Faza Bieżąca – Crashsekualność. „Titane”, reż. Julia Ducournau

Julia Ducournau zrobiła wielki film o miłości w tym sensie, że stara się ustanowić ją na nowo i zdefiniować jako intensywny trip poza ludzkie ciało, instytucję rodziny czy gotowe wzorce podmiotowości. Krew miesza się tu ze smarem, trzeszczą łamane kości, a za kompas służą samotność i niedosyt, te dwie waluty każdej miłosnej przygody.

Titane to też protokół z eksperymentu spekulowania innych światów i lekcja dystopijnej optyki. Tematy tego filmu to drżenie ciał zespolonych z technologią i poszukiwania nowych sposobów organizowania się w kierowane wzajemnym uczuciem (współczuciem?) jednostki społeczne.

Wejście w świat prowadzi poprzez układ silnika, który w otwierającej sekwencji jest fetyszyzowany sprawnymi objazdami kamery i podniosłą muzyką openingu. Widzimy pracujący, wilgotny od smaru tłok. To pierwszy erotyczny obraz w Titane. Potem, wraz z naśladowanym przez małą dziewczynkę rykiem silnika, przenosimy się do samochodu. Odbywa się tam klasyczna rodzinna scena. Milczący ojciec prowadzi, a emitująca nieludzkie dźwięki dziewczyna kopie jego siedzenie. On się denerwuje. Ona nie przestaje. Wściekłe, uparte dziecko chce zaburzyć harmonię rodzajowej scenki, w której można byłoby porozmawiać o odrabianiu lekcji, posłuchać pogodynki z radia albo ekscytować się nadchodzącym obiadem. Chodzi mniej więcej o zamach na świętą instytucję tatusia i cały idący za tym porządek społeczny. O rozegranie konfliktu na szalonych zasadach kraksy.

W końcu akcja przenosi się do szpitala. Tam autorka Mięsa zaczynaopowiadać segment coming-of-age swojego drugiego filmu. Wściekła dziewczynka przechodzi swoje radosne (i mistyczne?) przekształcenie – staje się dziewczyną ze wszczepionym titane. Z tej okazji Ducournau znowu sięga po erotyzm. Operacja umieszczenia tytanowej płytki w głowie młodej Alexii to piękno z kanonu Ballarda i Cronenberga. To, co będzie tutaj body horrorem, zaczyna pracować na rzecz myślenia cielesności na nowe sposoby. Przekształcane, deformowane, kaleczone ciało ma pozwolić na wyspekulowanie nowej podmiotowości i poprzedzających ją pragnień. Takich ze świata, który jeszcze nie nadszedł, ale niektórzy go widzą albo przeczuwają.

W następnych sekwencjach kamera tanecznie prowadzi nas przez klub, gdzie striptizerki występują w duetach z samochodami. Błysk jaskrawych karoserii i spocone, wytatuowane ciała. To bliżej niezidentyfikowana przyszłość, coś jak w Jessica Forever, gdzie dystopia nie jest opowiadana przez reguły rządzące światem, a dzięki małemu skrawkowi nowej rzeczywistości, w której sieroty muszą się zbrojnie organizować. Tutaj kilkadziesiąt sekund atmosfery imprezy pozwala wyczuć, że postaci w świecie Titane pragną i myślą inaczej. Że na zewnątrz panuje niepokojący, bliżej niezidentyfikowany porządek. Że wszyscy są tam czymś strasznie poddenerwowani. Z tłumu wyłania się dorosła już Alexia (fenomenalna Agathe Rousselle), kobieta z titane. Właśnie skończyła swoją zmianę i idzie pod prysznic. Zaraz zabije natrętnego fana i będzie uprawiała seks z samochodem. I to nie będzie przypadkowy eksces, a ważny rytuał – w obu przypadkach. Szybkie i wprawne pchnięcie ostrym przedmiotem pozwoli jej rozsmakować się w krwi. A scena skaczącego na resorach samochodu i przywiązanej do tylnych siedzeń bohaterki ma w sobie zmysłowość orgii myjni samochodowej, wozu i ludzkich aktorów w Crash Cronenberga. I w ten sposób kończy się segment coming-of-age tego filmu.

