Komóra odzywa się po raz trzeci, dzwoni i wibruje jednocześnie, powoli osuwając się z parapetu. Jeszcze chwila i spadnie na Noego, który leży na wznak na podłodze pod oknem, zupełnie nagi.
– Nie odbiera – mówi Cham, kolejny raz wybierając numer ojca.
– Eee, pewnie się najebał – uspokaja go Sem.
Jadą do Noego, żeby sprawdzić, czy z nim ok. Cham się martwi, Sem mniej, bo jako starszy brat lepiej zna ojca, wie, czego się po nim spodziewać. Ale chuj, sprawdzi, co u starego, inaczej Cham nie da mu żyć.
– Nadal nic – mówi Cham, lekko już spanikowany, i odkłada telefon.
– Spoko, najebał się – powtarza Sem, z deka zniecierpliwiony.
Podjeżdżają pod blok ojca, parkują. Sem manewruje, bo parking jest raczej wąski, próbuje wbić się między dwa samochody. Cham wypada z auta, zanim Sem staje, i przypierdala drzwiami o sąsiedni pojazd, będzie rysa.
– Kurwa – klnie Sem, ale Cham nie słyszy, bo już leci pod klatkę nr 2, wypatrując okna ojca. Jest, pali się światło.
– Daj klucze – Cham pogania Sema, który dopiero dochodzi, bo gramolił się, tak by nie zarysować lakieru.
Cham wstukuje kod do klatki, wchodzi, migiem pokonuje piętro i dopada do drzwi. Wali w nie, ale nie dostaje odpowiedzi. Sem spokojnie dochodzi.
– Klucze – pogania go Cham. Sem grzebie po kieszeniach. Znajduje zapasowy klucz i podaje go Chamowi, a ten otwiera drzwi.
Wchodzą do mieszkania. Jest raczej brudno, w korytarzu zalegają worki na śmieci, wypełnione puszkami po browarach. O Jezu, w chacie strasznie śmierdzi piwskiem.
– Tato! – woła Cham i zagląda do salonu. Pusto. Do sypialni. Burdel, ale też pusto. Idzie do kuchni i widzi ojca leżącego na podłodze. Żyje? Jego brzuch, okrągły, wzdęty jak drożdżowe ciasto, z guzikiem pępka pośrodku, miarowo unosi się i opada. Wtóruje mu skurczony, pomarszczony jak rodzynka sułtańska fiutek. Znaczy żyje.
– Tato, kurde! – krzyczy Cham prawie do ucha Noego, policzkując go. Nic. Bierze szklankę i napełnia ją kranówą, oblewa czerwoną twarz ojca. Noe przytomnieje, powoli otwiera oczy.
– Mówiłem, że najebany? – odzywa się gdzieś w tle Sem. Nie chce na to wszystko patrzeć. Ojciec go obrzydza. Bierze z sypialni koc, pochodzi tyłem do ojca i okrywa go od pasa w dół. – Chodź, odstawimy go do łóżka, niech śpi – mówi do Chama. Bracia biorą ojca pod ramiona, dźwigają go i prowadzą do sypialni. Rzucają Noego na łóżko, ten obraca się na bok i coś bełkocze.
– Sorry – mamrocze i po chwili zaczyna ciężko chrapać.
*
„Zjebałem” myśli Noe po przebudzeniu. Patrzy w ścianę, chyba białą, albo biało ma przed oczami, bo mu się jebie po trzech dniach picia. Głowę ma ciężką, jest jak z ołowiu, w ustach sucho. Powoli podnosi się na łokciu, patrzy po sobie, jest prawie nagi, owinięty kocem. Chce mu się siku. Wstaje i chwiejnym krokiem idzie do łazienki. Opierając się o ścianę, oddaje mocz. Obsikuje klapę, ale gdy pochyla się, by ją wytrzeć, łeb mu pęka. Pierdoli to więc i idzie do kuchni, żeby wypić piwko i wrócić do żywych. Blat jest zawalony puszkami. Pustymi. Zagląda do lodówki, nic. Kurwa, a więc wychlał wszystko. Rozgląda się po kuchni. Na krawędzi parapetu leży telefon. Noe sięga po niego i sprawdza: sześć połączeń od Chama plus SMS-y, także od Chama, o treści: TATO, CZY WSZYSTKO OK?
