Stoner Polski

DZIAŁKA | proza

(ur. w 2002 roku) autor prozy i muzyki. Laureat konkursów Postapoetica (Stowarzyszenie Kultura w Pracy) i Konkursu Literackiego o Nagrodę FanFila (UAM). Mieszka w Krakowie.

Instagram: @kkaroollina | @mikroelementy

Najpierw matkę, potem siebie. Tak przedstawiała się trzeźwa ocena sytuacji, dojrzały – nieprzejrzały owoc dociekań.

Aby dostać się na działkę, to najpierw musieliśmy się dostać do furtki, a więc po minięciu przerośniętej bramy wejść na ścieżkę porośniętą trawką, która to ścieżka przemieniała się w ścieżynkę porośniętą trawskiem, która to ścieżynka truchlała do najmniejszej sugestii dróżki, przeczuwanej ledwie pod chaszczami i bylinami. Zawsze było lato, w którego słońcu ściekaliśmy i wsiąkaliśmy w grunt, pewnie z tego właśnie powodu co chwila traciliśmy się z matką z oczu.

Iść trzeba było długo, robiło się coraz stromiej, aż w końcu musieliśmy chwytać źdźbła w śliskie dłonie, żeby nie sturlać się i nie spłynąć z powrotem pod furtkę zwieńczoną drutem kolczastym, na co przecież nie moglibyśmy sobie pozwolić, skoro na działeczce spędzić mieliśmy wieki całe, a już było dobrze po południu.

Szliśmy.

Kiedy czas stawał się tak odczuwalny, że można byłoby wyciągnąć rękę w jego kierunku, kiedy zamiast upływać, zwalniał prawie już do bezruchu, wtedy z konieczności trzeba było mu ustąpić i się zatrzymać, żeby ukazała się druga furtka. Druga furtka też była przeżarta rdzą i obleczona drutem kolczastym, ale wszystko to było mniejsze i  ukazywało się dużo mniej nachalnie, chociaż i tak nieodparcie.
Wchodzisz na działeczkę i stajesz – nie z wrażenia, a przynajmniej nie tylko z wrażenia, a bardziej z potrzeby ducha i ciała. Monumentalne powietrze, którego nic nigdy nie poruszyło, zwali się na ciebie studziennymi zapachami, które zbierały się tutaj i czekały na ciebie od lat; możesz trafić na zapach turków w grudniu, a śniegułów w czerwcu, ciepłej zgnilizny i słonecznego rozkładu. Nie będzie zapachu, którego nie odczujesz i nie będzie języka, którym będziesz mógł nadać imiona. Postoisz i ruszysz, jeśli w chruśniaku malin i porzeczkoagrestu domyślisz się układu ścieżek, wskazywanego przez plastikowe rurki, wetknięte pionowo jak na górskim szlaku.

Pójdziesz i zgubisz się, i właściwie nigdy nie będziesz wiedział, czy byłeś na właściwej drodze; a jednak trafisz do altanki, wypełnionej złotym kurzem i lisimi odchodami, która funkcje użytkowe pozwoli sprawować jedynie przy dopuszczeniu do swojej najbardziej powierzchownej warstwy. Masz jeszcze cień możliwości na odwrót, na podjęcie decyzji świadomej, kompetentnej, autonomicznej; potem będzie już tylko skupienie i haczenie dróżek.

Pod daszkiem altanki wujek Leszek.Wzdychał, mówił dobre słowo i zamykał oczy. Co do tego, czy wujek Leszek wyszedł kiedyś poza działkę, zauważalne były spory w rodzinnej doktrynie, a w przedmiocie jego żywotności, to jest działania funkcji życiowych, raz po raz wynikały kłótnie. Jeśli chodziło jednak o stany świadomościowe wujka Leszka, to w rodzinie panowała niepodzielna zgodność; każdemu z kryształową jasnością jawiło się bowiem, że wujek Leszek był chronicznie najebany.

-Psi psi… – mamrotał, podnosił rękę do błogosławieństwa i parskał bez cienia uśmiechu.

Palił jak smok, pił jak jeden ze smoków; zawsze okadzony błękitnym dymem, wiecznie omroczony mocnym piwem, wujek Leszek nigdy nie nosił niczego na swoim opalonym grzbiecie, a już w szczególności kołnierzyków, za które mógłby coś wylewać. Całe życie siedział blisko domowego ogniska, w mieszkaniu zawsze musiało być czarno od dymu i duszno od wódy, piło się zawsze i do wszystkiego; w tym wszystkim musiała: wykształcić się? być od zawsze? babcia.

Babcia trwała na działce.

Wiecznie siedziała na taboretku tak dramatycznym, że nie był nawet najżałośniejszym stołkiem, a co najwyżej zmarniałym zydelkiem. Gdy patrzyło się na jego nadwymiarowo pokrzywione nogi, kiedy tak kontemplowało się tych nóg absolutne indywidualności, to zawsze miało się wrażenie, a nawet graniczące z pewnością przekonanie, że każda nóżka w danej chwili jest tą krótszą i nie dotyka klepiska; innymi słowy, babcia nie tyle siedziała, co unosiła się na zydelku. Lewitacja nie była celem; jej pomijalność nie wykluczała jednak pewnej użyteczności, która przejawiała się przede wszystkim w tym, że można było skupić chociaż na niej uwagę, a nawet w poznawczo niejednolitym towarzystwie babci nie dało się wytrzymać.