Alexia opuszcza klub i staje się na chwilę maszyną do zabijania. Bohaterką, która wchodzi w dobrze skrojony kostium gatunkowej zabijaki. Wtedy Titane zaczyna działać na obrotach gore i najlepszego kina zemsty. Z tym, że zemstę należy rozumieć tutaj bardzo szeroko, jako czysty instynkt rozpierdalania ludzi. Ducournau włącza piękną muzykę i pokazuje miażdżenie czaszek, szpikulce w uchu, krew i flaki w neonowych światłach.

I potem już jest tylko o miłości. Alexia, osoba poza nawiasem, ścigana, zmęczona zbrodnią i namiętnością, postanawia stać się kimś innym. Podszywa się pod Adriena, znowu w ramach gore-rytuału. Następnie wpada na strażaka w średnim wieku. Rousselle wraz z pogrążonym w smutku Vincentem Lindonem poprowadzą fabułę w stronę ciepłego sojuszu dwójki wyrzutków, którzy pragną wymyślić razem inny, dający im bezpieczeństwo typ relacji. Czy im się uda? To pytanie z porządku love-story i nie można na nie odpowiadać. Ważne, że próbują się stowarzyszyć poza świętą instytucją rodziny, na nowych zasadach. Ich relacja będzie negocjowalnym kontraktem, miejscem utopijnych ćwiczeń.

A wszystko to w scenerii smutku strażackich remiz przyszłości, poprzez odblaski, granaty, czerwone wozy i zaciemnione mieszkania. Ducournau osiąga w Titane erotyczny stosunek do detalu. Wszystko w tej przypowieści o crashseksualności jest piękne, bo odsyła do katastrofy albo kraksy. Tak daleko posunięty estetyzm miesza się z body horrorem, po błyskawicznie montowanym początku nastają momenty celebracji czasu, ciała, kadru. Gra tempem pokazuje jak reżyserka panuje nad powołanym przez siebie światem. Krótkie momenty zawieszenia czasu pozwalają widzowi zadomowić się w coraz lepiej rozpoznanej rzeczywistości opowiadanej przez Ducournau. Jej kadry to kompozycje wykrojone z ponętnej apokalipsy, kinofilskie cytaty albo bluźniercze przesunięcia.

Wielką siłą tego filmu jest sprawność w używaniu gatunków filmowych do prowadzenia własnej gry. Cytowane tu na potęgę konwencje pracują na rzecz obcych sobie możliwości. Podważają rzeczywistość, znajdują z niej punkty wyjścia, napędzają postaci do przeobrażeń. Na pozór sprzeczne ze sobą kody działają w Titane razem i scena za sceną podkopują kształt świata. Dzięki temu wyłania się przed nami możliwy, perwersyjnie fascynujący porządek. Wszystko jest tutaj w ruchu, w trakcie kolejnych wolt, w ogniu nowych pragnień. Ducournau powołała świat, w którym przedmioty emanują niesamowitą aurą, a ludzie to nerwowe potencjalności przekształceń. Ciało, tekstura, powłoka, światło, ostra końcówka – kamera w Titane wszystko kocha tak samo.

W przypadku Titane śmiało można zabawić się w wyliczankę tradycji, z których czerpie reżyserka. Jest tu bowiem przepych generacji Bessona i Caraxa, ich estetyzm, uświęcanie immersji i dopieszczanie kadrów, które pozwala czytać film jako przypowieść. Ducournau ma także luz francuskiej nowej fali. Jej przekraczanie granic gatunku czy samego medium przywodzi na myśl nieśmiertelnego Godarda – pięknego żołnierza awangardy. Tego, który od kilkudziesięciu lat nie może się zatrzymać w rewolucjonizowaniu języka filmowego. Wreszcie trzeba powiedzieć o kinowej ekstremie, którą Ducournau na naszych oczach przedefiniowuje i pcha do przodu. Szok przestaje być tutaj wyłącznie autonomicznym afektem i celem samym w sobie. Służy raczej pracy nad podmiotowościami bohaterów i kształtem świata. U Ducournau z porządku ekstremy są i środki, i implikowana nimi treść. Poprzez flaki, mięso i krew docierają do nas hymn o miłości i maczany w nowym materializmie feminizm.  Titane to więc stylówa i ekstrema, wielkie filmowe wydarzenie i sztosik dla złaknionych odbiorców.


Mateusz Górniak – pisze fikcję literacką i teksty dla teatru.