Proza – Kolekcja

Pobladłem i kark mi się spocił, gdy zapytała o moje największe zamiłowanie. Byłem świadomy, że na portalu randkowym nie można tego tematu uniknąć, ale wcale się do takiej rozmowy nie przygotowałem. Zamarłem i przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, jak sobie poradzić; czy mówić prawdę, czy pod żadnym pozorem jej nie zdradzać. Zuzannę poznałem przedwczoraj. Poprzez czat portalu randkowego rozmawiało się nam bardzo przyjemnie, sprawy ewidentnie zmierzały w dobrym kierunku i oto teraz stanąłem na rozdrożu. Przyznanie się do mojej wielkiej pasji mogło znacząco wpłynąć na bieg zdarzeń. Z jednej strony istniało naprawdę spore ryzyko, że moje osobliwe zajęcie dziewczynę trwale do mnie zrazi, ale przecież z drugiej strony – jeśli po takim odważnym zwierzeniu nie odtrąci mnie, to już na zawsze połączy nas więź tak mocna i trwała jak struny w fortepianie Bernsteina.

Zdecydowałem ostatecznie zagrać o pełną stawkę: o wielką, nieskończoną miłość, która przecież wymaga otwartości i uczciwości.

– Zuza, słuchaj, napiszę ci o tym wprost. Nie będę się ceregielił i tracił czasu na przydługie wstępy. A ty rób z tym, co chcesz. Śmiej się, uciekaj, nazywaj mnie zwyrodnialcem. Postąp tak, jak ci serce podyktuje. Każdą twoją reakcję zrozumiem. Otóż, Zuza, moim ulubionym zajęciem jest kolekcjonowanie kłaczków z pępka. Na pewno wiesz, co to są kłaczki z pępka, prawda? Zawsze się w pępku zbierają takie małe włochate kuleczki. Powstają z nitek ubrań, z kurzu i potu. I co ciekawe, zawsze są barwy niebieskiej, niezależnie od tego, jakiego koloru jest tkanina, z której uszyto ubranie. Gdy włożysz czarne spodnie, to kłaczki i tak będą niebieskie.  Moja była dziewczyna, taka Wiola, uwielbiała czerwone spódnice. Każdego dnia je nosiła. W zasadzie nie kupowała niczego innego. I wyobraź sobie, że kłaczki w jej pępku nie były czerwone, tylko właśnie niebieskie, wręcz lazurowe. Takie jak przepastne letnie niebo, które wisi w czerwcu nad łąką. To były najpiękniejsze kłaczki na świecie. Właśnie takie kłaczki kolekcjonuję. To znaczy nie tylko takie ładne, brzydkie też. Wszystkie zbieram. Regularne, nieposzarpane, o łagodnej, kulistej postaci, ale i takie rozwichrzone, postrzępione, nieforemne. Nie ma kłaczka, którym bym wzgardził. Wyjmuję taki kłaczek z pępka – teraz, kiedy jestem samotny, do dyspozycji mam tylko pępek własny – oglądam go czule i delikatnie pod światło, uśmiecham się do niego, a potem wkładam do małego foliowego woreczka, do takiego, w jakim się przechowuje działkę narkotyku, i odkładam do specjalnej szkatuły. To dość duża szkatuła, bardzo droga, z drewna mahoniowego. Właśnie zapełniam już piątą taką szkatułę. Przez ostatnią dekadę zebrałem chyba z tysiąc kłaczków, a może ciut więcej. Nie wiem, nie ewidencjonuję ich. Nie mam żadnej listy, nie przydzielam kłaczkom żadnych numerów. Po prostu wieczorami siadam na tarasie, otwieram szkatuły i patrzę na te zebrane przez siebie kłaczki z takim ogniem w oczach, jakby te moje zbiory były złotym runem. Nalewam sobie potem wino, włączam Roberta Planta i wspominam czasy szkolne. Wszystkie moje niespełnione miłości, stracone szanse, umarłe nadzieje, ale i to, co było dobre i udane: zwycięstwa w konkursach plastycznych i trwałe przyjaźnie. Czy chciałabyś do mnie dołączyć, Zuzanno? Siadać razem ze mną na moim pięknym dębowym tarasie, otwierać zdobne mahoniowe szkatuły i wpatrywać się w te przedziwne struktury wyjęte z pępka? I snuć bez cienia lęku plany na przyszłość, mówić sobie wprost, jak nam jest ze sobą dobrze, jak spokojnie i bezpiecznie? A może chciałabyś ubogacić moją kolekcję kłaczków? Uzupełnić ją o twoje kłaczki, wyjęte z twojego pępka? Moglibyśmy je wyjmować razem przy świetle księżyca. Gmerałabyś sobie w pępku, leżąc na moich kolanach, a Frank Sinatra puszczony ze Spotify śpiewałby, że nasza miłość to jedyna rzecz w kosmosie, na którą powinniśmy zwracać uwagę. Zuzanno, daj znać, co o tym wszystkim myślisz. Czy ci się to choć odrobinę podoba. Czekam na twoją wiadomość. Oczywiście zrozumiem, jeśli postanowisz mnie zbanować.

