Coś dziwnego podziało się z „Jaka to melodia?” (od 1997, TVP), więc to dobra okazja, by pomówić o teleturniejach. Teleturnieje wzbudzają emocje. Lubimy je oglądać, bo składają kuszącą obietnicę: z odrobiną wiedzy czy charyzmy, za cenę pewnych wysiłków (i ewentualnie lekkiego ośmieszenia), każdy może nie tylko się nieco wzbogacić, ale również zostać tymczasowym bohaterem osiedla, ba, całej Polski. Są też źródłem niekwestionowanej przyjemności obserwowania czyichś porażek („Uff, jak dobrze, że to nie ja!”), a jeśli ich formuła wymaga konkurencji kilku osób, to możemy wybierać swoich faworytów i kibicować im w zmaganiach („sympatyczna jest ta z lewej, ten w okularach za pewny siebie”). Prawie jak w sporcie. Wreszcie – o ile w danym programie odpowiada się na pytania – możemy immersyjnie zanurzyć się w rozgrywce i próbować z bezpiecznego dystansu kanapy mierzyć się z kolejnymi wyzwaniami.

Wydaje się, że AD 2018 teleturnieje powoli wydobywają się z co najmniej kilkuletniego kryzysu. Wcześniej, poza chlubnymi wyjątkami, ustąpiły w ramówkach pod naporem seriali paradokumentalnych czy różnego rodzaju uwspółcześnionych mutacji reality shows. Teleturnieje wracają, a jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że powrót do ich kondycji z czasów złotej ery sprzed lat byłby cokolwiek trudny. Ta złota era może być odnajdywana w różnych momentach – dla mnie to ten, w którym wśród nagród pojawił się przyzwoity pieniądz (z perspektywy widza: emocje), a zniknęły z kolei roczne zapasy musów owocowych i sprzęt RTV-AGD (choć, co gorsza, raczej zniknęły też samochody). Czyli – mniej więcej – pierwsza połowa pierwszej dekady XXI wieku, no, powiedzmy, lata 1999-2007.

O teleturniejach sprzed lat nie tak łatwo zapomnieć. Nie chodzi tu nawet o ciężar emocjonalny, który jako brzdące włożyliśmy w zmagania na ekranie; nie chodzi też tylko o to, że dzięki gigantycznemu i stale rosnącemu archiwum YouTube możemy bezkarnie pisać „KIEDYŚ TO BYŁO” pod dziesiątkami fragmentów cudem zachowanych na kasetach VHS. O leciwych programach tego typu nieustannie przypominają nam bowiem telewizje-śmietniki pokroju TVP Rozrywka czy ATM Rozrywka. W ramówce tych stacji panuje lekko paraliżujący bezczas, wieczny rok – dajmy na to – 2005. A trzeba przyznać, że teleturnieje to bardzo pamiętliwe kapsuły czasu – bardzo łatwo w nich dostrzec zmiany w ubiorze, medialnych konwencjach czy nawet preferowanych wzorcach publicznego zachowywania się. W ciągu piętnastu lat film nie starzeje się aż nadto, dla programów rozrywkowych to już epoka.

Wybierzmy się na mały trip po teleturniejach sprzed tych dziesięciu, piętnastu lat. Ot, prawie płynnym ciągiem skojarzeń, bez twardej chronologii czy logiki podziału na stacje publiczne i komercyjne. Zawołajcie rodziców, usiądźcie razem w salonie i włączcie obiekt rodzinnej dumy – niedawno zakupioną plazmę. Zaczynamy!

Bez cienia ironii muszę przyznać, że Krzysztof Ibisz to mój ulubiony prowadzący. To bardzo interesująca postać: ów były parlamentarzysta pod ugładzonym wizerunkiem chłodnego maklera skrywał naprawdę sporo charyzmy, o której nieco zapomniano na rzecz (też już całkiem retro) żartów o nadmiernej dbałości naszego bohatera o swoją zewnętrzność. Żaden teleturniej nie wykorzystywał tej charyzmy lepiej niż „Awantura o kasę” (2002-2005, Polsat). Pod wieloma względami to teleturniej perfekcyjny – nic dziwnego, że słychać tyle głosów domagających się jego powrotu i nie zdziwiłbym się, gdyby w końcu zostały wysłuchane. W „Awanturze…” mechanika gry opierała się na dwóch fundamentach: twardej wiedzy uczestników (co nadawało mu merytoryczny sznyt) i nerwowych licytacjach cudownie dynamizujących rozgrywkę. Krzysztof Ibisz wyglądał tutaj bardzo frapująco – trochę jak Neo z Matriksa, trochę jak ksiądz, trochę jak wspomniany wcześniej surowy makler. Balans między wiedzą, strategią licytacji i elementami losowymi sprawiał, że całość oglądało się bardzo przyjemnie, często bywał on jednak psuty przez samego Ibisza i przyznam, że irytowało mnie to strasznie – w niektórych momentach prowadzący dorzucał dodatkowe pieniądze do puli pytania, zmieniając jego istotność i pozwalając się odkuć przegranym już, wydawałoby się, drużynom. Nie zmienia się reguł gry w trakcie gry, panie Ibisz! No chyba, że tak każą z reżyserki.

