Jak poznałem Waszą matkę, oto jest pytanie, nie jest pytaniem po co i nie jest pytaniem dlaczego, nie jest nawet pytaniem czemu, a jeżeli jest, to żadnym, rzadkim i, w gruncie rzeczy, nudnym, gdzie, kiedy, w jaki sposób, oto pytania godne mężczyzny, bo na te pytania mogę odpowiedzieć, ja, wasz Ojciec, (…) bo byłem złym człowiekiem, cokolwiek to znaczy, (…) dlatego snułem wielkie plany, w zaciszu głowy, na końcu myślowych tras, na neuronowych pętlach tramwajowych, plany nie tyle o podboju świata, co o zerwaniu grubej i ciężkiej liny pokoleń, skręconej z niezliczonych, wyprutych życiem żył, liny tak długiej, że nikt nie wiedział, dokąd sięga i kto ją zainicjował, nikt nie wiedział, gdzie się zaczynała, ale ja wiedziałem, gdzie się skończy, bo miała skończyć się na mojej przeambitnej dłoni, która sięgała ku gwiazdom i skupiała w sobie wszystkie proroctwa poprzednich pokoleń, wszystkie marzenia i porażki, całą potomczą powtarzalność, replikację głów, poglądów, wierzeń, wszystko to miało umilknąć, implodować, zogniskować się na mnie, na ostatnim z rodu Setytów, wybranych przez Jahwe następców Abla, tak, to właśnie ja miałem zebrać w garści wszystką niechęć do niebytu, jaką kiedykolwiek żywili moi przodkowie, miałem zebrać cały ich gniew, cały lęk i bezsilność, palące pragnienie ogniotrwałości, strach przed śmiercią udający zachwyt nad życiem, jak ujął to wujek Schopenhauer, cały ten taśmociąg genów, wszystko to miało skończyć się na mnie, na ostatnim z Setytów, i miało skończyć się w sposób cudowny, niewybaczalny i podmalowany oklaskami tchórzliwej publiki, dlatego nie byłem w swych oczach uciekinierem, lecz wykonawcą testamentu, który odcyfrować mogłem tylko ja, testamentu, do którego wszyscy święci przodkowie dopisywali swoje żądze, zachcianki, mrzonki i sny, czyli cierpienia, i przedmioty, domy, konie, auta i inne nabytki, bezcenne, bo przecież nie ma ceny coś, czego nikt nie chciałby kupić, więc odczytując z wolna legat sporządzony przez setki rąk, zastanawiałem się, co zrobić z tym majątkiem nieszczęść, z tymi krwawymi kokosami, z infrastrukturą pragnień, z tym antyskarbem, albo skarbem-bombą, która nigdy nie wybucha, ale wiecznie rośnie, jak kosmiczny wągr, i przez chwilę, dłuższą chwilę, przez kilka krótkich lat, myślałem, że jedyne, co odziedziczyłem, to dług, który gdzieś, komuś, za coś, muszę w końcu spłacić, mimo że nigdy go nie zaciągnąłem, myślałem, że jestem chłopem pańszczyźnianym na boskiej orce, niewolnikiem z Alabamy, co nie dożył tej dobrej wojny, (…) ale potem, kiedy zacząłem czytać testament dokładniej, zobaczyłem, że wcale nie ma w nim długów, że wszystkie śmierci i płakania, ostatnie wdechy i wydechy, których nabawiłem się po poczęciu jak FAS, że to wszystko zostało mi dane za darmo i że mogę z tym zrobić, co tylko zechcę, bo to ja jestem ostatnim sukcesorem, bo to ja jestem wielkim utracjuszem, bo to ja mam za zadanie roztrwonić to wszystko, żeby nie zostało nic, co trzeba byłoby ciągnąć dalej za sobą, całą karawanę Setytów, cały cyrk generacji, całą historię apdejtów i szczegółowe release notes o następnych pokoleniach, do tego właśnie doszedłem, i tym sposobem dotarłem do drzwi burdelu w którejś z gorszych dzielni mojej jaźni, gdzie zapuszczają się tylko myśli samobójcze, obłędy i nałogi, zwarte po pijaku w miłosnych trójkątach, obślinione, bezzębne, roześmiane, nabombione, i w tym właśnie burdelu, pod szyldem Samotność, spotkałem swoją panią, Ambicję, więc sunąłem do przodu jak nieszczęśliwa strzała, a mieszkałem wtedy w samym środku Miasta Babel, na jednym z niezliczonych pięter, pomiędzy blokami takimi jak mój, budząc się co wieczór, żeby patrzeć na światełka miejskie, otwierające się jak oczy i błyszczące jak papierki po