Publicystyka – Emanacja hipokryzji: harakiri Harariego

1. Mędrcy świata monarchowie

„Obyś żył w ciekawych czasach” – modne, starożytne chińskie przekleństwo, które co jakiś czas wdziera się na salony, pozwala zrzucić jarzmo wstępu i z błogosławieństwem wiekowej mądrości już na początku stawia autora w dogodnej pozycji. Wytrych. Użyjmy go i teraz, w roli interesującego przykładu tego, co się wyprawia nie tylko za pokrywą laptopa, w świecie mediów społecznościowych, lecz również w niepopularnych, choć różnorodnych i dumnych progach literatury. Starożytne przysłowia wloką za sobą mityczną moc, odwołującą się do powtarzanych od pokoleń ludowych prawd. A te noszą brody mędrców i skoro pozwoliły przetrwać naszym przodkom, to i my powinniśmy oddać należną im cześć.

Egzotyczne przekleństwa są petardą niepokoju, aż kiwa się ostrzegawczo palcem, chcąc uchronić bliskich od katastrofy. Wyobraźmy sobie tego starożytnego Chińczyka, który transcendentnym wzrokiem przebił horyzonty i ujrzał przyszłego człowieka – pożerającego swoją planetę, zatruwającego ją sztucznymi materiałami produkowanymi w setkach milionów ton, oniemiałego w nowej, niepojętej rzeczywistości i otoczonego kosztownym zbytkiem zmieniającym swą formę z dnia na dzień. Przeraziłoby to nawet najstarszych Indian i wielkomyślnego chińskiego mędrca. Przekląłby on każdego, kto zmierza w tym kierunku.

Partia jest trudna, karty na stół – zawsze żyjemy w ciekawych czasach, choć zdaje się, że dziś jest naprawdę hardo i dynamicznie. To ciekawy błąd mniemania, bo jutro zawsze będzie bardziej intrygujące niż dzisiaj, a za trzy lata stwierdzimy, że rok 2019 to były jeszcze wakacje i dopiero topiły nam się lody. Lepiej jest jednak pomówić o teraźniejszości, która, mimo że mniej interesująca niż dzień jutrzejszy, to nadal warta wspomnienia i namysłu.

Więc na pełnej: żyjemy w czasach niepokojących nawet dla tych, którzy nie mają już prawa pamiętać rzeczywistości solidnych układów i świata nabierającego rozpędu, choć wciąż stojącego twardo na ziemi, pilnującego swych realnych granic. Nawet ci od urodzenia wrzuceni na głęboką wodę internetów zdają się odczuwać głęboką niepewność, zaczynają być zaniepokojeni i krytyczni wobec tego, w jakim kierunku rozwija się sytuacja, co będzie jutro i jak się na to przygotować.

I właśnie w tym momencie po raz trzeci na scenę wchodzi Yuval Noah Harari, cały na biało, pod pachami trzymając Sapiens i Homo Deus, a w dłoniach 21 lekcji na XXI wiek. Współczesny autorytet, intelektualny celebryta posiadający głęboką wiedzę (lub przynajmniej niezwykle trafne intuicje) z zakresu antropologii, piszący barwnie i zadziornie. Nie dość, że obywatel świata i buddysta, lewak, gej i Żyd, to w dodatku akademik. A my, drżący z niepokoju dostaliśmy do rąk Trzeci Światowy Bestseller, który już w samym tytule niesie pociechę: skoro są lekcje, jest i nauczyciel. Harari już wcześniej zdobył nasze zaufanie. Nic nie wskazuje na to, aby tym razem miał zawieść. W rzeczy samej: 21 lekcji… jest solidną publikacją utrzymującą poziom poprzednich książek. Inspiruje wielość przykładów unaoczniających prezentowane tezy, argumentacja jest rzetelna i przekonująca, stanowisko zostaje wyraźnie nakreślone. Na tyle wyraźnie, że przybiera ton dydaktyczny – w końcu są to lekcje.

Zatem, jeśli ktoś chce nas czegoś uczyć, to wymagamy od niego wiarygodności zarówno w przedstawianym rozumowaniu, jak i na poziomie zgodności czynów z wykładaną nauką. Żyjemy jednak w ciekawych czasach i sytuacja jest dynamiczna – istnienie suwerennego autorytetu, który nie podlegałby działaniom opisywanych przez siebie zjawisk i dawałby wszystkim nieskalany przykład? Sounds good, doesn’t work. Tak łatwo nie ma.

