Faza Bieżąca – Oswajanie głodu. O diecie pudełkowej, jodze na dachu i „Sweat” Magnusa von Horna

Na początku było jajko. Owijałam je ciasno w serwetkę i przed wyjściem z domu wrzucałam na dno torebki. Od jakiegoś czasu nosiłam je ze sobą w takiej formie bardzo często: ugotowane na twardo i obrane, gotowe do natychmiastowego zjedzenia, gdyby w ciągu dnia naszedł mnie nagły napad głodu. Jajko jest pod wieloma względami idealne: niewielkie, niskokaloryczne (na twardo tylko 70 kalorii), a dzięki wysokiej zawartości białka szybko i skutecznie syci. Trzeba tylko pamiętać, by zbyt długo nie zalegało w pojemniku, no i żeby na skorupce posiadało cyferkę „zero”.  Brałam je ze sobą do toalety restauracji lub baru i tam zjadałam w pośpiechu, aby potem jak gdyby nigdy nic wrócić do stolika, przy którym siedziała osoba, z którą umówiłam się na obiad albo lampkę wina (czerwone – 85 kcal, białe – 110 kcal). W tamtym czasie częściej to drugie; nieznany skład restauracyjnego jedzenia wzbudzał moje podejrzenia, zresztą i tak nie miałam wtedy tyle pieniędzy, aby móc pozwolić sobie jednocześnie na danie, nawet najprostsze, oraz na alkohol. Taka forma pozwalała mi kontrolować zarówno wydatki, jak i ilość spożywanych kalorii; zabijałam głód i możliwie najniższym kosztem serwowałam sobie szum procentów w głowie, w końcu alkohol szybciej uderza na pusty – albo prawie pusty, bo wypełnionym przecież tylko mieszanką białka i żółtka – żołądek. Poza tym, czerwone wino ma przecież potwierdzone naukowo właściwości zdrowotne, jeśli pije się je w racjonalnych ilościach. Czułam się bardzo sprytna: po około dwudziestu, trzydziestu minutach wrażenie głodu znikało, a mózg przyzwyczajał się do myśli, że otrzymał już cały posiłek. Miałam spokój. Byłam zadowolona. W końcu nawet w sałatce, nad której zamówieniem się przez chwilę zastanawiałam, mogło wylądować za dużo podejrzanego dressingu (a im w restauracjach nigdy nie należy ufać – potwierdzą to wszyscy na diecie); sosy nie dość, że potrafią zabić cały sens zieleniny, z założenia zdrowej i niskokalorycznej, to prawdopodobnie zawierają pełno sztucznych barwników i emulgatorów. A chemii w potrawach wystrzegałam się jeszcze silniej niż tłuszczu.

Przez prawie dwa lata nie byłam w stanie zjeść nic, co mogło zawierać niejasne składniki, powtarzałam sobie, powtarzałam wszystkim wokół: sztuką dobrej diety nie jest niejedzenie, jest jedzenie do bólu przemyślane i zbilansowane, zdrowe i uważne. Po intensywnym treningu miałam zwyczaj żuć przez kilkanaście minut garstkę migdałów (90 kcal), co – w moim mniemaniu – pozwalało w zrównoważony sposób uzupełnić poziom dobrych kalorii i skutecznie zregenerować mięśnie. No i zabić głód. Dzięki diecie nauczyłam się analizować złożoność struktury orzechów, rozróżniać delikatne niuanse w konsystencjach kasz, przeżuwać kęs ugotowanej na parze ryby nie 30, a 50 razy. A już w ogóle fantastycznie szło mi rozkładanie na na czynniki pierwsze produktów z czarnej listy – lodów straciatella albo pojedynczej kostki czekolady, której pozwalam spokojnie rozpuścić się na języku, aby ta (dawkowana) przyjemność mogła trwać jak najdłużej. Dieta jako sztuka uważności – trochę jak słynne wiśnie u Jolanty Brach-Czajny. Tylko że jednak inaczej. Paradoksalnie, w tym szaleństwie była przecież jakaś metoda – czujność i samodyscyplina sprawiły, że nigdy nie chodziłam głodna (co z tego, że zawsze czułam się lekko niedojedzona, a żołądek skurczył mi się na tyle, że mogłam poczuć sytość nawet po zjedzeniu dwóch jabłek). Waga spadała, a ja troskliwe pytania związane z utratą kilogramów konsekwentnie brałam za komplementy. W ciągu pół roku udało mi się „przypadkiem” zgubić ponad 12 kilo; i pewnie nadal bym chudła, gdybym pewnego samotnego wieczoru nie zasłabła w wannie i nie dostała od tego napadu paniki, że, być może, nieumyślnie, a przecież tak bardzo odczuwalnie, zamiast służyć swojemu #goodvibesonly, #healthylifestyle i #wellbeing, tak naprawdę robię sobie krzywdę.