cukierkach, porozrzucane przez ludzi takich jak ja, którzy jednak, według mego planu, mieli być inni niż ja, mieli być wierszem idioty odbitym na powielaczu, czarno-białym i szablonowatym, ulotnym jak ulotka, a ja miałem być tym, kto te ludzkie ulotki roznosi, kto je projektuje, edytuje, drukuje i wpycha, gdzie tylko ma ochotę, dlatego budząc się co wieczór, by popatrzeć na sztuczne światła, ubierałem się pośpiesznie, (…) brałem do ręki klucze rozszczękane jak wietrzne dzwoneczki, zakładałem zeszłoroczne buty, płaszcz, czapkę i wychodziłem na zewnątrz, zamykając drzwi i przekręcając klucz tylko raz, co irytowało połowę moich współlokatorów, których imion nie potrafiłem spamiętać, których nigdy nie udało mi się nawet zliczyć, a potem, zeskakując po schodach, omijając co drugi, co trzeci stopień, po ciemku, przez klatkę pachnącą odgrzewanymi kotletami przywiezionymi z domów rodzinnych przez weekend, trzymając się barierki jak psa przewodnika, który sprowadzi mnie na bruk, zeskakiwałem bardzo szybko, żeby nie zdążyć zahaczyć o żadnego z sąsiadów, którzy niechybnie ściągnęliby mnie z wyznaczonego toru i wessali do któregoś z zadymionych mieszkań, na urodziny, imieniny, stypy, juwenalia, trwające wiecznie jak Miasto Babel, jak piana dni, która zawsze zbierze się na brzegu, jak syf, który gołym okiem da się odnaleźć nawet na najczystszych chodnikach najczystszych dzielnic Miasta Babel, takich jak Berno, Sztokholm, Bazylea, bo tam też zbierają się z krzykiem ludzie bezczynni, wieczni homo ludens, tacy jak moi ówcześni sąsiedzi, rozchuchani, rozruchani, roztrzaskani o ściany swoich parujących głów, a moim zadaniem było ich ominąć, żebym nie stracił z oczu nikłego, lecz niezagaszalnego światełka, jedynego wśród wszystkich miejskich światełek, które kiedyś się roznieci i podpali wszystkie głowy niedowiarków, ukazując mą prawdziwą postać, a rozniecić miało się samo, byłem tego pewien, nie musiałem nawet wierzyć, po prostu wiedziałem, że moje imię, Noe, jest ostatnim imieniem z rodu Setytów, które wszystko uwieńczy, jak szpikulec na choince, dręczyło mnie tylko, że nikt tego światełka nie widzi, i że nikomu nie mogłem o nim opowiedzieć, bo nikt by mi nie uwierzył, dlatego musiałem się powstrzymywać, ukrywać jak policjant w cywilu, i czekać, aż stanie się to, co miało się stać, i taka była moja wiara, moja wiara w siebie, jedyna, jaką miałem, póki nie usłyszałem Głosu Pana, ale to zdarzyło się o wiele lat później, to zdarzyło się niedawno, a teraz popatrzcie jeszcze raz, jak schodzę ze schodów, idę ciemnym korytarzem, nad głową słyszę czyjeś kroki, ktoś mnie woła, ale nie po imieniu, udaję, że nie słyszę, dobijam do drzwi, wysokich, ciężkich, drewnianych i wychodzę na miasto, wychodzę na Miasto, popatrzcie, jak szybko kieruję się w lewo, jak bardzo wiem, dokąd iść, jak zdecydowany mam krok, jak spokojny oddech, bo oto idę nałykać się świata, który będzie mi się kłaniał, jak mniemałem, oto idę poznać moich przyszłych poddanych, jak byłem przekonany, więc pewnym krokiem maszeruję przez ulice ponazywane w trzynastu alfabetach Miasta Babel, większości których nie umiem przeczytać, ale wiem, jak brzmią i wiem, jak je znaleźć, dlatego przemierzam Planty, Plac Wolności i Washington Square, nucąc Counting Crows, a zza każdego rogu wyłania się następny, i ci, co nie wiedzą, dokąd iść, już są zgubieni, bo Miasto jest okrągłe, a bramy są dwie, wejściowa i wyjściowa, i nie ma apelacji, ale popatrzcie, jak bardzo wiem, gdzie mam iść, jak zręcznie manewruję pomiędzy lusterkami samochodów i wózkami z dziećmi, jak przebiegam na czerwonym, jak wsiadam w Elevador da Bica, która wynosi mnie z Lizbony na Krym, a potem już tylko dwa kroki do Soho i w dół, ku Itabashi, gdzie