Nieco gorzej nasz celebryta i człowiek kultury radził sobie z prowadzeniem innego programu o nietypowej mechanice – „Rosyjskiej ruletki” (2002-2004, Polsat). Trzeba pamiętać, że Ibisz zajął się tym dopiero od drugiego sezonu, w którym zastąpił Henryka Talara. Edycja z Talarem podobała mi się znacznie bardziej – była cięższa, mroczniejsza (pewnie nawet zbyt mroczna jak na ówczesne standardy), a sam prowadzący zachowując decorum wynikłe z tytułu, odgrywał rolę a’la przesłuchujący uczestników oficer KGB. W drugim sezonie ponurą estetykę przypudrowano, rzutki Ibisz zastąpił sardonicznego Talara, a my najbardziej zapamiętaliśmy dźwięk towarzyszący wpadaniu graczy do dziury.

Podobną do Talara rolę miała też rozpisana Kazimiera Szczuka, która w „Najsłabszym ogniwie” (2004-2006, TVN) podgryzała, irytowała i prowokowała graczy. Więcej o tym teleturnieju jednak nie napiszę, bo z racji tak, a nie inaczej ustawionej anteny TVN bardzo mi śnieżył i przez lata niespecjalnie dało się go u mnie w domu oglądać. Sytuacja ta trwała aż do instalacji wspaniałego talerza łapiącego sygnał z satelit Astra i Hot Bird.

Wspomnianych wcześniej zabiegów nie widywaliśmy nigdy w „Jeden z dziesięciu” (od 1994, TVP), w którym między prowadzącym a graczami panuje uprzejmy dystans. W wypadku tego programu mamy do czynienia z fenomenem niesamowitej żywotności – utrzymuje się on na antenie od 24 lat (czyli dla mnie „od zawsze”) i wciąż wzbudza szczere emocje. Można je zaobserwować chociażby w komentarzach na Facebookowym profilu teleturnieju. Udzielająca się tam fanbaza jest bardzo specyficzna: hołduje dziwnemu etosowi, który wybitnie docenia wiedzę uczestników, ale już niekoniecznie ich strategię; z tej racji osoby, które sprytem pokonują znacznie silniejszych zawodników, muszą się liczyć – z niesprawiedliwą, moim zdaniem – krytyką. Sam teleturniej pozostaje urokliwie duchologiczny – mimo unowocześnień scenografii jego formuła pozostaje właściwie niezmienna, a nastrój lekko niedzisiejszy. Po drugiej stronie kamery jest dokładnie tak samo, o czym miałem okazję przekonać się w 2017 roku jako uczestnik.

„Jeden z dziesięciu” cieszy się dość powszechną estymą, bywa jednak krytykowany za zbyt niskie wynagradzanie wiedzy graczy. Prawdziwe pieniądze pojawiają się za to w „Milionerach” (1999-2003, 2008-2010, od 2017, TVN) zmartwychwstałych niedawno w formule dość wiernej tej z przełomu wieków. „Milionerzy” zawsze oszałamiali – mroczną muzyką, grą świateł, rolą odgrywaną przez Huberta Urbańskiego czy wreszcie pieniędzmi, które można było tam wygrać. Warto wspomnieć, że dość podobny program mogliśmy oglądać również u konkurencji – była to „Życiowa szansa” (2000-2002, Polsat) z, a jakże, Krzysztofem Ibiszem. Program ten zawierał sporo udziwnień: pierwsze pytanie, dzięki któremu można było opłacić rachunki, specyficzna rola gracza telefonicznego oraz system obstawiania stawek. Wszystkie te pomysły sprawiały, że wygrane były tam skromniejsze od tych w „Milionerach” – największa wyniosła nieco ponad 200 tysięcy złotych.