Epizod jedzenia jajka w ubikacji krakowskiego Bunkra Sztuki podczas pierwszych lat studiów przypomniał mi się nagle w trakcie oglądania Sweat Magnusa von Horna. Jest w nim scena, w którym główna bohaterka, popularna influencerka fitnessu Sylwia Zając, przyjeżdża na urodzinowy obiad do mieszkania rodziców. Domowe jedzenie na talerzu wzbudza jej podejrzenie: coś tam jeszcze próbuje dziobać ziemniaki na talerzu, żeby mamie nie było przykro, ale gdy tylko nadarza się chwila samotności, z torby natychmiast wyciąga jedno z zamówionych pudełek z obiadem, aby z czystym sumieniem zjeść coś, czego skład jest jasny, zbilansowany i niskokaloryczny. To pudełko jest może rekwizytem drugoplanowym, w tamtej scenie w zasadzie ilustracyjnym i uzupełniającym, jednak dla mnie: znamiennym, bo wskazującym na Sylwii Zając rodzaj relacji z życiem. Jedzenie będzie tu zawsze traktowane jako narzędzie, a nie upust, wzruszenie dla ciała; przymus, który ma służyć wyłącznie zabijaniu głodu i dostarczaniu organizmowi koniecznej energii, pozwalającej na realizację postawionych sobie celów. Jeden kawałek ciasta ci przecież nie zaszkodzi, chwilę później powie do Sylwii ojciec – i w tym momencie wiem, że choć daleko mi do influencerek, tym bardziej świata fitnessu, to mentalnie jesteśmy, byłyśmy z Sylwią i milionami innych dziewczyn, dokładnie w tym samym punkcie: niewytłumaczalnego poczucia winy, związanego z potencjalnym złamaniem złożonych sobie postanowień, wyniszczającym widmem słabości charakteru, a na pewnym etapie wręcz fizycznej niemożności przełknięcia produktów umieszczonych przez mózg na liście „zakazane” (a mogą na nią trafić towary nawet najbardziej niepozorne, takie jak banany, suszone owoce czy oliwa z oliwek). Tu nigdy nie chodzi o ten jeden kawałek ciasta: tu chodzi o całe życie.

Beznamiętne, pragmatyczne posiłki wyznaczają rytm doby Sylwii Zając, tak jak i wyznaczały niegdyś rytm mojego dnia; i choć jedzenie nie stoi w centrum filmu von Horna, to mam wrażenie, że to właśnie ten wątek poboczny ukradkiem porządkuje jego strukturę. Promowana przez influencerkę dieta pudełkowa mojemu przeszłemu, jednak wciąż jeszcze gdzieś tam złośliwie rezonującemu „ja” wydaje się całkiem sensownym rozwiązaniem, i to przeszłe „ja” trochę żałuje, że opcja kompleksowo zamawianych posiłków nie była tak łatwo dostępna dekadę temu, kiedy sama przechodziłam przez – na szczęście krótki, choć efektowny – epizod ortoreksji. Pudełko brzmi jak wybór idealny dla osób z zaburzeniami żywienia: odpowiednio sprofilowane kalorycznie dania, dostarczane co świt pod próg drzwi,  zwalniają przecież z odpowiedzialności myślenia o porze i składzie jedzenia, a pozwalają na (pozorne) posiadanie (całej) siebie pod kontrolą. Jeśli dodasz do tego przemyślaną, wykalkulowaną liczbę treningów, co jeszcze może cię złamać? A przynajmniej twoją dyscyplinę, twoją posturę, twoją – tak często przecież nieposłuszną – fizyczność? Od czegoś w końcu trzeba zacząć. I tak to właśnie wygląda: kalkulacja, rezygnacja, a w przypadku Zając – także monetyzacja. Zaakceptuj, zapętl, nagraj, repeat forever.

