Proza – Trzy dziurki

Trzy dziurki

Nastawiam budzik w zasadzie już z przyzwyczajenia. Codziennie i tak budzę się około dziewięćdziesiąt osiem sekund przed jego bezlitosnym wyciem. Teraz też. Przeczekuję ten czas, leżąc z otwartymi oczami i gapiąc się w sufit. Kiedy tylko zaczyna się ten jego jazgot, wyłączam chińskie, plastikowe badziewie pewnym ruchem ręki. Pewnym, bo atakuje mnie zawsze z tego samego miejsca na szafce nocnej. Wzdycham, wstaję i kieruję się w stronę łazienki, zostawiam za sobą Kaśkę, która już nawet nie zauważa mojego poranka, tylko chrapie jak natchniona. Odmierzam cztery kroki, podnoszę klapę, szczę. Myję zęby, uszy, pachy. Chwilę potem sam jem śniadanie i sam robię sobie kanapki do pracy. Wychodzę trzynaście minut po godzinie siódmej. Narzucam na siebie jeszcze kurtkę, bo zimno, i czapkę; pewnie powiedzielibyście, że dziwna, że podstarzałe dziady takie noszą. Ale jestem podstarzały, więc mogę. Lubię ją.

Na stacji czekam zawsze dziewięć minut. Pociąg spóźnia się codziennie o cztery, a dziś tylko o dwie i pół. Nieźle. Podjeżdża, zwalnia, staje – ociężały pociąg podmiejski. Wsiadam do wagonu trzeciego i zajmuję moje stałe miejsce przy oknie z lewej strony. Lubię przed pracą patrzeć na szaro-zielony, podmiejski krajobraz. Jak sunie, przewija się za oknem. Nie myślę o niczym. Ani o żonie, która jeszcze chrapie, ani o dzieciakach, które będą się zaraz budzić, ani nawet o robocie. Mgła za oknem, łąki. Pojedyncze budynki. Coraz ich więcej, coraz większe, coraz bardziej skupione. Podwórka, przemysłowe osiedla. Pociąg dojeżdża do stacji. Zatrzymuje się i wszyscy pracownicy fabryk zbierają się u drzwi, ja też. Fala ludzi podobnych do mnie zalewa peron, a ja wraz z nią. Idę i patrzę pod nogi. Większe i mniejsze grupki oddzielają się od całości, idą na swoje zakłady. W końcu zostaje nas trzech. Dwóch facetów gada ze sobą, ja – kilka metrów za nimi. Przyspieszają albo ja zwalniam – nie wiem. 

Punktualnie odbijam kartę, w szatni zakładam niebieski kombinezon. W końcu staję przy taśmie produkcyjnej, na swoim stałym miejscu w fabryce doniczek. Podłączam dziurkownicę do prądu. Linia uruchomi się za siedem minut, tyle, ile dziurkownica potrzebuje do pełnego nagrzania. O pełnej godzinie wybrzmiewa dzwonek. Słychać też szczęk ruszających maszyn. Paski klinowe, łańcuchy i zębatki zaczynają się obracać. No to jazda. Jestem gotowy. Rozgrzana do czerwoności dziurkownica pali się do pracy. Taśmociąg przesuwa się przede mną, jeszcze pusty, jeszcze trwam w bezruchu. Patrzę w stronę zastygarki. Widzę pierwsze doniczki, sunące stamtąd w moją stronę, denkami do góry. Kiedy dojeżdżają, każda zatrzymuje się przede mną na ułamek sekundy. W sam raz, żebym trzema ruchami dziurkownicy wybił w nich trzy równe, układające się w trójkąt o boku długości siedmiu i pół centymetra otwory. Nigdy nie liczę, ile jest doniczek. O tych, co próbowali, krążą legendy. Zaczynali prowadzić statystyki i tabele. Niektórzy, świadomi tego, ile doniczek mają za sobą, wpadali w depresję. Każdy prędzej czy później jakoś wariował. Dlatego ja robię swoje. Nie zaprzątam sobie głowy. Teraz zaczynam myśleć o Kaśce i o tym, co będzie, jak wrócę do domu.

— Hej, Kochanie! Wróciłem. Nie uwierzysz, co się dzisiaj stało!

