Jezusie Chrystusie Tirowcze,

Panie w Niebiosach i na Ziemi,

módl się za nami bezdrożnymi

i ześlij nam

Tirowców dobrych i odważnych,

albowiem tylko Oni,

Mesjasze, Prorocy, Zbawiciele,

mogą uchronić świat

od niechybnej zagłady,

wioząc nas w stronę światła.

*

            Jechaliśmy w przygaszonym blasku różowego słońca chowającego się za horyzontem sześciopasmowej autostrady. Od czasu do czasu wyprzedzał nas samochód osobowy; niekiedy z naprzeciwka nadjeżdżał tir, który szybko znikał w naszych lusterkach.

            — I ześlij nam Tirowców, wielkich i dobrych… — mamrotałem pod nosem słowa modlitwy.

            — Co tam pieprzysz? — zapytał ostro Grzegorz, który opierał swoje masywne przedramię o czarną kierownicę, nieco już poobdzieraną ze skóry.

            Nie odpowiedziałem na jego pytanie i tylko ukradkiem zerknąłem w jego stronę. Potężny, barczysty: Zbawiciel. Biały zapocony podkoszulek, który miał na sobie, kontrastował z kolorem jego opalonych ramion, po czym zlewał się w jedno z klatką piersiową. Zdarzało się, że przez dziurę w ubraniu mogłem dostrzec jego sutek o barwie pełnotłustej mortadeli.

            — Rzuć mi fajki, co? — powiedział Grzegorz po chwili milczenia, gestem ręki wskazując na czerwone pall malle, które leżały na konsoli za puszką ciepłej, rozgazowanej coli, tuż obok plastikowej zabawki zdobytej w jednym z hawajskich barów – panienki w kwiecistej spódniczce, machającej biodrami przy każdym większym wyboju.

            Podałem mu paczkę. Wyjął z niej zapalniczkę, po czym odpalił papierosa. Wsadził peta w kącik ust. Popiół ze szluga spadał mu na spodenki, przez co wyglądał tak, jak gdyby przyprószył go śnieg. Spoglądając na niego, nie mogłem powstrzymać zachwytu. Nie, to zupełnie nieważne, dlaczego jechałem razem z nim w tym tirze, w tym wehikule wiekuistego spokoju, maszynie zbawienia; ważna była tylko jego misja, od której zależał dobrobyt całego Nowego Przymierza Europy. Poprzez tego Tirowca – Tytana z długimi, przerzedzonymi włosami, Potężnego Mocarza z bąblami wypełnionymi osoczem, które pokrywały jego skórę na karku – zdawał się przemawiać do mnie Największy Porządek.

            Mijaliśmy pola uprawne i pastwiska, a chłopi, którzy akurat przyszli po krowy, aby zaprowadzić je do obór, machali do nas otwartymi dłońmi. Oni wiedzieli wszystko; znali wagę naszej podróży.

            Moglibyśmy jechać tak w nieskończoność, jednak prędko zapadł zmrok, a wyludniona droga zdawała się jeszcze bardziej opustoszała niż za dnia.

            — Zjeżdżamy, jestem zmęczony — zakomunikował Grzegorz.

            Niedługo potem naszym oczom ukazał się znak, który informował, że za piętnaście kilometrów trafimy na motel.

            — Kiedyś już tu spałem — rzucił Grzesiu — i ukradli mi, kurwa, ręcznik.

            Na chwilę zamilkł, po czym dodał:

            — No, ale nie ma za bardzo innej opcji.

            Rzeczywiście, po kilku minutach jazdy zauważyliśmy motelik, nad którym górował gigantyczny neonowy napis: „Gutes Motel. Unterkunft. Essen”. Tuż pod nim wisiał nieco mniejszy neon: „Bar 24h”. Wjechaliśmy na prawy pas, z niego skręciliśmy w żwirowaną dróżkę, a następnie zaparkowaliśmy pośród innych tirów. Naliczyłem około dwadzieścia pięknych, dostojnych maszyn o lśniących felgach, rydwanów słońca, rzymskich galer wiozących złoto, wino oraz najcenniejsze przyprawy. Grzegorz kazał mi zamknąć okno, po czym wyjął kluczki ze stacyjki i mocnym szarpnięciem otworzył drzwi. Zeskoczył na ziemię, a gruby żwir chrupnął pod naciskiem jego sandałów. Przeciągnął się, usłyszałem trzask stawów i kości.