Z jednej strony wyrzeczenie, a z drugiej przecież – naddatek. Sweat, pot, mokrość, smród, lepka fizjonomia i efekt uboczny trudu, który miesza się z ciągłym niedosytem i stanowi tu nie tylko skutek ponadprzeciętnego wysiłku, ale też przypieczętowanie dojmującego braku bliskości; dowód mechanicznego, uprzedmiotowiającego kobietę męskiego podniecenia. Po prostu ohydny, śmierdzący bebech ludzki — łzawi, krwawi, prątkuje, spermkuje, mra i głobi na tysiące sposobów, napisał kiedyś Witkacy w Niemytych duszach, mając zapewne na myśli treningowego partnera Zając, Klaudiusza. Na poziomie fabularnym Sweat można streścić w zasadzie  kilkoma plakatowymi hasłami, i rozrysować sobie między nimi barwne przyczynowo-skutkowe strzałki, rozchodzące się jednak w dowolnym kierunku: jest więc influencerka, jej 600 tysięcy obserwujących, ciało/piękno/młodość (kolejność dowolna),  koktajle (zielone), treningi (w centrach handlowych), łzy (wzruszenia kobiet); trzy dni, konfesyjny filmik w sieci, oburzenie opinii publicznej; w końcu kryzys, samotność, bunt. Czy są więc perypetie Sylwii Z. ostentacyjną przypowieścią o tym, o czym już sami byśmy wcześniej nie wiedzieli – czyli o obłędzie mediów społecznościowych, które dając nam wolność wypowiedzi, jednocześnie narzucają tej wolności granice? Że nie ma ucieczki od filtra, jak tylko w inny filtr?  Pewnie, moglibyśmy, ale ograniczenie się do tego podstawowego poziomu historii i jej interpretacji byłoby krzywdzące, bo mam wrażenie, że cały anegdotyczny kleik, całe spoiwo tej pretekstowej opowiastki kryje się nie w obrazach, przez które wszyscy jesteśmy dzień w dzień zniewalani, a w przestrzeni gdzieś pomiędzy: w zdystansowanej, żeby nie powiedzieć – humanistycznej reżyserii, w czujnych kadrach Michała Dymka, albo właśnie w tych wypieranych, ale natrętnych myślach,  przywołanych wszem i wobec przez niezręczne łzy Zając. Jej przypadek to skojarzenie z nagłówkami Pudelka, opisami Instagrama, opowieściami o znajomych znajomych, w końcu: wspomnienie nieszczęsnego jajka z dna torebki, które do nas – do mnie – wraca po latach ze zdwojoną siłą.