odbywa się bankiet, na którym podsłucham myśli moich przyszłych poddanych, jak mniemałem, dowiem się o nich rzeczy, których nie mógłbym się dowiedzieć potem, kiedy moje światełko się rozpali, spopielając pozory mojej szaroburości, jak mniemałem, bankiet ten natomiast wybrałem z zawiści, bo doskonale wiedziałem, kto na nim będzie, i że będą to ludzie, których imiona i nazwiska znam na pamięć, chociaż na to nie zasługują, ludzie, którzy okazali się na tyle bezczelni, by wmówić Miastu, jacy są zdolni, jacy piękni i jacy pracowici, a Babel, ten zgrzybiały starzec o naiwności dziecka, już zaczynał im wierzyć, już zaczynał ich czcić, już zaczynał gromadzić się wokół ich stóp, wpierw wysyłając swe najmniejsze sługi, ludzi wątłych, potrzebujących sztucznych źródeł światła, aby móc się pławić w blasku cudzej chwały, a potem rzucając na pastwę wątpliwej jakości charyzmy coraz to grubsze ryby, co obrzydza mnie nawet do dziś, nawet po usłyszeniu Głosu Pana, nie dziwcie się więc, że obrzydzało mnie wtedy, skoro byłem, jaki byłem, skoro robiłem, co robiłem, nie dziwcie się więc, że podchodzę pod drzwi właściwego mieszkania i pukam po trzykroć, próbując przebić się przez dobiegającą ze środka muzykę, nie dziwcie się, że czekam grzecznie, aż ktoś mi otworzy, ale nikt się nie kwapi, nikogo nie obchodzi, czy tu jestem, czy nie, bo oni jeszcze nie wiedzą, tak właśnie myślałem, a, naczekawszy się minut kilka, otwieram drzwi sam, bo oczywiście są otwarte, a czekałem tylko po to, żeby poczuć się wpuszczonym, ale nie jest mi to dane, jeszcze jest za wcześnie, wchodzę więc ukradkiem, jak przez drzwiczki dla psa, ściągam płaszcz i rzucam go na ziemię obok sterty kurtek, szalików, rękawiczek, czapek, butów, a potem próbuję zaciągnąć się powietrzem gęstym od rozmów przebiegających obok, bez mojego udziału, zupełnie jakbym był, uwaga, spoiler, martwym chłopcem z Szóstego Zmysłu, zupełnie jakby świat mógł istnieć beze mnie, a z tym nigdy nie umiałem się pogodzić, z tym zawsze miałem problem, nawet moja małość była zbyt mała, bym mógł ją wtedy dostrzec, bo kochałem się w sobie miłością zdradliwą, miłością, jaką kocha się dziecko pchane siłą na lekcje fletu, baletu, tajskiego i szermierki, miałem w stosunku do siebie plan stuletni, który Miasto Babel miało za mnie wykonać, (…) uchylam więc drzwi i czuję na sobie spojrzenia, z lewa, z prawa, z dołu, z przodu, ale wszystkie z góry, wszystkie z góry, więc kulę się w sobie, wiedząc, że o mnie nie wiedzą, świadomy ich nieświadomości, wybaczający, bo nie wiedzą, co czynią, uśmiecham się najzwyczajniej jak tylko potrafię, i siadam w rogu jak kwiatek z puszką w ręku, rozglądając się po słabo oświetlonym pokoju, po ładnych przedmiotach przyćmionych obecnością ładnych ludzi, po książkach, na które jeszcze mnie nie stać, po obrazach, których znaczeń nie rozumiem, po wszystkim co niechybnie zostanie mi dane, ale jeszcze nie teraz, bo jeszcze jestem wygnańcem, (…) bo jeszcze jestem słaby, jeszcze muszę się skradać, patrzę więc na nich tak samo jak wszyscy i widzę trzy pary oczu i uszu, trzy nosy, troje ust i dziewięćdziesiąt sześć zębów, co dodaje mi sił, bo widzę jak na dłoni, że to tylko ludzie, jak wszyscy dookoła, jak nie ja, patrzę więc na pierwszą twarz, obrośniętą niedbałym na pozór zarostem, schowaną za okularami noszonymi wedle najnowszej mody, z lewej oświetloną przyciemnioną żarówką, z prawej zakrytą zespołem cieni, z długimi jak na męskie rzęsami, które dodają jej gynandromorficznego uroku, przeciętą ustami czerwonymi jak rana, zamkniętą od góry przez ruchliwe brwi, pogłębioną przez zapadnięte oczodoły, które świecą smutkiem, rezygnacją, moralną wyższością, jak u męczennika, i to ta właśnie twarz wkurwia mnie najbardziej, to na