            — Idziesz, czy nie? — krzyknął, po czym ruszył w stronę niewielkiej grupki Tirowców stojących pod motelowym barem.

            Ostrożnie zszedłem po schodkach. Jeszcze ich nie widziałem. Zbliżałem się powoli, w ciszy, nie chcąc stracić ani słowa z ich rozmowy.

            — No siema mobilki, hehe — usłyszałem Grześka, który witał się z Tirowcami, mocno ściskając ich potężne, męskie dłonie; mogłem tylko wyobrażać sobie, jak prężą, jak wibrują i napinają się ich mięśnie; jak grube żyły pompujące ich krew – wysokooktanowe, czerwone paliwo – wychodzą na wierzch, chcąc wybuchnąć z przepełnienia.

            Wyjrzałem wreszcie zza naszego tira i spoglądałem na nich z uwagą. Blask motelowego neonu oświetlał ich blade, nieopalone ciała, ich obwisłe skóry pokryte setkami owłosionych pieprzyków.

            — Co wieziesz? — spytali od razu Grześka.

            — A tam, kurwa, chińskie buły do wypiekania, kabanosy jakieś, chuj wie co, jak dają, to jadę — odpowiedział Grzegorz, wtykając w usta pall malla.

            — No, no, hehe! — wtórowali mu Tirowcy. — A sam jedziesz, czy ktoś cię zmienia?

            — Ee, jakiś gówniarz się do mnie przykleił pod Frankfurtem, mówił, kurwa, że jedzie do dawnej Polski, do babci czy chuj wie gdzie, to go wziąłem na pakę, co mam nie wziąć gnoja jakiegoś, co mi kurwa szkodzi, sami wiecie — odpalił papierosa. — A wy dokąd?

            Wtedy okazało się, że Bartek jedzie z dawnej Polski przez dawne Niemcy do dawnej Francji, Patryk z dawnych Niemiec do dawnej Polski, Artur przejeżdża przez dawne Niemcy w stronę dawnej Holandii, a Damian trochę zabłądził, bo jest świeży i od dwóch dni powinien być w dawnej Belgii, więc na pewno potrącą mu z pensji te nadpsute marchewki, ale ziemniaczki nadal się trzymają, dlatego prześpi się tylko dwie godzinki i jedzie dalej. A w ogóle to pierdoli to całe Nowe Przymierze, bo nie można się zorientować, gdzie trzeba skręcać i co to za pomysł, żeby wszystkie znaki drogowe były, kurwa, po norwesku.

            — No — zaczęli mu tłumaczyć Tirowcy — jest, jak jest.

            Damian w odpowiedzi rzucił peta na ziemię i zgniótł go podeszwą buta, po czym powiedział, że idzie sobie zamówić browara. Skierował się do baru, a ja wypadłem wtedy zza tira, szybkim krokiem podszedłem do mężczyzn i wypełniłem pustą przestrzeń swoim ciałem, drżąc przy tym z podekscytowania. Patrzyłem na nich, na cztery torsy odziane w przepocone białe podkoszulki, dumnie wypięte w mesjańskiej pasji, lecz jednocześnie skromne, świadome własnej potęgi.

            — Ty, koleś, a ty co za jeden? — zapytał mnie jeden z Tirowców, chyba Patryk.

            Chciałem coś odpowiedzieć, ale skupiałem się tylko na tym, by nie dygotały mi kolana. Powietrze astmatycznie świszczało w moich płucach.

            — A, to ten ode mnie, co wam mówiłem — rzucił Grzegorz, zanim zdążyłem choćby otworzyć usta i odwrócił się do mnie. — Te, młody, a piwko byś dupnął?

            Moje oczy rozszerzyły się w niemym zachwycie, na co Tirowcy zareagowali donośnym rechotem:

            — No dupnąłby, zobacz na niego, hehe, dupnąłby, a jak! — któryś z nich klepnął mnie w ramię tak mocno, że aż się zachwiałem.

            Grzegorz poszedł do baru, po czym wrócił z dwiema puszkami mocnego, niemieckiego piwa, którego nazwy nie potrafiłem wymówić. Zaczęliśmy pić, a każdy łyk lodowatego napoju przepływał przez moje gardło, które pulsowało w ekstatycznym rytmie. Grzesiek skończył pierwszy i zmiażdżył puszkę między rękami; jego siła nie znała granic.