2. Fake News

Powiedzieć, że żyjemy w czasach fake newsów to nic nie powiedzieć. Powiedzieć, że żyjemy w czasach postprawdy, to powiedzieć to samo, tylko w Starbucksie lub na uniwersytecie. Nieprawdziwe informacje są wszędzie, budują naszą rzeczywistość, potrafią nami nie tylko manipulować, ale też tworzyć opowieści pełniące ważną rolę w funkcjonowaniu społeczeństw. Ten tekst zaczyna się od fake newsa i ułatwił zerwanie kajdan twórczej niemocy. „Obyś żył w ciekawych czasach” wcale nie jest starożytnym chińskim przekleństwem, mimo że, gdy je wypowiadamy, nasze czakry pulsują zapachem zielonej herbaty i bezwiednie grozimy palcem. Ten fejk został przeze mnie zastosowany precyzyjnie, na miarę trolli z Olgino[1].

Prawdopodobnie powiedzenia po raz pierwszy użył sir Austen Chamberlain w 1936 roku. Co interesujące, Chamberlain w swojej wypowiedzi podkreślił, że „may you live in interesting times” jest starym chińskim przekleństwem, które zasłyszał od znajomego urzędnika żyjącego w Państwie Środka. W ten sposób aforyzm uzyskał nimb egzotycznej myśli, a dystyngowani słuchacze zapewne pokiwali głowami i zamruczeli „dobre to, chwytliwe”, by wieczorem zabłysnąć w towarzystwie i porozmawiać o tym, w jakich gwałtownych, choć ciekawych czasach żyją. Niestety, nie ma żadnych dowodów na istnienie takiej klątwy w chińskich przekazach. Najbliższą jej jest „lepiej być psem podczas pokoju niż człowiekiem na wojnie”, z którą chyba wszyscy możemy się zgodzić.

Harari poświęcił fenomenowi postprawdy cały rozdział. Rozpoczął go od bardzo trafnego przykładu – opisał działania propagandowe kremlowskiej wierchuszki, która ze wszystkich sił wypierała się inwazji na Krym. Sami widzieliśmy jak było. Znikąd, nagle pojawiły się bataliony uzbrojonych po zęby sołdatów w ciemnozielonych, nowoczesnych mundurach i w kilka dni krymską ziemię uczynili poddaną Putinowi, „wyswobadzając” setki tysięcy biednych, uciśnionych Rosjan. Oczywiście, że nie byli to rosyjscy żołnierze specjalnego przeznaczenia. Przecież – jak wielokrotnie z szelmowskim uśmiechem na ustach zapewniał Władimir – takie mundury można kupić w każdym osiedlowym sklepie z mundurami. To powiedzenie było zresztą na tyle aroganckie i chwytliwe, że bardzo szybko stało się memem. Zdaje się, że nikomu nie przeszkadzało to, że Putin łże całemu światu prosto w twarz, na dodatek z cwaniackim uśmiechem.

Ktoś powie: co w tym nowego? Polityczna siła Rosji przecież od zawsze zasadza się na dezinformacji i gigantycznej maszynie propagandowej. Rosyjscy specjaliści od wojny informacyjnej i tzw. „faktów alternatywnych” wyginają rzeczywistość z dnia na dzień, opowiadając ją na nowo zgodnie z widzimisię wierchuszki. Być może wystarczy nie wierzyć w żadne słowo Rosjan, wyjść z założenia, że zawsze perfidnie kłamią i wszystko będzie się zgadzać. Co jednak z samymi Rosjanami, karmionymi tą dezinformacją na co dzień?

Wydaje się, że w takim wypadku obecność na rosyjskim rynku książki demaskującej putinowski reżim jest jak demokratyczna manna z nieba dla narodu, w którego państwie przed wyborami masowo aresztuje się kandydatów opozycji i blokuje jakiekolwiek ruchy liberalne. 21 lekcji… wypełniona jest ostrą krytyką rządów Władimira Putina tak, że po rosyjskiej publikacji bestsellera można było spodziewać się sporej burzy.

3. Harakiri Harariego albo ostrze rosyjskiej cenzury

Poznajmy Andreia Chernikova, trzydziestopięcioletniego specjalistę IT z zachodniej Ukrainy. Andrei jest szczęśliwym posiadaczem 21 lekcji… i po lekturze rozdziału o postprawdzie był bardzo ciekawy, czy wersja publikowana w Rosji wygląda tak samo, ponieważ w oryginale spadają ostre razy na putinowski aparat państwowy i byłoby czymś nietypowym, gdyby taka krytyka (w dodatku demaskująca inwazję na Krym) przeszła przez cenzorski filtr. Jak pomyślał, tak sprawdził. Nie był do końca zdziwiony, gdy potwierdziły się jego przypuszczenia – rosyjska wersja 21 lekcji… drastycznie różni się od tej wydanej na Ukrainie.