niej skupione są wszystkie spojrzenia, to przez nią nikt mnie nie widzi i nie chce zobaczyć, bo to ona należy do młodego, przebystrego chłopca, którego już zaczęto nazywać pisarzem, wokół którego zaczęto gromadzić już siły, któremu pod dupą już rośnie lektyka, a tragarze wyrastają spod ziemi jak kwiaty, jak zielone pnącza gotowe, by go objąć, strawić, wlać w siebie jak jeden z alkoholi, podczas gdy on opowiada, że pisanie książki jest jak robienie kupy, bo trzeba się wysilić, ale jest całkiem przyjemne, a dużo zależy od tego, co wcześniej w siebie wrzucisz, i śmierdzi, ale bardziej innym niż tobie, a na końcu, kiedy odwracasz się za siebie, widzisz, że i tak gówno z tego wyszło, a wszyscy słuchają go jak papieskiej mowy noworocznej, ale nie to jest najgorsze, o ile potraficie mnie zrozumieć, nie to jest najgorsze, że oto jestem świadkiem narodzin fałszywego proroka, że oto widzę stada moich braci prowadzonych na intelektualną rzeź, nie to jest najgorsze, bo najgorsze jest to, że właściciel tej twarzy jest o całe dwa lata młodszy ode mnie, czy rozumiecie, jest o całe dwa lata młodszy ode mnie, jest o dwa lata do przodu, o dwa lata świeższy, ma o dwa lata więcej perspektyw i o dwa lata krócej umiera ode mnie, ale już zamachał zręcznie rękoma i już przyciągnął ku sobie dziatki, uczniów, uczennice, i już będzie ich zbawiał od miazmatów nudy, zapewniał rozrywkę, dostarczał pożywkę, karmił raczkującą legendą, toposem młodego twórcy, bo to on natchniony i młody był, to on wpadł na walającą mu się gdzieś po kieszeniach receptę na charyzmę, i nie mogę tego znieść, zżera mnie to od środka, toczy mnie jak robak, pali żywym ogniem, czuję się jak Antonio Salieri przy Amadeuszu, jakby ktoś żywcem wyrywał ze mnie coś, co należy do mnie, serce, wątrobę albo inną nerkę, dlatego nie mogę mu tego ot tak wybaczyć, nie mogę zapomnieć i przejść do porządku dziennego, bo oto tracę światło, którego potrzebuję, oto odchodzę w niepamięć, ginę w odmętach tłumu, mały, nieważki, absurdalnie pyci-pyci, i nie ma dla mnie gorszego bólu, nie ma gorszej kary, więc wpatruję się w twarz nowo ochrzczonego boga wzrokiem myśliwego, atakuję go spojrzeniem, z którym nigdy nie miałem problemu, prosto w oczy, bezpośrednio w te przecenione źrenice, żeby wiedział, że nie jest tu sam, żeby poczuł, jak grunt usuwa mu się spod wypudrowanych stóp, ale jeszcze nic nie mówię, jeszcze nie mogę się ujawnić, czekam cierpliwie, przyczajony w szuwarach tłumu, (…) w którym każdy zdaje się mieć własne zdanie na każdy temat, ale umyślnie go nie wypowiada, a każda twarz jest zimna od mniemania o sobie samej, tak zimna, że aż zastanawiam się, czemu właściwie zależy mi na ocenie takich ludzi, czemu uganiam się za ochłapami opinii, pochwał, deklaracji rzucanych za ramię jak papierek, skoro mógłbym być sam dla siebie, być własną publicznością, czytać własne nienapisane książki i dumać o ich nieskażonej rzeczywistością wielkości, i zastanawiam się, czemu nie mogę być lustrem sam dla siebie, tylko potrzebuję przeglądać się w cudzych źrenicach, czemu potrzebuję pociechy cieni, czemu nie wystarczy mi mój własny cień, z którym chodziłbym po ulicach Miasta i nucił ja wlokę go, on wlecze mnie, (…) i on bardzo dobrze to wie, podejrzewam, wie, czym lepi się ludzkie cegiełki, gdzie kupić cement, a gdzie wynająć murarzy, więc buduje katedrę swojej małej legendy, bazylikę mniejszą, z witrażami umęczonych oczu, z płatnym wstępem i odnowioną rozetą, ale przeraźliwie pustą w środku, a ja stoję z boku z czystą kielnią w ręku i patrzę na moją pustą działkę położoną obok jego świątyni, zastanawiając się, czy jest sens wykopywać fundamenty, ale przede wszystkim knując zamach bombowy na jego bazylikę, bo ciężko się buduje, kiedy