            — Idę po drugie, chcesz? — zapytał mnie, na co ja, nadal przyssany do piwa, tylko pokiwałem głową, przełykając jeszcze szybciej.

            Potem wypiliśmy jeszcze trzecie, a Grzegorz nawet czwarte, ale mnie zaczęło kręcić się w głowie, chwiałem się na nogach, poza tym rozmowa przestała się kleić, więc Damian poszedł spać do swojego tira, a Bartek, Artur i Patryk wybrali się na pobliską stację benzynową po hot-dogi.

            — Poczekaj tu chwilę — mruknął Grzesiek, patrząc nieufnie, jak przestępuję z nogi na nogę — a ja nam załatwię pokój — dodał.

            Chwilę później wybiegł z motelu, krzycząc, że to kurewskie nieporozumienie płacić pięć dych za dwuosobowy pokój i że jak się chcą te hotelarskie kurwy tak bawić, to on będzie spał w tirze na ich własnym parkingu i niech tylko spróbują go wypierdolić. Kiedy tak truchtał w tej wrzącej furii, fałda tłuszczu na jego brzuchu podskakiwała nobliwie z każdym krokiem, a czapka z daszkiem, którą trzymał na nigdy nie mytych włosach, ześlizgiwała się na tył jego głowy.

            Weszliśmy więc po schodkach do tira, po czym Grzegorz złożył jeden z foteli. Moim oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie w głębi auta. Na podłodze leżał dość duży, co najmniej dwuosobowy materac zasłany brudnawym prześcieradłem, obok niego otwarta paczka chusteczek do nosa i kilka pustych butelek, w których kiedyś znajdował się niebieski Powerade.

            — No, kładź się młody, bo rano jedziemy dalej — wymamrotał Grzegorz i sam położył się po lewej stronie materaca.

            Wyciągnął z kieszeni rybackich szortów nieco wymiętą już paczkę petów, po czym wsadził jednego między zęby i odpalił. Leżeliśmy tak razem, w ciszy, wpatrując się w podziurawiony dach tira, przez który docierało do nas neonowe światło motelu. Ten dach przypominał gwieździste niebo, przez co czułem się tak, jakbym wyjechał z ojcem na biwak, chociaż nigdy nie byłem na biwaku, a przede wszystkim – nigdy nie miałem ojca, nie miałem też matki; moją rodziną było Nowe Przymierze Europy.

            Papierosowy dym ulatniał się przez dziury, zdawało mi się zresztą, że i my zbliżamy się do Nieba.

            — Jezusie Chrystusie Tirowcze, Panie w Niebiosach i na Ziemi, módl się za mną, bezdrożnym, i zechciej ofiarować mi miejsce w raju, albowiem jestem wiernym, który czeka na wniebowzięcie — bezgłośnie poruszałem wargami, a słowa modlitwy wybrzmiewały w mojej głowie. — I pobłogosław tego oto leżącego przy mnie Proroka, który prócz dobrej nowiny obdarowuje nas chlebem, mięsem i…

            — Mięsem? — zapytał wpół śpiący Grzegorz, który musiał usłyszeć fragment modlitwy.

            — Tak, mięsem, które dowozisz dla nas, którym zapewniasz wieczny pokój Przymierza — odparłem głośno, nieco przestraszony, że spłoszę mojego Mesjasza tak śmiałymi słowami, jednak nadal byłem pijany od niemieckiego piwa, mówiłem więc coraz głośniej. — Tyś jest miłością Przymierza, miłością!

            — A tam, kurwa, miłością od razu — odpowiedział Grzegorz, chyba również pijany, ponieważ nie zwracał większej uwagi na moje słowa, tylko sam zaczął monolog. — Co tam jest, kurwa, do kochania. Żreć musi każdy. No tak, każdy coś musi do gara włożyć. Wozić też trzeba, bo kto dowiezie, jak nie my. Dają nam, to wieziemy, jeździmy z tym wszystkim, tymi bułami chińskimi. Trzeba dowieźć buły na czas, na czas trzeba je przywieźć, ale buły to się nie psują akurat, zamrożone, wiesz, do wypiekania na miejscu, u mnie nic się nie psuje, kabanosy też, dowożę zawsze niezepsute, takie szczęście mam, rozumiesz…

            Urwał zdanie i zamilknął. Po chwili usłyszałem chrapanie. Spojrzałem na niego. Po policzku ciekła mu ślina. W ustach wciąż trzymał niedopałek papierosa, który wisiał smętnie na jego dolnej wardze. Wyjąłem go ostrożnie i odłożyłem obok łóżka, po czym opadłem na materac. Patrzyłem przed siebie, lecz nic nie widziałem.