Nie był z tego powodu nawet wzburzony, po prostu się tego spodziewał. W poście na Fejsbuku, który stał się viralem i został udostępniony nawet przez New York Timesa, orzekł lakonicznie, że różnica między wersją rosyjską a ukraińską jest potężna, ale to tylko poświadcza omawiane w rozdziale problemy. Przyzwyczajony do obecności rosyjskiej propagandy po prostu wzruszył ramionami i stwierdził, że to właściwie świetny przykład opisywanego zjawiska.

W rosyjskiej wersji akapity o inwazji i aneksji Krymu zostały zastąpione fragmentami o kryształowej prawdomówności Donalda Trumpa i tysiącach jego wypowiedzi, które zostały skatalogowane i oflagowane przez organizacje zajmujące się sprawdzaniem faktów i demaskowaniem fejków. Tak, to prawda – Trump z rzetelnością i uczciwością ma tyle wspólnego co starożytni kosmici z piramidami, a o jego strategii komunikacyjnej (będącej idealnym przykładem postprawdy) powstały już grube opracowania naukowe. Można zgodzić się z Andreiem, że tę „podmiankę” da się potraktować jako przewrotny, metaprzykład manipulacji informacją. Jednakże wydaje się, że nie można poprzestać na wzruszeniu ramionami, wypada się oburzyć.

Wszakże jak to tak, autorytet, nauczyciel mówiący nam kim jesteśmy i jak mamy żyć, miałby być hipokrytą? Zachodowi przedstawia rosyjski cynizm, jednocześnie przychylając się rosyjskiej cenzurze, zgodnie z metodami Ministerstwa Prawdy, usuwając treści niewygodne? Coś tu nie gra, panie Harari, przecież to okropna manipulacja, jak mógł pan do tego doprowadzić i to w rozdziale demaskującym właśnie takie zachowania? Czy to nie jest manipulacja? A może pan nie wiedział i został ocenzurowany bezwiednie?

Niestety, Harari przyznał się, że wiedział i zaakceptował zmiany zaproponowane przez rosyjskiego wydawcę. Dlaczego zatem pan to zrobił, panie Harari? I tutaj zaczyna się intelektualna woltyżerka na miarę bestsellerowego myśliciela. Autor 21 lekcji… stwierdził, że stanął przed niesłychanie poważnym dylematem, zwanym od dawna na polskiej wsi jako „wóz albo przewóz”. Strona rosyjska oznajmiła pisarzowi, że albo wprowadzi zaproponowane zmiany, albo jego książka po prostu nie zostanie wydana na terenie Federacji Rosyjskiej. Co na to Harari? Mógłby przecież się nie zgodzić i nie drukować nakładu dla Rosjan, co byłoby wyraźnym gestem, zapewne szeroko komentowanym na arenie międzynarodowej.

Cóż jednak uczynił Yuval Noah? Wprowadził zmiany, szybko podmienił Krym na Trumpa. Nic wielkiego się nie stało. Jak to wytłumaczył?

Tu robi się najciekawiej. Pisarz stwierdził, że po długich dyskusjach ze swoim mężem (będącym zarazem jego agentem) stwierdzili, że wartością nadrzędną jest potrzeba rozprzestrzeniania wiedzy, która znajduje się w książce. Zatem, jeśli przez kilka akapitów w jednym rozdziale publikacja ma zostać wstrzymana, to rachunek jest prosty – trzeba iść na układ z diabłem, wybrać mniejsze zło. Z rosyjską cenzurą się nie wygra, wóz albo przewóz. Ponadto przecież podmieniony tekst nie jest kłamstwem – faktem jest, że Trump łże jak pies, a masa jego wypowiedzi odwołuje się do emocjonalnych przekonań i naszpikowana jest alternatywnymi faktami, nijak nie przystając do rzeczywistości. Nadaje się więc idealnie na wstęp do rozdziału o postprawdzie. I nawet jeśli Rosjanie nie usłyszą z jego ust poświadczenia o inwazji krymskiej, to przecież w książce znajduje się znacznie więcej innej krytyki państwa rosyjskiego.

No tak, brzmi to rozsądnie. Zgodnie ze słowami Harariego, przeznaczeniem pisarza jest pisać i być publikowanym. Musi zatem zrobić wszystko, by ocalić jak największą część swojej pracy, pogodzić się z cenzurą, pójść na ustępstwa. Rosjanie potrzebują jego książki jak niesporczaki światowej uwagi, muszą wyczytać zawarte w niej – nie będąc już tak ciętym: w większej części naprawdę interesujące i poruszające – mądrości.

