***
od razu przyjechał wóz strażacki,
by przemyć mu oko acetonem, jeśli zobaczy za dużo – nie było potrzeby
zobaczył tyle, ile było konieczne,
zobaczył ognisko gaszone wodą ze strumienia,
zobaczył miękką linię znamion
karmił ją zielem angielskim
i kazał rozgryzać,
jak naburmuszonemu dziecku
daje się fiolet
nad Tamizą już świtało,
kiedy z siatkówki oka uplótł dla niej ołtarz
i skończyły się w nich imiona,
a zaczęła skóra
zapytał: – gdzie w tym mieście kupuje się kawę?
odpowiedziała: – w tym mieście się tylko wącha,
i podała mu pod nos okruchy ziemi,
która nie znała zimy
w tej samej chwili zabolał ich ząb,
chyba ósemka
zakreślając wokół pokoju
graficzny pęd nieskończoności
wiedzieli, że już po wszystkim
piorun trafił w drzewo, trzeba było się zbierać
którędy do domu?
Pomiędzy oddechami rzeczy, czyli spis inwentarza
Zielony koc,
przypalona firanka,
papieros, który przypalił firankę,
zeszyt, trochę większy niż a5, mniejszy niż a4, ale nie b5,
„Mit Syzyfa” Alberta Camus po francusku,
x tatuaży,
w tym co najmniej y pocałowanych,
ubrania, pomi(ni)ęte w równaniu.
Ten jeden włos zaczepiony o rozdarte drewno stolika nocnego,
oko sfinksa na panelu podłogowym,
świeczka na baterie, taka do zniczy –
żeby nie wywołać pożaru.
Piosenka, co nam wszystkim na raz chodziła po głowach,
ta z reklamy butów,
rozpruty rękaw,
rozcięta ręka.
Prześcieradło po babci,
zimna woda w kranie
i deszcz.
To wszystko patrzy na nas, mała,
wchłonęło naszą obecność,
gdzieś na styku rzeczy widzialnych i tych, których nie ma.
Jasne ciemnemu ciemnieje,
jedno drugiemu oddaje,
jedno na drugiego pluje.