„Zjebałem”, myśli znowu. Zawsze się tak karci, gdy budzi się na kacu, ale dziś jest inaczej, dziś siebie nienawidzi, bo zjebał naprawdę, zjebał konkretnie. Cham i Sem tu byli? Zaprawdę przegięcie. „Zjebałem”, ponownie, już trzeci raz myśli Noe i nalewa sobie kranówki. „Tak dłużej być nie może”, postanawia. Nieraz już tak sobie mówił, nieraz już robił taką litanię na kacu, ale dziś jest inaczej, dziś siebie nienawidzi, i szczerze obiecuje sobie, że to ostatni raz, że ostatni raz się najebał. „Koniec z chlaniem”, obiecuje sobie Noe i wkurwiony bierze worek na śmieci i zgarnia do niego puszki, walające się po kuchennym blacie.
W drodze na śmietnik, obładowany workami, nadal duma nad poprzednim wieczorem. „Zjebałem”, powtarza sobie w duchu, jest dla siebie surowy. Coś tam sobie przypomina, że rozebrał się po szesnastym piwku, że upadł na podłogę i nie mógł się podnieść. Ma jakieś prześwity, widzi twarze Sema i Chama, słyszy ich wołania. „Pewnie widzieli mnie gołego”, myśli, a przynajmniej Cham, bo to jego twarz jest wyraźniejsza w mętnym wspomnieniu, pewnie to on pierwszy wbił do mieszkania, pierwszy próbował mnie cucić, przecież to wrażliwy chłopak, zdarza mu się panikować. Coś tam sobie przypomina, wodę na twarzy, okrzyki „na dwa!”, pewnie podnosili go z podłogi, skoro obudził się w łóżku. „Koniec z tym”, mówi sobie znów, kończy kolejną dziesiątkę tego różańca, tej koronki obietnic. Jest mu źle, okropnie, kurwa, źle, ale kiedy mówi sobie: „koniec”, wstępuje w niego jakaś otucha, otucha i nikła nadzieja, że odtąd będzie git. Stwierdza, że na początek powinien przeprosić synów, ale trochę mu wstyd, więc zamiast zadzwonić pisze SMS: PRZEPRASZAM ZA WCZORAJ, a potem wraca do mieszkania i z bolącą głową zaczyna wielkie sprzątanie, punkt drugi wielkiego planu trzeźwienia. Sprząta jak pojebany, szoruje kafelki, pastuje parkiety, myje okna, wynosi i trzepie dywany. Po południu chata jest na błysk.
„Co teraz?”, pyta siebie, podziwiając wysprzątaną chatę. Trochę nie dowierza, że sam, na kacu, tego dokonał. Jest pięknie, ale co teraz?, zastanawia się Noe, bo trochę już go nosi, już by się napił i mimo obietnicy, którą złożył sobie rano, że nigdy więcej, że, kurwa, koniec, z piciem, kombinuje teraz i kmini, czy by jednak nie walnąć browara, najwyżej dwóch.
– Nie no, muszę czymś zająć myśli, muszę coś porobić – mówi do siebie na głos, bo taki jest przejęty, traktuje to serio, naprawdę serio, i nagle przychodzi mu do głowy, żeby wziąć sobie zwierzątko. Bo karmienie, bo spacery, bo ogólnie opieka, troska, o d p o w i e d z i a l n o ś ć, „a więc zero, kurwa, alkoholu, a nawet myślenia o nim”, cieszy się Noe, ale obawia się, że jedno zwierzątko, to być może za mało, za mało jak na niego, jebanego pijusa, pierdolonego alkusa, więc przygarnie przynajmniej dwa zwierzątka, a może i trzy, a kto wie, czy nie całą arkę. Arkę! Zrobi ze swojej chaty arkę, kurwa, arkę, dzięki której utrzyma się na powierzchni, dzięki której uniknie jebanego potopu, nie pójdzie na dno, nie zapije się na śmierć.
Noe wybiera numer schroniska. Dwa sygnały i odzywa się kobieta, która jest dla Noego życzliwa. Z lubością wymienia zwierzęta, które czekają na dom, i prowadzi go przez procedurę adopcyjną. Noe nie pierdoli się w tańcu i wybiera dwie żyrafy, samca i samicę, jaguara solo, pieska kundelka, kota dachowca, stadko wróbli, cztery rybki akwariowe z gatunku akary pomarańczowopletwe, żółwia stepowego i kurę nioskę. Rozłącza się i idzie pod prysznic, a potem ubiera się elegancko, wkłada marynarę itp., w końcu ma m i s j ę. Odjebany, idzie do sąsiada i pożycza od niego przyczepę, zapina ją do samochodu, siada za kierownicą i odpala silnik. Zanim odjedzie, dmucha w alkomat, żeby sprawdzić, czy ma jeszcze ten syf we krwi, ale nie, więc jedzie odebrać zwierzątka, mocno podjarany.