— Siadaj Skarbie, obiad gotowy jak zwykle punktualnie. Co takiego? Awansowali cię?

— Poranny pociąg kolei podmiejskiej spóźnił się tylko dwie i pół minuty! Uwierzysz?

— Och.

— Ale to nie wszystko! Siedzenia były dziś wyjątkowo wygodne!

— Och.

Wymyślam tę rozmowę kilka razy od nowa i za każdym razem jest taka sama. Nagle słyszę dzwonek. Taśmociąg zwalnia, nie jedzie do mnie już żadna doniczka. Na przerwie siedzę sam i jem kanapki, które zrobiłem sobie rano też sam. Dzisiaj z mielonką. Do tego kawa w plastiku. Wracam do pracy i znów myślę o żonie. Tym razem o żonie sąsiada, pana Jacentego. Co ta młoda, świetna dupa robi z takim starym pierdzielem? Co taki stateczny człowiek robi z taką tępą gówniarą? Trzyma ją w domu, bo młodziutka, szczuplutka. Za to pewnie niedoświadczona kłoda. Nie to co starsze, jak na przykład moja Kaśka. Najchętniej w sumie sam bym sprawdził. Tak dla porównania. Dla pełnego obrazu. Jeszcze pewnie lepiej bym jej zrobił niż pan Jacenty. Niech tylko zejdzie z tego świata. W sumie jednak, to ja bym na taką nawet nie spojrzał. Choćby na czworaka przyszła i błagała na kolanach, choćby ocierała mi się o kapcie jak kotka w rui, wypinając swoją zgrabną pupę, to ja bym jej nie chciał. Jeszcze by z laczka na odchodne dostała, że się nie szanuje.

I tak myślę sobie, czego to nigdy w życiu, za nic, bym z nią nie zrobił. Nagle słyszę jakieś takie szczęknięcie. Trochę jak przy odpalaniu linii produkcyjnej, tylko jakby głośniejsze, jakby twardsze. Takie: jeb! Trwa to może sekundę w sumie, ale ja mam wrażenie, jakby zatrzymała się Ziemia. Dzieje się to, co się nigdy nie działo. To, czego się nie spodziewałem. Przyczyna tego wydarzenia nigdy nie zostanie wyjaśniona, choć hipotez będzie mnóstwo. Może między tryby maszyny dostał się kiep zrzucony niechcący przez kogoś z jednego z tarasów na górnym poziomie hali? Może dostał się tam jakiś przypadkowy paproch, niesiony wiatrem z systemu chłodzenia spalarnika? Może ktoś zapomniał nasmarować tłoki rozruchowe? Nie dowiemy się tego już nigdy. Najważniejsze jest to, że po raz pierwszy od trzydziestu ośmiu lat, trzech miesięcy i czterech dni linia produkcyjna zacina  się na ułamek sekundy.

Doniczka zatrzymuje się przede mną na dłużej niż zwykle. Ja, zaskoczony, niedowierzający w to, co się dzieje, zachowuję się irracjonalnie, panicznie i przypadkowym ruchem robię w doniczce czwartą dziurkę. Cztery dziurki. Zamiast trzech.

Cztery. Zamiast. Trzech.

Oczy stają mi w słup. To się zdarzyło po raz pierwszy! Nie tylko mnie, ale pewnie i w historii fabryki albo całego bożego świata. Czuję, że tracę grunt pod nogami, a świat, który nigdy czegoś takiego nie widział, zaczyna drżeć w posadach. Moje kolana miękną, krople potu wypełzają na czoło, a ręce zaczynają drżeć. Wszystko to dzieje się jednocześnie, w mgnieniu oka, a czas znowu przyspiesza, wracając do swojego normalnego tempa. Wzdrygam się na myśl o tym, czego się – przez przypadek, ale jednak – właśnie dopuściłem. W spazmie obrzydzenia do tego czynu i do siebie samego robię niekontrolowany krok do tyłu, potykam się o własną nogę, wywracam na plecy jak długi, wymachem ramienia wyrzucam rozgrzaną dziurkarkę w górę; dziurkarka spada, cała gorąca wbija mi się w twarz i umieram na miejscu.

