we śnie ujrzał drabinę opartą na ziemi sięgającą swym wierzchołkiem nieba oraz aniołów bożych którzy wchodzili w górę i schodzili na dół. a oto pan stał na szczycie i mówił
kiedy opuszczam dom
matka znosi po drabinie suszone mięso i por
koc na którym wczoraj wyszyłem gwiazdy
stłuczoną miskę – dobry omen
jej bose stopy wiją się na szczeblach
jak ryby na piasku
wciąż je widzę
choć dom maleje
a ja zamieniam się w dal
mijam pola których nie chcę znać
samotne krzewy martwe figowce
pod nimi uciekam w sen
i tam wiją się rybie stopy
matka jest drabiną po której zbiega por
wbiega koc na kolejne piętro nieba
bóg moich matek
liczy gwiazdy
jego donośny głos budzi
czy ścieram z powiek wróżbę?
czy bóg mieszka w snach
i mówi językiem nie wyjętym z ust
bo ich nie ma
lecz wyjętym ze świata
który ma
z mojej matki?
a jeśli nie rozumiem matki
choć ma usta
przez które uczyła mnie czym jest dom
czy zrozumiem język
którego nie stwarza słownik?
dał nazwy wszelkiemu bydłu ale nie znalazła się pomoc odpowiednia
stado wróbli rozsiewa moje ach
wśród gałęzi olszyny
głosem lepiej dostrojonym
do szuszusza zwiniętych od mrozu liści
dziękuję wam
moje usta
dziękuję ci
moja serdeczności jamniku
który na zakręcie
łamiesz formę
i pogięty jak kątownik skaczesz na kolana
(dla mnie zakręt to wieczna pętla)
lecz by się człowieczyć
do ciebie wracam
mój skarlały gatunku