Albo ta ukryta fizjologiczność filmu. Surowość i precyzję debiutanckiego „Intruza” Von Horn podlał emocjami, które działają trochę jak zasłona dymna, mająca ukryć wciąż wyczuwalny, skandynawski dystans, daleki od wartościowania ukazywanego świata. Przez to „Sweat” samo działa trochę jak media społecznościowe: skraca perspektywę, a przybliża detal.  Van Horn znów w centrum wydarzeń stawia postać ambiwalentną, niejednoznaczną moralnie i wartościowaną przez swoją zewnętrzną reputację; osobę, którą przyzwyczailiśmy się poznawać zapośredniczoną przez plotki, pomówienia lub relacje medialne. W świetnym „Intruzie”bohaterem był nieletni chłopak, mający na sumieniu tragiczną zbrodnię w afekcie, która – mimo odbycia kary w poprawczaku  – skazała go na wykluczenie w lokalnej społeczności; w Sweat będzie to celebrytka, do złudzenia przypominająca inną znaną celebrytkę, oglądana tym razem nie podczas rytualnego scrollingu Instagrama przed snem, a pod kołdrą w zupełnie przeciętnych domowych pieleszach, bez makijażu, za to ze łzami samotności w oczach. Bo że jest to film o samotności właśnie, zresztą w dość ewidentny sposób, tego chyba nie trzeba dodawać; co jednak moim zdaniem zdecydowanie ciekawsze, to opowieść o źródle i  granicach tej samotności, oraz społecznego przyzwolenia na nią. Stoi za tym, zapewne dość naiwna, ale przecież szczera konstatacja, że życie influencera to nie (zawsze) bułka z masłem, a właśnie ten suchy, zupełnie nieseksowny listek sałaty, który Zając co świt będzie przeżuwać w milczeniu, wpatrując się w przestrzeń zabudowanego, ale chyba jednak niezbyt dobrze strzeżonego osiedla na tyłach wolskiego parku biurowego.

Od kilku dni zastanawiam się, w którym punkcie usytuować Sylwię Zając, i w ogóle wydźwięk całego filmu Szweda,w kontekście ostatnich dyskusji o #bodypositivity, zwiększającej się świadomości  na temat  zdrowia psychicznego, czy po prostu rosnącego w siłę instagramowego daily feminizmu w wydaniu Mai Staśko, Kasi Koczułap (kasia_coztymseksem) czy Pauliny Zagórskiej (Doktorki Nieuczki). I im więcej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że Sylwia Zając to po prostu kolejna ofiara współtworzonego przez siebie systemu, która z całą szczerością (żeby nie powiedzieć – naiwnością) charakteru i dobroduszną wiarą w sensowność promowanego przez siebie stylu życia przyjmuje tę sztucznie sklejoną z kapitalistyczno-medialnych imaginariów rolę, i to w nich szuka przestrzeni (samo)akceptacji. Fitness staje się ucieczką od kompleksów i bycia niewystarczającą (ich źródła von Horn dopatruje się, bez zaskoczeń, w domu rodzinnym i relacji ze stereotypowo nieczułą matką). Wszystko wskazuje na to, że influencerka szczerze się w tej przestrzeni odnajduje, inaczej jej przekaz nie miałby takiej siły oddziaływania, nie zarażałby kobiet, nie zmusiłby ich do potu. Jeśli Zając ma świadomość, że uczestniczy w bladze – nad czym zastanawia się Michał Walkiewicz na łamach Dwutygodnika – to jest to świadomość przyszła, dopiero nadchodząca. Bliżej mi jednak do koncepcji, że celebrytka stała się ofiarą tego samego ogłupiającego i angażującego mechanizmu self-brandingu, co na przykład Instamama Aga Kaczor, której ciągle jeszcze ciepły wpis na Instagramie, krytykujący “modę na brzydotę” wzburzył tysiące tych kobiet, znajdujących się już – na szczęście – po drugiej stronie tego wykrzywiającego rzeczywistość, społecznościowego lustra. Stąd też mój opór na burzliwą reakcję światka celebrytki za złamanie owego decorum idealności i medialnego spektaklu; jestem przekonana, że przy obecnych trendach jej wstydliwy filmik spotkałby się z dużo większym zrozumieniem. Polski internet anno domini 2021 ma już szczerze dość idealnych ciał i trybu rozkazującego: domaga się normalizacji różnorodności, szczerości, przyzwolenia na porzucenie najlepszych wersji siebie. Zmiana paradygmatu ma, jak sądzę, związek z ostatnimi wydarzeniami w Polsce, w tym z protestami kobiet – przecież jeszcze kilka lat temu, być może w momencie rozpoczynania prac nad scenariuszem Sweat, w centrum dyskursu o aktywności fizycznej stała ekspozycja przemian ciała „przed-po” i przekonanie, że dobry trening jest w stanie uczynić życie każdej kobiety lepszym; wystarczy, byś tylko go odkryła, a wszystkie Sylwie Zając świata staną ci się czułymi przewodniczkami w tym procesie. Film dobrze wychwytuje ten moment. Dziś jednak jesteśmy o krok dalej: mainstreamowy trend z energicznej Kayli Itsines w aplikacji „Sweat”(#sic) czy szczupłej już dwa tygodnie po ciąży Anny Lewandowskiej zmienia się na Julię Wieniawę, promującą na fali #selfcare kolejną ze swoich marek (tym razem z ciuchami do jogi i świeczkami do medytacji – #sic2). „Sweat” demaskuje trening jako narzędzie marketingowe, warto mieć jednak z tyłu głowy, że tym samym procesom podlegają aktywności pozornie znajdujące się na drugim biegunie; że skręt w stronę jogi na dachu, mindfulness, olejków CBD skrapianych pod język i astrologiijest znamiennym skrętem w zapewne lepszą stronę, ale skrętem, który sam w sobie jest jednocześnie przepracowywaniem i elementem przepracowywania. I nie mówię, że świeczki Wieniawy nie działają kojąco, a sport nie poprawia samopoczucia, bo przecież faktycznie poprawia. Sama także z zachwytem oglądam nowe kampanie LEMISS,  a w przeszłości nieraz czułam się fantastycznie w momentach uzależnienia od ruchu i miałam ochotę dzielić się tym stanem z całym światem. To zresztą emocja, z którą zostawia nas finał filmu von Horna: pomimo całej medialnej otoczki, pot jest jednak prawdziwy i może przynosić oczyszczającą ulgę. Chcę tylko powiedzieć, że granica, choć przesunięta z powodu zmiany dyskursu, na który wpływ miały owe jakże oczerniane media społecznościowe, nadal jest niewyraźna, i trzeba o nią walczyć. I mam przeczucie, że ani Ewa Chodakowska, ani Julia Wieniawa, ani Sylwia Zając nie powinny być na dłuższą metę żadnymi czułymi przewodniczkami, posługując się empikowym tytułem bestsellera Natalii de Barbaro.