dom sąsiada jest zbyt wysoki, tak wtedy myślałem, a on cały czas mówi, fałszywie znudzony, mimowolnie zadowolony, jak kot, malując na twarzach zasłuchanych rówieśników obraz nieistniejącego a już sprzedanego dzieła, prowadząc agresywny marketing ducha, budując nastroje, żonglując oczekiwaniami, a ja patrzę coraz bardziej przerażony po twarzach zapatrzonych w jego twarz, bo zdają mi się niczym ryby, nieme, śliskie i złapane na przynętę nie dlatego nawet, że jest smaczna, ale dlatego, że są głodne, i dlatego, że inne ryby też do niej płyną, i przeraża mnie to, bo czuję łuski ocierające się o moją skórę, czuję prąd spychający mnie w głąb, czuję zew dna, podczas gdy wszystkie ryby prą do góry, ku przynęcie, ku powierzchni, ku gwiezdnemu wędkarzowi, oni do góry, ja na dno, wołając niemo, że też jestem wędkarzem, że też mam przynętę schowaną gdzieś w najgłębszą kieszeń, tylko nie zacząłem jeszcze łowić, bo ciężko łowić będąc pod powierzchnią, gdzie można tylko gołymi rękami łapać ryby za ich śliskie ogony, i nawet dziewczyna znająca moje imię chyba zauważa moją pogarszającą się kondycję, bo przestaje mówić Noe to, Noe tamto i nie patrzy już na mnie, i nie mówi już do mnie, aż w końcu miarka się przebiera i nie mogę już wytrzymać i mówię: a ja też piszę książkę, ale nic się nie dzieje, on nie przestaje mówić, nikt nie przestaje go słuchać, rozglądam się dookoła, ale nikt na mnie nie patrzy, być może powiedziałem to za cicho, być może w ogóle tego nie powiedziałem, być może zginęło to w jego słowach albo w moich myślach, powtarzam więc odrobinę głośniej: a ja też piszę książkę, ale dalej nic, nie ma przełomu, nadal wiem, że tonę i oni wszyscy są coraz wyżej, płyną ku obcej przynęcie, a ja czuję coraz chłodniejszą wodę pod moimi stopami, która wydaje się jakby znajoma, ale jeszcze nie ma pod nią dna, a może jest, ale boję się popatrzeć w dół, próbuję więc ostatni raz, nieco głośniej, i ze szczyptą rozpaczy, która wypływa ze mnie jak sól, mówię:

a ja też piszę książkę

i nastaje zupełna cisza, bo on milknie, a ja słyszę tylko odwracane głowy i marszczone brwi, wpatrując się w jego twarz i wykrzywiając usta, i czuję na sobie spojrzenia, jedno, drugie, trzecie, ale to nie są te same spojrzenia, które rzucano jemu, to nie są uśmiechy, które chciałem wywołać, to nie jest śmiech jakiego pragnąłem, to nie ten rodzaj uwagi, po który wyciągałem ręce, to nie ta zabawka, o którą mi chodziło, to nie ta sukienka, którą zobaczyłem na wystawie, jeszcze dla testu wypuszczam sondę spojrzeń, prosto przed siebie, gdzie naprzeciwko mnie siedzi dziewczyna z włosami koloru śniegu i ustami namalowanymi czerwonym cienkopisem, ale patrzy w podłogę, obok niej siedzi chłopak z poskręcaną brodą i oczami torreadora, ale on analizuje sufit, patrzę w końcu na dziewczynę, która zna moje imię, ale i ona unika mojego błagalnego wzroku, tymczasem cisza przedłuża się niemiłosiernie, smagana oddechami i tłumionymi chrząknięciami, i czuję się, jakbym przerwał mszę w środku kazania, jakbym wszedł w glanach na odnowiony perski dywan, i wiem, że wszyscy czekają, aż on, młody pisarz, wróci do swojej przerwanej opowieści, i nie chcą mnie tutaj, bo zaburzam ich hipsterską homeostazę, bo zamieniam ten pokój w wojnę, widzę to w ich dłoniach przykładanych do czół, w unikających mnie spojrzeniach, w paznokciach, podłogach i sufitach, w które się wpatrują, czekając, aż niezręczność chwili na powrót zamieni się w śmiech, bo to nie miejsce na wyznania, a na pewno nie na moje, i, odczuwszy to boleśnie, wstaję, z oczami otwartymi na oścież, wsłuchany w szept superego, które chce, bym powiedział przepraszam, i zadowolony, że tego nie mówię, a potem wychodzę z pokoju, zamykając za sobą drzwi, które wcześniej