Ostatnim teleturniejem z Ibiszem, o którym tu wspomnę, będzie „Gra w ciemno” (2005-2007, Polsat). Ale go nie lubiłem! Dzięki poprawnym odpowiedziom na pytania, gracze wygrywali tam (wybrane przez siebie spośród dostępnej puli) koperty. Zawierały one pieniądze, wygraną samochodu lub negatywne niespodzianki odbierające część lub całość zdobytej kwoty. Po odpowiedzi na szereg pytań, rozpoczynała się licytacja – Krzysiu wiedział, co znajduje się w kopertach, a zatem blefując (lub odwrotnie: ratując) próbował przekonać zawodnika do sprzedaży części lub wszystkich z nich. Uważałem to za bardzo niesprawiedliwą rozgrywkę – taką, w której wiedza ma znaczenie drugorzędne, bo o ostatecznej wysokości wygranej lub jej braku decydowała jedna decyzja: czy – i na ile – zaufać wiedzącemu znacznie więcej prowadzącemu. Irytacja udzielała się również członkom mojej rodziny, którzy również o „Grze w ciemno” i jej zasadach wypowiadali się raczej chłodno.

Na koniec przypomnę program, który nie był klasycznym teleturniejem, jeśli już: teleturniejem celebryckim. Mowa bowiem o „Śpiewających fortepianach” (2001-2005, TVP). Każdy odcinek składał się z kilku rund (a „RUNDA CZWARTA TO RUNDA MALINY”), w których gracze dwóch drużyn – czarnego i białego fortepianu – z grubsza próbowali odgadnąć zadane utwory muzyczne. Nieudane trafy i tak musiały zakończyć się odśpiewaniem danego kawałka, oglądaliśmy więc nie tyle konkurencję, co nostalgiczne brandzlowanie się znanych ludzi historią polskiej piosenki. Sam program byłby raczej dosyć nudny, gdyby nie absurdalna maniera prowadzącego – Rudiego Schubertha – podśpiewującego sobie “ŁOJOJOJ” czy przedstawiającego gości pigułkami informacyjnymi rodem z „Randki w ciemno”. A goście to też interesująca sprawa – po latach „Śpiewające…”, wciąż maltretowane w ramówce TVP Rozrywka, wyrosły na kapsułę czasu prezentującą zarówno osoby rozpoznawalne do dziś, jak i celebrytów zupełnie zapomnianych. Lub też nawet, no cóż, martwych.

Tuż po rozpoczęciu pisania tego tekstu z pewnym przerażeniem odkryłem, że analogiczny został niedawno opublikowany przez Olgę Szmidt na łamach Popmoderny[i]. Ku mojej uldze autorka skupiła się jednak na latach 90. – przeze mnie, dziecko 1992 roku (choć z dumnym napisem „Polska Rzeczpospolita Ludowa” na akcie urodzenia), pamiętanych dość mgliście. Porównując swój tekst (i towarzyszącą jego pisaniu wędrówkę po pamięci, YouTube i Wikipedii) z tamtym, zauważam znaczące przesunięcie akcentów. Najtisy to pochwała „kumulacji wiedzy”, pytania wyłuskane z bezmiaru encyklopedii. Teleturnieje XXI wieku pozbyły się tych opasłych ksiąg i straciły przez to sporo ciężaru gatunkowego, czy wręcz godności –  ale był to też zabieg higieniczny, usuwający zalegające w tomiszczach mole i kurz. Teleturnieje najtisów śmierdzą naftaliną, te z pierwszej dekady XXI wieku opływają z kolei w kicz, ale za to kuszą oszałamiającą proporcją hazardu (elementy losowe), strategii (wybory, licytacje, typowanie najsłabszego ogniwa) i merytoryki (wiedza). Inni są też uczestnicy – poza nielicznymi wyjątkami oczytanych ochroniarzy zastąpili charyzmatyczni przedstawiciele klasy średniej. Trochę się pozmieniało.

Oprócz ramówek TVP Rozrywka i ATM Rozrywka. Tam rok 2005 trwa wiecznie.

 

1http://popmoderna.pl/wiedza-wyczynowa-teleturnieje-z-lat-90/

Rafał Sowiński – kulturoznawca, copywriter, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ, fan i prawie-że-badacz kultury internetu. Okazjonalnie pisze teksty publicystyczne, poradnikowe czy nawet tzw. poezję, częściej – statusy na fejsie. Założyciel Facebookowej grupy Jak będzie w Polonii 1? – sekcja duchologii, retromanii i nostalgii.