Już naprawdę na sam koniec wrócę jeszcze do nieszczęsnego jajka. Dekadę po tym wstydliwym epizodzie, o którym po raz pierwszy dzielę się z kimkolwiek na łamach tego tekstu, za sprawą filmu von Horna przypominam sobie, jak bardzo potrzebne są takie wydawałoby się podstawowe herstorie, bo granice mogą  zamazać się naprawdę każdej i każdemu; jeśli nie na poziomie racjonalnym, to już na pewno na tym emocjonalnym, uzależnionym od skoków nastroju, scrollingu, wieku, poziomu indywidualnego kompleksu, gorszego momentu w życiu. Że umiejętność zdekodowania schematu nie zawsze chroni Cię przed wpisywaniem się w go. Magnus von Horn woli towarzyszyć niż oceniać, i zostawić nas z myślą, że nieważne, ilu masz followersów – nigdy nie będziesz szła, biegła, skakała, ćwiczyła, ale przede wszystkim płakała sama. Jestem za takim solidarnościowym kinem.

Sweat, reż. Magnus von Horn, Polska / Szwecja 2020


Joanna Najbor – Doktorantka w Szkole Doktorskiej Nauk Społecznych UJ, absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa UJ. Nagradzana w konkursach krytycznofilmowych – m.in. „Powiększeniu” Filmwebu (2018) i Konkursie o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka (2019, 2020). Gra na wiolonczeli. Pochodzi z Zakopanego.