były otwarte, i opieram się o ścianę naprzeciwko, zostawiając na niej dwa kleksy potu w kształcie moich dłoni, i dopiero teraz widzę, jaki jestem pijany, jaki jestem napruty, jaki jestem ubzdryngolony, jak plączą mi się nogi, słowa, ludzie, i jak strasznie mi wstyd, że się ujawniłem ze swoim planem zdobycia wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych, i że mój zamiar wyciekł, i że teraz już wszyscy będą wiedzieć, co w sobie noszę, i będą mnie omijać jak chorobę, nie jak trędowatego, ale jak trąd sam w sobie, wszyscy, ci, którzy zostali w zamkniętym przeze mnie pokoju i ci, którzy stoją obok mnie na korytarzu i ci, którzy siedzą we wszystkich pokojach świata, wszyscy już wiedzą, i nigdy nie zapomną, i zawsze będą o tym myśleć, wszyscy będą o mnie myśleć, częściej niż o sobie samych, ale to nie są te myśli, które chciałem wywołać, to nie jest ta sukienka, którą widziałem na wystawie, to pogarda, która oblepia mnie jak sól, wchodzi pod pachy i między palce, wpływa łzawo pod powieki i wżera się w żołądek, ostra, przenikliwa, jak Wdowiec, najostrzejsza potrawa świata, jak powietrze zmienione w gaz pieprzowy, pełza po tobie jak roje latających mrówek, przechodzi przez ciebie jak szerszeniowaty wstyd, zamienia czas w czas pogardy, zamienia spojrzenie w jawną kpinę, (…) aż wychodzę z mieszkania, w którym natrafiłem na czarną żyłę pogardy i idę poszukać ostatecznego rozwiązania kwestii wstydu, potykając się o buty, szaliki i kurtki porozrzucane przy progu, nie słysząc wywodów dziewczyny znającej moje imię, chociaż z pewnością ścigają mnie jak owadzie bumerangi, ale czując jej palący, zapłakany wzrok zsuwający się po moich plecach jak strużka niezasłużonego potu, a potem przestępuję próg i już jestem w innej bajce, w której występują tylko ja i mój nowonarodzony wstyd, niesiony jak napompowane ropą narośle na plecach, emocjonalny rak, którego nie udaje mi się zwalczyć żadną chemią, i ciężko mi schodzić po schodach z takim ładunkiem na barkach, próbuję liczyć stopnie, ale jest ich za dużo, moja pamięć operacyjna kurczy się jak prącie w zimnej wodzie, moja cache jest zapchana do granic możliwości, mogę wykonywać jedynie proste polecenia wydane przez wstyd właśnie, polecenia o treści: jeden stopień, następnie: jeden stopień, i znowu: jeden stopień, i polecenie ciągłe: nie puszczaj barierki, nie puszczaj barierki, więc nie puszczam barierki i stopień po stopniu zstępuję na ziemię, uginając się pod sakwą wstydu, która łaskocze mnie w kark jak przyrośnięty studwudziestolitrowy worek śmieci, otwieram jakieś drzwi i skręcam w prawo, tu też nie ma światła, wyciągam przed siebie ręce i natrafiam na drzwi, opieram się o nie całym ciałem i przechodzę na drugą stronę, gdzieś u góry słychać tę samą imprezę, a może inną, a może kilka naraz, idę do przodu, ale natrafiam na wypchany zielony śmietnik, rozglądam się dookoła i stwierdzam, że jestem na podwórzu, a chciałem wyjść na ulicę, precyzyjnie obliczam obrót o sto osiemdziesiąt stopni i wracam przez te same, uchylone już, drzwi, i znowu przez ten sam korytarz, z rękami przed sobą, natrafiając na inne, większe drzwi i opieram się o nie całym ciałem, aż w końcu ląduję na ulicy, gdzie jest cicho, bardzo cicho, przekraczam chodnik i zatrzymuję się na środku asfaltowej drogi, odwracam się, odczytując tabliczkę z numerem domu, na której wypisano nazwę ulicy w trzynastu nowożytnych alfabetach Miasta, ale nie mogę znaleźć swojego alfabetu, albo przy wyborze kroju pisma nie uwzględniono stanów umysłowych takich jak mój w tej chwili, rezygnuję więc z próby odczytania nazwy ulicy i ruszam w jedną ze stron, próbując zwizualizować sobie mapę tej dzielnicy Miasta, w której bywam bardzo często, w której niemal mieszkam, w