Wcisnąłem „enter” i mój wylewny liścik popłynął po światłowodzie prosto do dziewczyny. Wstałem od biurka i poszedłem do toalety. Spuściłem spodnie i spostrzegłem, że wielki, kłębiasty kłaczek, zrodzony z kudłatych, wełnianych dresów, które lubiłem wkładać jesienią, prężył się w moim pępku tak dumnie jak Statua Wolności u wejścia do nowojorskiego portu. Wyjąłem go delikatnie dwoma palcami i popatrzyłem na niego z takim zachwytem, jaki pewnie towarzyszył Pasteurowi, gdy po raz pierwszy w życiu zobaczył mikroby. „Jesteś przepiękny, kłaczku. Chciałbym z całego serca, żeby Zuzanna cię doceniła. Ciebie i wszystkich twoich kolegów, których przez lata zgromadziłem” – powiedziałem głośno i bardzo wyraźnie, jakbym wierzył, że te moje słowa mogą dotrzeć do Zuzanny. Zaraz potem usłyszałem, że w pokoju zaświergotał komputer. Wybiegłem z łazienki i spojrzałem na monitor. Na górnej belce portalu randkowego migotał symbol koperty. Serce mi łomotało jak po ukończeniu triatlonu i wypiciu jednym haustem dwóch litrów coca-coli. Drżącą ręką przesunąłem kursor, kliknąłem i na ekranie wyświetlił się krótki list. Zuzanna pisała:

– Drogi Grzesiu, być może mnie odtrącisz, ale muszę być prawdomówna: nie jestem w stanie dzielić się z tobą swoimi kłaczkami, bo kłaczki w moim pępku się nie zbierają. Nie miałam nigdy ani jednego. Nie miałam, bo mój pępek nie jest wklęsły, lecz wypukły. Z pewnością wiesz, że są dwa rodzaje pępków, zamknięte i otwarte, a ja jestem posiadaczką tego pierwszego. Takie pępki są wyjątkowo niekłaczkogenne, nie ma nawet cienia szansy, żeby urodziły choć ułamek kłaczka. Jest mi naprawdę bardzo smutno, że muszę ci przekazać tę złą wiadomość. Mam ogromne wyrzuty sumienia, chociaż nie powinnam sobie niczego wytykać, to nie jest moja wina, tak mi po prostu odpadł kikut pępowiny, że powstał taki pępek, a nie inny. To sprawa losu, ślepego, bezwzględnego losu. Czy mimo wszystko zechcesz mi dać szansę? Pójdziemy na kawę?

Trzasnąłem klapą laptopa. Nie było bardziej rozczarowujących ludzi na całym świecie niż ci z wypukłymi pępkami.

REDAKCJA: Patryk Kosenda
KOREKTA: Maciej Kiełbas


Jarosław Dudycz – autor rozmaitych tekstów, w tym opowiadań, publikowanych w różnych miejscach. Aktywista internetowy, pilny widz meczów piłki nożnej, czytelnik Tomasza Manna. Zwiedził wiele światowych muzeów, mieszka daleko stąd.