedne zmieniają się w inne, przechodzą udoskonalenia, rozpadają się, ale zaraz zastępują je nowe, inne, wspanialsze, lepsze, a każda z nich krzyczy: masz prawo mnie posiadać! Przestaliśmy widzieć za tą rzeczą człowieka. Miliony ludzi, którzy produkują, wytwarzają. I nawet mi się nie chce mówić, dlaczego gospodarczo, politycznie, etycznie i społecznie jest to złe. A przez to głupie przeświadczenie o prawie do posiadania, które wyrosło i rośnie nadal na okrucieństwie, wyzysku i przemocy (politycznej, handlowej i tej cielesnej też), zamieniamy człowieka w rzecz na tej samej zasadzie, na której kiedyś pan zamieniał w nic nieznaczący grat pracującego na niego chłopa. A z rzeczą można zrobić wszystko.

Pobłocki nie moralizuje, nie przyciska. Pisze mocno. Posługuje się obrazami, nie teoretyzuje, nie wywleka tucznych byków z filozoficznej stajni. Nie ma takiej potrzeby. Bo jeśli pisze się o przemocy (społecznej, kulturowej i fizycznej) to nie ma sensu ubierać tego w odhumanizujące politologiczno-filozoficzne dyrdymały. I to jest dobra rzecz u Pobłockiego – konkretnie i bez retuszu. Prosto w ryj.

Kacper Pobłocki, Chamstwo (Wydawnictwo Czarne, 2021)

Ilustracja: Piotr Marzec


Jarek Skurzyński – (1980), filozof, bibliofil, pisarz, zombista i fan Stargate SG-1. Mieszka na pograniczu wszystkiego – w kamienicy i w Szczecinie.

Piotr Marzec – rysuję komiksy. Wydałem w selfpublishingu Sweet-ass dudes like us, które w ZOZO dostały nagrodę Złotego Kurczaka za najlepszy scenariusz i komiks roku oraz nagrodę Maszin za komiks roku. Komiks w wersji 2.0 jako Słodkie chłopaki ukaże się w tym roku w wydawnictwie Kultura Gniewu – właśnie to cisnę. Urodziłem się w Myślenicach. Dyplom na ASP zrobiłem u Bałki – a to podobno daje licencję na robienie rzeczy.