Czy coś tutaj jednak nie śmierdzi? Ta logika, choć pozornie prawidłowa, wywołuje w pełni uzasadnione wątpliwości. Przede wszystkim, jak wskazała rosyjska aktywistka Natalia Arno, Harari nie musiał rozprzestrzeniać swojej książki w legalnym obiegu. Nie musiał iść na układy z cenzurą, mógł pozostawić wszystkie informacje nienaruszone, czyli w formie, która byłaby dla Rosjan najcenniejsza. Co więcej, według Arno, gdyby zrezygnował z oficjalnego wydania, popularność książki byłaby znacznie większa, zgodnie z zasadą zakazanego owocu. W ten sposób wilk byłby syty i owca cała: cel Harariego (rozprzestrzenienie wiedzy) zostałby osiągnięty, a Rosjanie dostaliby dostęp do prawdy. Tak się jednak nie stało.

4. Show must go on

Jak mawiał Andrzej Lepper, gdy nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo o co chodzi. Harari mógłby zachować twarz, wypiąć się na rosyjską cenzurę i wesprzeć nielegalny obieg, tym samym jeszcze bardziej podbudowując swój autorytet. Jednak nic by na tym nie zarobił. Według Russia Beyond tylko Chińczycy czytają więcej niż Rosjanie, a to coś znaczy, nawet jeśli te liczby przyprószone są magią rosyjskiej propagandy. Tak czy siak, rynek rosyjskiej książki (drukowanej i e-booków) jest ogromny, a ludu ponad sto milionów, więc może koło miliona egzemplarzy Światowego Bestsellera udałoby się sprzedać. A to przecież potężne pieniądze, nie tylko dla pisarza, ale również wydawcy i całej maszynerii stojącej za publikacją.

W taki oto sposób zwyciężył mocarny, niepokonany Rynek, o którym zresztą Harari najmniej mówi w swoich publikacjach – pisarz sięga wzrokiem znacznie dalej, kryzys utożsamia z technologią informatyczną i zdobyczami nauki na polu neurobiologii, często trochę po macoszemu traktując to, co dzieje się dzisiaj. Dlatego też warto rozmawiać o dniu dzisiejszym, nie tylko o tym, co przyniesie jutro. Bo dzisiaj jest trampoliną jutra.

Czy Harari popełni harakiri? Bardzo wątpliwe. Wydał stosowne oświadczenia, wdał się w polemikę, wciąż zaciekle broni swoich racji (Publikować! Bez oficjalnego wydawnictwa nikt by o mnie nie usłyszał!) i nic nie wskazuje na to, by miał choćby posypać głowę popiołem, a co dopiero popełnić rytualne (oczywiście symboliczne, nikomu tu nie sugeruję zamachu na własne życie) samobójstwo, oczyszczające go z hańby. Czy hańba to za mocne słowo? No cóż, jeśli ktoś pretenduje do moralnego autorytetu, a decyduje się na taką hipokryzję… Mocne słowa muszą wybrzmieć.

By dodać sytuacji pikanterii, podkreślmy, że cała afera wypaliła w Harariego podwójnie. Dlaczego? Ponieważ dowiedział się, że rosyjskie wydawnictwo wprowadziło wiele innych zmian, które nie były z nim konsultowane. Zastąpiono w książce słowa „mąż” na „partner” (Rosja walczy z LGBT śmielej niż płaskoziemcy ze zdrowym rozsądkiem), a inne zdania oskarżycielskie wobec Rosji zostały tak upiększone, że całe krytyczne ostrze zostało zamienione w dziecinną, gumową pałkę na pokaz. Ale skąd on mógł o tym wiedzieć? Jak miał się domyślić? Musiałby przecież na temat rosyjskiej obłudy informacyjnej napisać prawie cały rozdział w swojej książce. Chwila…

Zatem co dalej? Zapewne nic. Show must go on. To było tylko lekkie potknięcie, które spin doktorzy na usługach polityków codziennie odkręcają dziesiątki razy. Mała pomyłka, drobne zamieszanie, o którym nikt nie będzie pamiętał, bo nie bardzo jest to komukolwiek na rękę – Harari sprzedaje się wyśmienicie, jest medialny, można na nim kręcić świetny, światowy biznes. A zachodni świat potrzebuje autorytetu, nauczyciela na miarę XXI wieku. I wiecie co? Chyba mamy to, na co zasłużyliśmy.


[1] Najsłynniejsza rosyjska tzw. „fabryka trolli” znajdująca się w Sankt Petersburgu pod nazwą „Internet Research Agency”.

REDAKCJA: Paweł Harlender
KOREKTA: Weronika Stemborowska


Andrzej Graul – Student filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, opublikowany m.in. w „biBLiotece” Biura Literackiego, „8. Arkuszu Odry” i „3Miesięczniku”. Wyróżniony
w konkursie im. Tymoteusza Karpowicza na najlepszą recenzję literacką. Interesuje się antropologią, geopolityką i wpływem najnowszych technologii na stosunki społeczne.