***

Unoszę się do góry. Widzę swoje ciało, widzę całą halę, cały zakład. Także gabinet dyrektora Rychlejki. Na dyrektora Rychlejkę nie ma chuja. Dyrektorowi Rychlejce można naskoczyć. On wszystko ma na monitorach. Wszystko. Może tam obserwować pojedyncze ruchy każdej zębatki, każdego pracownika; śledzić drogę każdej pojedynczej doniczki. Siedzi jak panisko w wygodnym, dyrektorskim, prestiżowym fotelu. Nogi ma wyjebane na pulpit. Widzi nie tylko obraz z kamer, ma tam też tabelki, wykresy i grafy, on ten zakład nie tylko cały ogląda, on go w całości czuje, on nim oddycha. „Ta fabryka to ja” mówi czasem i w zasadzie ma rację. Nie dopuszcza do siebie myśli, że może czegoś nie zauważyć. Pół papierosa dymi mu w zębach, a on w bezruchu gapi się w jedną z tabel. Nie wie co, ale coś się nie zgadza. Dyrektor widzi zgrzyt w sunących z góry na dół cyfrach, coś się nie zgadza, ale nie widać jeszcze dokładnie co. Jego oczy zaczynają biegać od tabeli do diagramu i z powrotem. Nagle go dostrzega. Błąd, który tam siedzi jak rzep uczepiony psiego ogona. Błąd w jednej z tabel, kryjący się jak zakamuflowany snajper na polu bitwy. Wzrok dyrektora Rychlejki wpatruje się w ten jeden migotliwy punkt na ekranie. Jego zęby zaciskają się, brwi marszczą, a na czole pojawia się kilka kropel potu, które – gdy tylko rozumieją powagę sytuacji – wracają przestraszone do środka. 

— Dajta mnie tu starszego brygadzistę! — ryczy w interkom dyrektor Rychlejko.

Siedzi nieruchomo, tyłem do wejścia, gapi się w ten sam punkt, kiedy słyszy otwierające się drzwi i głos za swoimi plecami:

— Starszy brygadzista Podłoga Sławomir melduje się na wezwanie!

Bezruch i cisza po tym okrzyku trwają dwie i trzydzieści setnych sekundy, ale dla starszego brygadzisty Podłogi Sławomira to jest wieczność. Nie słychać lecącej muchy, bo to nie ta pora roku; za to dyrektor Rychlejko doskonale słyszy cieniutką stróżkę potu sunącą po karku podwładnego. Dyrektorski fotel obraca się powoli i ze zgrzytem. Dyrektor patrzy w oczy Podłogi, Podłoga stara się nie patrzeć w podłogę.

— Sławomirze. Czy widzicie ekrany za moimi plecami? — cedzi przez zęby dyrektor.

— Ano.

— No i?

— O, tam. W sektorze C, hala numer trzysta dwajścia, dział dziurkarski, taśma numer osiemnaście. Nie dziurkuje się — zauważa szybko brygadzista.

— No właśnie, nie dziurkuje się. Kto jest tam przypisany? Kto tam dziurkuje?! Pytam się!

— A to ja nie wiem, panie derektorze kochany, to by trzeba spytać młodszego brygadzistę z sektora C, hala numer trzysta dwajścia.

— Dawać mnie go tutaj!!! — ryczy dyrektor, a zanim echo jego słów wybrzmiewa, brygadzista Podłoga jest już w dawno w drodze. Wraca po dwóch godzinach i zastaje dyrektora Rychlejkę nalewającego sobie whisky do szklanki. W butelce jest już sama końcówka.

— Starszy brygadzista, Podło…

— Gdzie on jest? — syknął dyrektor — Gdzie jest młodszy brygadzista z sektora C, hala numer trzysta dwajścia?

— Widzicie, panie derektorze — wydukał Sławomir, miętosząc w dłoniach czapeczkę starszego brygadzisty — nie ma go.

Starszy brygadzista Sławomir oglądał kiedyś program w telewizji satelitarnej o tym, jak się komunikować z ludźmi. Mówiono tam, jak ważny jest kontakt wzrokowy z rozmówcą; że należy bezustannie patrzeć mu w oczy. Jeśli brak na to odwagi, należy skupić uwagę na jego czole, gdzieś powyżej punktu położonego centralnie między oczami. Podłoga z całych sił wwierca więc wzrok w czoło dyrektora, którego krople potu są już odważniejsze i świecą prowokująco na jego dostojnym i szerokim czole.