Na miejscu wita się z kobietą, która obsłużyła go przez telefon, i idzie z nią przez długi ciemny tunel, prowadzący do klatek i boksów. Tam wita się ze zwierzątkami, które zaadoptował, poklepuje po zadach żyrafy, głaszcze kundelka, gwiżdże na wróble i z pomocą pracowników schroniska prowadzi/zanosi je wszystkie do samochodu, i zagania/ładuje na przyczepę. Ze zwierzątkami na pace, wraca do chaty, którą odtąd będzie nazywał arką, „arką!”, myśli z dumą. Jest z siebie bardzo zadowolony i wierzy, że nigdy więcej się nie napije. „Koniec z tym”, powtarza sobie wesoło. Zerkając raz w telefon, raz na drogę, pisze do Chama SMS: PRZYJEDŹ ZOBACZYĆ JAKĄ MAM ARKĘ.
*
Noe jest teraz wiecznie zajęty, totalnie zarobiony. Naprawdę dużo pracuje. Codziennie wybiera gnój spod żyraf i opróżnia kuwetę po kocie, kilka razy na dzień wyprowadza jaguara i pieska, dokarmia rybki i wróble, i żółwia, co rano zbiera jajka od kury. Noe wydaje też mnóstwo pieniędzy na karmę. Nie narzeka jednak, bo w ogóle nie myśli o alkoholu i nie ma na niego pieniędzy, wody potopu opadają, piwko powoli znika z jego życia. Czasem odwiedzają go Cham i Sem i razem z nim wychodzą na spacery ze zwierzątkami albo się z nimi bawią.
– Fajnie, że już nie pijesz – mówi Cham, drapiąc kundelka za uchem, a Sem mruga na znak, że się zgadza i też tak myśli. Wtedy Noe jest szczęśliwy, i siedzi na kanapie, uśmiechając się szeroko, a wróbelki obsiadają go i posrywają na niego i trochę na kanapę.
– Nie piję, bo mam zwierzątka – oznajmia i przypomina, że jego arka niebawem się powiększy, bo żyrafa jest w piętnastym miesiącu ciąży. Razem z arką urosną szanse na to, że Noe już nigdy się nie na pije. Noe będzie miał jeszcze więcej pracy, w sumie już szykuje się do odebrania porodu.
– Mam wszystko, co potrzebne – zapewnia synów i trochę siebie.
Dwa dni później żyrafa zaczyna rodzić. Noe prowadzi ją do czystego boksu, wyścielonego świeżą słomą, myje ją i dezynfekuje. W pogotowiu ma ręczniki i prześcieradła, a także miski i nożyce do przecięcia pępowiny.
Noe czeka, ale żyrafa rodzi bardzo długo i bardzo się męczy. Po paru godzinach wreszcie wypycha z siebie płód. Jest martwy. Noe zabiera go i wynosi przed blok. Potrzebuje przyczepy, dzwoni do sąsiada. Zamierza od razu wywieść ciałko do spalarni odpadów, po porodzie posprząta później. Jest zrozpaczony. Bardzo czekał na żyrafiątko, a ono jest martwe. Noemu zbiera się na płacz i bardzo chce mu się pić. „Muszę się napić”, myśli, „ja pierdolę, muszę się napić”, powtarza w głowie. Odbiera przyczepę od sąsiada i ładuje na nią martwy płód. W drodze do spalarni postanawia, że kupi piwko, nie ma chuja, nie zniesie tego. W spalarni przyjmuje go osmolony typ w niebieskim kombinezonie. Noe wyjaśnia mu, co przywiózł, ale tamten nie reaguje, nie odzywa się ani słowem, po prostu bierze ciałko i odchodzi. Noe myśli, że to pierdoli, i jedzie na Orlen. Prosi o dwa czteropaki Żubra. Zamiast jednego jeszcze osiem zwierzątek na pokładzie arki.
Pierwszą puchę otwiera już w samochodzie, ma w dupie, czy zabiorą mu prawko. Dojeżdża jednak do chaty bez problemów. Na miejscu wali kolejne, po pięciu jest już nieźle zrobiony. Stacza się z kanapy i najpierw chwiejnym krokiem, a potem prawie na czworaka idzie do boksu, w którym samotnie stoi żyrafa, jeszcze obolała po porodzie. Noe chce się do niej przytulić, ale potyka się i upada, twarzą w gnój i wody płodowe. Nie może się podnieść, bo jest za bardzo najebany. Nie może się podnieść, topi się. W kieszeni zaczyna mu dzwonić i wibrować telefon. Pewnie Cham dzwoni zapytać, jak tam poród. Już za późno. Jednak potop.