której jest jeden, interesujący mnie dziś most, Most im. Pogromców Wstydu, obarczony ciężkimi, ale przydatnymi statystykami na temat skoczków mostowych, mówiących o skuteczności sięgającej dziewięćdziesięciu procent, wydaje mi się, że przypominam sobie, w którym kierunku muszę iść, i że odległość nie jest daleka, ale pozwoli mi na przeprowadzenie sprawnej sesji racjonalizacyjnej, dzięki której uzasadnię swój wybór, a już ruszyłem, zaczynam więc obmyślać argumenty, łapiąc je pod latarniami jak ospałe ćmy, argument numer jeden: myliłem się, argument numer dwa: myliłem się, argument numer trzy: myliłem się po stokroć, bo moja wielkość pozostanie moją na zawsze, bo nikt nigdy jej nie pozna, bo nie umiem jej z siebie wyjąć, bo choć na pewno tam jest, to łatwiej byłoby mi wypruć sobie flaki, niż przekonać wszystkich dookoła, że jest we mnie coś, czego nie widać, i to jest argument jeden, dwa i trzy, i więcej ich nie potrzebuję, przyspieszam więc kroku, zdecydowany jak nigdy, czuję na twarzy śnieg, albo deszcz, a na pewno wiatr, opieram się o czerwonego Forda Ka i macham głową na prawo i lewo jak przemoknięty pies, rżę jak koń, uśmiecham się do siebie i znów ruszam do przodu, wypatrując kogoś, kogo mógłbym powiadomić o swojej ostatecznej decyzji, kogo mógłbym uściskać i powiedzieć, co się stanie, ale nikogo nie znajduję, nikogo nie widzę, słyszę tylko suche kroki odbijające się od ścian jak piłeczki pingpongowe, ale kiedy staję w miejscu, kroki cichną, jakby ktoś mnie śledził i próbował się ukryć, ruszam więc dalej, trudno, nikt się nie dowie, jakoś przeżyję, jak to się mówi, tymczasem próbuję sobie przypomnieć, jak właściwie nazywał się Most im. Pogromców Wstydu, bo przecież nie tak, ale to chyba bez znaczenia, znaczenie ma tylko to, że jest wysoki, że jest wyższy ode mnie, że jest wyższy od wstydu, dochodzę do końca ulicy i skręcam w lewo, klucząc od latarni do latarni, ocieram twarz z deszczu, albo ze śniegu, i idę prosto w stronę Rzeki o Stu Nazwach, na którą mówią Tamiza, Ren, Sekwana, i Bug, i Nil, i Jangcy, i nad którą Starożytni rozpostarli ostatni most mojego życia, a teraz uwaga, drogie dzieci, uwaga, moi święci synowie, zwolnijcie nieco, bo zwalniam i ja, powtórzę więc:

a teraz uwaga,

bo oto wszystkie latarnie wyglądają tak samo, ale jedna z nich nie działa, zgasła, jak myślałem, na pamiątkę czczej rzezi, którą miałem dla się urządzić, staję więc w miejscu, zupełnie skołowany, pomnijcie na mój stan, bo jak to tak, że wszystkie latarnie świecą równo jak armia świetlików na przekór nocy i ciemności wbrew, a ta jedna sobie zgasła, jakby miała wyjebane, przepraszam za wulgaryzm, ale tak wtedy mówiliśmy, drogie dzieci, moi święci synowie, więc zatrzymuję się pod czarną plamą w ciele miasta, pod którą czuję się jak w domu, i tak tam stoję, ukołysany workiem wstydu wciąż wiszącym mi na plecach, z twarzą zbitą deszczem albo śniegiem, a na pewno wiatrem, skończony, rozszyfrowany, złamany jak kod, miauczący jak kot, i oto dostrzegam rozświetlone okno całonocnego sklepu, jak przydrożnej kapliczki, która swoim ciepłem kompensuje wszystkie zepsute latarnie świata, a nad jej drzwiami wisi neon, jak krzyż, mówiący do mnie w trzynastu nowożytnych alfabetach Miasta: Liquor Store, Planeta, Sklep Monopolowy, a obok stoi ściana szkła, z kompozycją butelek o egzotycznych nazwach, wystawionych na pokaz jak przezroczyste manekiny, a za szklaną ścianą, po lewej stronie, za ladą, stoi wątły pan w bryczesach i rozdaje butelki w zamian za kolorowe papierki z rysunkami królów, prezydentów i innych zasłużonych, a naprzeciwko tego pana, po drugiej stronie lady, z twarzą jak kamyczek, w zbyt cienkiej kurtce, z roztańczonymi kosmykami zsuwającymi się z twarzy, stoi