Gdy przed nią siedziałem, patrzyła głęboko w jakiś punkt na moim czole i robiła to tak intensywnie, że przy moich pierwszych wizytach nerwowo poprawiałam grzywkę, jakby znajdowało się tam cokolwiek nieodpowiedniego i czymkolwiek by to było, mogłabym w oczach babci to poprawić. Oczy babci – jedno wbite jak szpilka w to, co postrzegane, drugie odbijające światło w sposób niemożliwy do uchwycenia, gdy tylko w to oko spojrzeć, a od czasu do czasu bielejące przez całą powierzchnię, jak na widzenie z czymś, w co nie wbije się najprzeostrzejsza szpileczka.

Siedziała tak w skupieniu od kiedy pamiętałem.

Babcia nie znosiła się rozpraszać; nikt już nie pamiętał, czy kiedyś została przyłapana na zamyśleniu, albo chociaż żeby jej wzrok z badawczego na moment zdawałby się ździebko bodaj bardziej szklisty. Ktokolwiek miał z nią kontakt, nabierał fundamentalnego przekonania, że gdyby tak jakiś punkt o włos nietożsamy z zupełnym skupieniem byłby w ogóle możliwy do pomyślenia, to nie dałoby się go odtworzyć w skupionym życiorysie babci.

Czasami zdarzało się jednak, że po jakimś bardzo długim czasie nieprzerwanego skupienia, na świadomość babci zdawały się napierać moce jakieś mroczne a bezsensowne, które nie mierzyły sił na zamiary i których celem było zaburzenie doskonałej równowagi babcinego stanu. Gdyby babcia nie była już biblijnie obecna w teraźniejszości, to ocknęłaby się i otrząsnęła, skoro jednak była nie tylko biblijnie, ale ostatecznie w chwili bieżącej, to pozostawało jej tylko sięgnąć po sprawdzone instrumentarium dwóch żywiołów. 

W pierwszej kolejności usztywniała bosą stopę i wyrabiała drobne klepisko, w które wsuwała się coraz głębiej i głębiej, by nawet w akcie lewitacji twardo stąpać po wyschniętej na wiór ziemi. Jeśli nadal odczuwała niedosyt teraźniejszości, wysyłała mnie po deszczówkę; woda stała w dużych beczkach, a jej nieprzymuszony obieg i pieszczoty słonecznych promieni działały cudownie na rozwój życia w nieprzeliczonych postaciach. Gdy babcia wylewała na siebie trzeźwiącą deszczówkę, to chociaż spękana gleba po chwili chłeptała płyn i śladu po samej wodzie nie było i być nie mogło, to ciało babci pokrywało się nieprzeliczonymi zastępami wszelakich robaczków, kijanek i licho wie, czego jeszcze. 

Miewałem dosyć.

-Babciu, nudzę się. Nie mogę już patrzeć na twoje oczy, twoją wkręconą w klepisko stopę, cztery nogi zydelka, spośród których każda jest krótsza, nie sprawia mi żadnej zabawy doszukiwanie się kolejnych warstw twoich ubrań, patrzenie za wodą, która ścieka po tobie i zostawia zastępy robaczków i kijanek. Nie zniosę już następnego wdechu tego powietrza, ciężkiego od pyłków, upału i zgnilizny.

Mówiąc to, stawałem powolutku na zmrowiałe nogi.

-Siadaj kurwiu – odpowiadała babcia.

Więc siedziałem i próbowałem przetrwać mrowienie, a mrowienie to nie męczyło już tylko moich nóg, nie trawiło wyłącznie pleców, nie szczypało mnie ekskluzywnie w czubek głowy – mrowienie przenikało powoli mnie całego dokumentnie i wielowymiarowo; czułem oczywiście niepokój ciała, ale w mojej głowie też coś jakby się ułożyło zbolałego, tak że z każdą chwilą nacisk nierównomierny zwiększał ciężar próby. Perspektywa zrzucenia z siebie tej nużącej mgiełki podgryzała  coraz bardziej i obiecywała za okazanie inicjatywy jak gruszki na wierzbie jedynie nieporównywalny dyskomfort zmiany ciśnienia, zawrotów, powrotu do biegu czasu. Rzyganie z nudów…

Nie potrafię powiedzieć, ile czasu minęło. Każda skończona jednostka czasu, jaka przychodzi mi do głowy, nie oddaje okresu, jaki spędziłam na działeczce, przed babcią, siedząc po turecku.

W końcu przemawiała:

-Nie ma niczego.

Przenosiła spojrzenie na mój nadgarstek, potem na brzuch i w końcu na szyję. Kończyła:

-Jest moja świadomość.