— Widzę, że nie ma. A gdzie JEST? – fuka Rychlejko.

— No… nigdzie go nie ma, no bo on ten. Jak to. Tego. Umer. Umer i nie żyje, panie derektorze.

— Nie żyje?

— No dwa lata już będzie, jak zszedł na tamten świat, się okazuje. Przygniótł go tłok prasy hydraulicznej.

Dyrektor Rychlejko bierze głęboki wdech, dopija duszkiem. Wstaje w milczeniu i zaczyna powoli krążyć za biurkiem, skubiąc przy tym wargę. Brygadzista wodzi za nim wzrokiem w wyczekującym milczeniu. Tymczasem dyrektor powoli, szczegół po szczególe przypomina sobie tamten dzień sprzed około dwóch lat, kiedy to po raz pierwszy i ostatni w życiu zdrzemnął się w swoim gabinecie. Na nie więcej niż trzy minuty. Tak, młodszy brygadzista z sektora C, hala numer trzysta dwajścia, dział dziurkarski, taśma numer osiemnaście, Dylewski Zdzisław musiał stracić życie właśnie wtedy.

— Brygadzisto Podłoga, idziemy z inspekcją — sapie, stając w miejscu, dyrektor Rychlejko.

— O, tam jest. — Podłoga niemal krzyczy, dumny z tego, że to właśnie on pierwszy zauważył niedziałającą taśmę numer osiemnaście w hali fabrycznej numer trzysta dwajścia sektora C.

Idą, mijają stojących na swoich stanowiskach pracowników halia każdy z nich w stroju roboczym, niektórzy w ochronnych okularach, inni w słuchawkach strzegących przed hałasem pracujących maszyn. Każdy tak zajęty pracą, że nikt nie zauważa dyrektora. Ten w towarzystwie starszego brygadzisty Podłogi w końcu dociera do ostatniego działającego stanowiska. Dalej jest już tylko nieruchomy, osiemnasty taśmociąg, kłujący dyrektora Rychlejkę w jego małe, wściekłe oczy. Podchodzą do ostatniego pracownika, którym jest niski, krępy i schowany za odzieżą ochronną mężczyzna. Wyposażony w pistolet do malowania dba o to, by każda z doniczek, które co chwila zatrzymują się przed nim na dłuższy moment, odjeżdżała bardzo dokładnie pomalowana na trudny do określenia kolor – gdzieś pomiędzy ceglaną czerwienią a jasnym brązem biegunki. Pistolet jest zwieńczeniem węża, który zaczyna się gdzieś hen, poza zasięgiem wzroku, podpięty do ukrytej w ciemności maszyny, huczącej jak cała reszta maszyn.

— Zatrzymać taśmę numer siedemnaście — zarządza przez krótkofalówkę brygadzista Sławomir. Taśma staje, a ogromna komora, z której dobiega chyba największy huk w okolicy, zaczyna zwalniać i pracować coraz ciszej. Ta niespodziewana sytuacja wybija z transu malującego doniczki robotnika, który podskakuje lekko w szoku, wypuszcza pistolet z rąk i pewnie zachlapałby sraczkowatą farbą wszystko dookoła, gdyby nie fakt, że wraz z zatrzymaniem taśmociągu odcięty został dopływ barwnika do jego pistoletu. Inspekcję Rychlejki zauważa dopiero, gdy stojący za plecami dyrektor kładzie dłoń na jego ramieniu.

— Chryste Panie przenajświętszy — mówi robotnik.

— To tylko ja, spokojnie — odpowiada powoli, spod byka, dyrektor Rychlejko.

— Całe szczęście, całe szczęście. Ale to już drugi raz dziś, jak coś mi pracę przerywa. Najpierw to — skinął na taśmociąg numer osiemnaście — a teraz pan. W czym mogę pomóc, dyrektorze?

— Jak zginął?

— Ten obok?

— No a kto? Papież?

— Ja to nie wiem, proszę pana dyrektora. Bóg mi świadkiem, że od pracy oderwali mnie dopiero sanitariusze, jak przyszli.

— To kto ich wezwał? Nieboszczyk?!