            Słowa Grześka zapętliły się w moim umyśle. Słyszałem tylko nawracające „żreć musi każdy”. Żreć musi każdy. Żreć musi każdy. Każdy musi żreć. W tym zdaniu było jednak coś niepokojącego. Bo co to znaczy, że każdy musi żreć? Nie każdy właśnie. Nie ma już tyle pożywienia, żeby wykarmić wszystkich. Te czasy nie wrócą, kto wie, może nawet nigdy ich nie było. Pożywienie jest zresztą tam, gdzie powinno być – w Nowym Przymierzu. A to, co jest poza jego granicami, nie powinno nas w ogóle interesować.

            Nie powinno? A przecież Grzegorz wyraźnie powiedział, że żreć musi każdy. Każdy! „Każdy” to jest największy kwantyfikator, jaki tylko istnieje. Kwantyfikator, który zawiera w sobie znacznie więcej świata, niż może pomieścić nasze Nowe Przymierze. Chryste Panie od Tirów, wtedy do mnie dotarło. Wtedy do mnie dotarło, że Grzegorz jest prawdziwym Światłem, tak, tak!, Orędownikiem Starego Porządku, Obrońcą Starej Europy, Europy Otwartej, Liberalnej, Tolerancyjnej, Europy Bez Granic, która z szeroko rozpostartymi ramionami witała zawsze Innych, witała tych, którzy znajdowali się w potrzebie. W Nowym Przymierzu nie ma dla nich miejsca, oczywiście, ale Grzegorz to rozumiał, Grzegorz wiedział, że postęp jest nieunikniony, jednak mimo to wzniosłe i dostojne wartości Starej Europy były dla niego najważniejsze. Matko Najświętsza Tirowa, a więc zesłał go Bóg, zesłał go Jezus Chrystus Tirowiec, jak głosiły słowa modlitwy. Jezusie Chrystusie Tirowcze, Panie w Niebiosach i na Ziemi, módl się za nami bezdrożnymi i ześlij nam Tirowców dobrych i odważnych. Ile w nim siły, odwagi, intensywności życia. Boży Proroku, Mesjaszu Gregorski, czy spuścili mnie ku Tobie, Zbawicielu, żebym z Tobą mógł przywrócić Porządek?

            W tym całym rozżarzonym podnieceniu nie zauważyłem, kiedy Grzegorz wstał i usiadł za kierownicą. Była północ, ciepło, choć przez ścianę, która oddzielała naszą niewielką sypialnię od produktów spożywczych, czułem chłód. Zerknąłem przez okno, wyjeżdżaliśmy z parkingu. Grzesiu musiał usłyszeć, jak kręcę się niespokojnie, więc zagadał do mnie:

            — No i co, nie śpisz?

            — A ty?

            — Zdrzemnąłem się, możemy jechać dalej — odpowiedział, a ja mógłbym przysiąc, że jego głos wypełniał każdą żyłę i każdą komórkę mojego ciała.

            Wygrzebałem się z prześcieradła, ustawiłem fotel i siadłem obok Grzegorza, który zdążył już zapalić szluga. Ja i On. Razem. Boży Bojownicy na ratunek Nowego Przymierza.

            I jechaliśmy całą noc.

Maciej Libich (1996 r.) – student filologii polskiej w Kolegium MISH UW. Współzałożyciel kwartalnika „Wizje”, w którym redaguje działy „Proza” oraz „Przekład”; redaktor działu „Przekład” w kwartalniku „Inter-”. Teksty krytycznoliterackie, eseje, tłumaczenia oraz wywiady publikował w „Zeszytach Literackich”, „Nowych Książkach”, „Przeglądzie Filozoficzno-Literackim”, „Odrze”, „Znaku”, „ha!arcie” „eleWatorze”, „Małym Formacie”, „Kontencie”, „Kontakcie”, „artPapierze” i innych. Zajmuje się diarystyką XX wieku, bada dzienniki Jana Józefa Szczepańskiego. Mieszka na warszawskim Powiślu.