Wasza matka i kupuje zapałki, i nagle trzeźwieję, bo w ułamku sekundy wszystko ze mnie spływa, wstyd, nadzieja, samobójstwo, wszystko chowa się gdzieś w obrośniętej mchem klawiaturze chodnika, i widzę tylko ją, Waszą matkę kupującą zapałki, a kiedy już wytrzeźwiałem po rzeczonym ułamku sekundy, kiedy wszystko się przejaśniło, poczułem, że coś łaskocze mnie w dłoń, jak oberwane skrzydło motyla, chrupkie, miękkawe, rozkolorowione, i spoglądam w tę dłoń, prawą, bo to była prawa dłoń, i okazuje się, że w niej trzymam kwiat, prawdziwy kwiat narcyza wielkoprzykoronkowego, żółciejszy niż słońce, i nagle, bez guglowania, nagle wiem, że narcyzy są mrozoodporne i przyjmują się na każdej przepuszczalnej glebie, i że narcyzy wydzielają sok szkodzący innym roślinom, i że kwiat narcyza składa się z sześciu płatków, i że płatki mogą być żółte jak zazdrość albo białe jak śmierć, a mój jest biało-żółty, i cała ta wiedza uderza mnie jak grom, i kwiat przyklejony do mojej ręki nagle ląduje na ulicy, zgniatany moim własnym butem, umyślnie, z wściekłością, bo nareszcie mogę skupić się na kobiecie kupującej zapałki, na kobiecie z zapałkami, która szuka drobnych w swojej płóciennej torbie, roztargniona, z sercem na języku, z prawą ręką nieustannie próbującą odgonić kosmyk włosów, z prawą nogą wyprostowaną, a lewą nogą zgiętą, jakby zwlekała z tańcem na rozpoczęcie walca, który usłyszy tylko ona, a ja stoję w cieniu zepsutej latarni, z nogą na kwiecie narcyza, z językiem na wierzchu, z oczami na feromonowych wysięgnikach, i patrzę na nią przez szybę, czekając aż wyjdzie, aż zacznie się ruszać, aż mnie zauważy, i w końcu dostaje zapałki w zamian za monetę i wychodzi ze sklepu z pudełkiem w ręku, ale potyka się na stopniu, i pudełko wypada jej z rąk, uderza o chodnik i w kilku nierównych podskokach ląduje pod moimi nogami, i wtedy podniosłem je i przeczytałem napis na pudełku, który głosił: Zapałki Czechowice, w trzynastu alfabetach Miasta Babel, a ona przytrzymała się ściany budynku jak ostatniej barierki w jej życiu, poprawiła włosy, wzięła głęboki oddech i podeszła do mnie, wyciągając rękę po zapałki, i nic nie mówiła, ale zdawało mi się, że pyta, cześć, kim jesteś, i wydawało mi się, że ja odpowiadam, nie wiem, ale chciałbym być pisarzem, i że ona znów pyta, a co napisałeś, i że ja odpowiadam, jeszcze nic, i nienawidzę tych, którzy napisali cokolwiek, i że ona odpowiada, zostaw to wszystko i pójdź za mną, mam dla ciebie miłość, i że ja mówię, co ty gadasz, jak ktoś może mieć miłość dla kogoś takiego jak ja, i że ona mówi, a może i żadna z tych rzeczy nie padła z naszych ust, ale każda została wypowiedziana w najodpowiedniejszy sposób, i pomyślałem, że ten, kto mówił, że należy umierać w porę wcale nie miał racji, i chociaż dobrze wiedziałem, że to właśnie moja pora, chociaż dobrze wiedziałem, że szedłem skoczyć z mostu, to już nie chcę umierać, bo nie ma śmierci w porę, bo tylko życie jest w porę, bo śmierć nie jest w porę nigdy, a życie jest w porę zawsze, bo zawsze jest pora na wkurwianie wszechświata swoją małą porcją ciepła, i zawsze jest pora na zakłócanie tej pieprzonej czarnej homeostazy, tego przenudnego stanu zero, tej zapatrzonej w siebie, zblazowanej nicości, zawsze jest pora na krzyk, którego nikt nie usłyszy, i tak poznałem Waszą matkę, i podałem jej zapałki

 

REDAKCJA: MATEUSZ GÓRNIAK, KOREKTA: BASIA CHOWANIEC

Jakub M. Wiśniewski - muzyk, tekściarz, techwriter. Publikował w "Dzienniku Polskim", Grey Wolfe Publishing, Korporacji Ha!art, "Wizjach", "Helikopterze", kwartalniku "KONTENT", "Interze-" i "Zupełnie Innym Świecie". Wokalista duetu Kirszenbaum, z którym właśnie nagrał w Polskim Radiu debiutancki album "Stypa komedianta" (Karrot Kommando, 2019).