— Ja nie wiem, naprawdę.

— Pamiętacie jego nazwisko?

— A skąd.

— Jak wyglądał?

— Pamiętam tylko, że mało z kim gadał. A tak to ten. Wąsaty był chyba. Znaczy brodę miał taką… Siwą. Łysy był i wysoki. Chudy, ogolony dokładnie, krępy blondyn. No rudawy lekko, szpakowaty, z kilkudniowym zarostem. No jakiś taki… A bo ja wiem?

***

Tycjan i Barnaba to przesłodkie dzieciaki. Piękniejszych bliźniaków świat nie widział. Ładniejsi od rówieśników kilkuletni chłopcy; najmądrzejsi i najbystrzejsi z całej klasy. Z wuefu mają najlepsze oceny. Z innymi przedmiotami jest co prawda nieco gorzej, ale to wina nauczycielek, które za nimi nie przepadają, bo pewnie zazdroszczą im tego anielskiego błękitu oczu i oszałamiających blond czupryn. Ważne, że matka ma o nich dobre zdanie. Z racji, że chłopcy są naprawdę wyjątkowi, mogą grać na konsoli, kiedy tylko chcą i w co tylko chcą. Tycjan wkłada do czytnika płytę z grą Mortal Kombat. Z językami na wierzchu chłopcy wybierają postacie.

Choose your destiny.

— Patrz, jak cię dojeżdżam! Patrz! Patrz!

— Weeeeeź spierdalaj! Zoba!

— O, wywinął się jebany! Co odjebał!

— Aaaaa, ty kurwo! Widziałeś?

— Czekaj… Czekaj… Aaaaa, patrz, takiego chuja!

     — Jebany, skąd znasz takie combo?

— A z dupy.

— Ta, na panikę ciskasz.

— Patrz, jak po piździe dostajesz! Fatality, kurwa, cwelu w dupę pierdolony!

— Kurwa mać!

Matka w kuchni przerywa robienie obiadu. Kiedy wchodzi do dużego pokoju, chłopcy wybierają wojowników przed kolejnym starciem.

— Ja Sub-Zero! Ja gram Sub-Zero, a ty możesz walić się na swój brzydki ryj.

— Chłopcy — mówi, stojąc w wejściu, ale nie reagują.

— Nie, ja Sub-Zero teraz!

— Chłopcy — powtarza matka.

— No dobra, to ja Scorpion.

— Tycjan! Barnaba! — mówi, głośniej, a gdy się w końcu odwracają, dodaje: — Ojciec nie żyje.

Bracia patrzą na nią przez dobrych kilkanaście sekund.

— Albo ja Liu Kang — mówi Barnaba, odwracając się w stronę telewizora.

***

— Czy ja te doniczki sam produkuję, proszę pani? — mówi zniecierpliwiony sprzedawca. Niecierpliwi się, bo pani Krużgalska z synami już od dobrego kwadransa nie chce wyjść ze sklepu.

— Ja tam nie wiem, panie ekspediencie kochany, ale proszę mi powiedzieć, jak ja na pogrzeb męża mam zanieść chryzantemy do kościoła w takich doniczkach, co mają cztery, a nie trzy dziurki? — pani Krużgalska nie zwraca uwagi na Tycjana i Barnabę szarpiących się gdzieś pomiędzy wieńcami pogrzebowymi a bukietami.

— Takie dostaliśmy z hurtowni, pani kochana. — sprzedawca ostatkiem sił zachowuje względny spokój.

— O nie! Tak być, to nie będzie. — Pani Krużgalskiej zachowanie spokoju idzie nieco gorzej. — Chłopcy, wychodzimy! Nie będę sobie wstydu na pogrzebie męża przynosić niedorobionymi doniczkami! Toż to dziwadła jakieś, nie doniczki! Jak ja mam takie gówno postawić przy trumnie własnego kochanego męża, który był szanowanym tym. No. Pracownikiem tego. No tej. Jak to się nazywa? No?

REDAKCJA: Paweł Harlender
KOREKTA: Jakub Kornacki


Wojtek Żubr Boliński – permanentna tymczasowość, rocznik ’89. Wiersze w necie; w ha!arcie, Wizjach, Helikopterze i Interze. Zdechły Osa > Wojtek Sokół