Bluźnierca młóciciel – bardzo subiektywna relacja z Red Smoke Festival 2019

Speaking language only we know, you think it’s an accent
Kendrick Lamar – „The Art of Peer Pressure”

0 – bekasy słyszałeś?

Red Smoke – pierwszy stonerowy, psychodeliczny, doomowy, heavymetalowy, karmazynowy, ciężki, noisowy, bliski natury, na świeżym powietrzu, ekstremalny, progresywny, sypiący gruzem (odłamki rozkruszonego muru, cegły, kamienia itp.), rockandrollowy festiwal w Polsce. Jedno z najważniejszych wydarzeń tego typu na Starym Kontynencie. Mekka jebaczy stonera, hardych stonek, drylownic, adoratorów perły oraz kamieniarzy. Na scenie porastającej obrzeża Pleszewa zespoły z Włoch, Belgii, USA, Japonii, Polski, Danii itd.

Jest 11 lipca. Do Pleszewa z Płaszowa pociągiem do Poznania, zahaczając wcześniej o Puszczyków. Jestem po nocce i na pozór prosta logistyka wpada w poślizg. Aliteracyjna korba. Piesek mydli się z plecakiem, proszek miesza z perwollem, piramida staje w miejscu Pentagonu, Płoskon i Paulina nie dojadą. Płaszów to nie Podgórze, więc kiedy mój pociąg odjeżdża, sunę niczym Speedy Gonzales, z nadzieją, że opóźnienie maszyny – jeśli takie nastąpi – będzie proporcjonalne do mojego. Nie jest. Jeśli do formularza dla osób ubiegających się o zwrot dołączysz nowy bilet, masz dużą szansę na odzyskanie kapitału.

Z Poznania do Puszyczkowa. W głowie wibruje piksel, wierci się piołun i palenie, a potem to już sunę z Wojtem Justyną. Nie pamiętam, czemu ta pogromczyni szos tak się nazywa, ale to jeden z tych aksjomatów, z którymi się nie dyskutuje. U Marty w Puszczykowie w łazience na parapecie ta sama paczka chusteczek nawilżanych dada co w zeszłym roku. Jemy kanapki z pysznym. Na balkonie prezentuję waporyzator feniks i w ramach kampanii promocyjnej, którą mimowolnie prowadzę, przedstawiam wszystkie jego zalety, na jakie jestem w stanie wpaść. Z Marysią dyskutujemy o tym, czy pani z okładki krzyżówek panoramicznych jest piękna.

Suniemy za Nosem Justyną, który na zderzaku ma „KR6L”. Z powrotem do Poznania po Medzia. Medzio ląduje pociągiem o 22.57. Mówi, że zwinął dwa na drogę, ale nie zaopatrzył się w ogień i cały misterny plan posypał się w drebiezgi. Wszystkie przedziały zawalone, ale jego akurat luźny, więc zanim zaliczył połowę drogi, zrobił czteropak. Medzio prezentuje pozytywny sposób myślenia, którego nie potrafię nie doceniać.

Pomysłodawcami festiwalu są Jędrek Wawrzyniak i Łukasz Jankowski. „Jak przyznają, idea festiwalu, który mógłby promować ciekawe, nieznane zespoły, tkwiła w ich głowach od dawna. W końcu postanowili działać. Pierwsze kroki skierowali do Zbigniewa Mizernego – właściciela studia nagraniowego. Udało się przekonać go do zaangażowania w projekt i ufundowania głównej nagrody. Facebook okazał się niezastąpiony. W sumie do konkursu zgłosiły się 23 zespoły, spośród których organizatorzy wybrali 9. – Co ciekawe, nie wiedząc o swoich wyborach, postawiliśmy dokładnie na te same zespoły – mówi Łukasz Jankowski. Podejmując decyzję kierowali się, jak mówią, nie tylko techniką i umiejętnościami muzyków, ale także tym, czy zespół ma pomysł na siebie. Jędrek Wawrzyniak przyznaje, ze zdarzały się świetnie grające kapele, które jednak nie wnosiły do muzyki nic nowego, odtwarzały to, co jest już znane”[1].

Zajeżdżamy na teren festiwalu. Jest Czwartek, 11 lipca 2019 roku, 22.14. Wojto wyciąga z bagażnika dwie duże, zbrojone walizy. Stajemy w równych odstępach, tworząc wdzięczną orbitę, i zastanawiamy się, o co z nimi chodzi.

– Czerwony czy niebieski?

– Ja bym ciął oba.

Rozkładamy bety i montujemy się na polu namiotowym. Zauważam, że w konstrukcji tyczkowej, tworzącej szkielet namiotu, w którym zamierzam mieszkać przez najbliższe trzy dni, brakuje łączącego poszczególne tyczki sznurka, a wtykanie niepołączonych tyczek nie wchodzi w rachubę. Marysia mówi, że ma gorilla. Gorilla tape – mocna taśma naprawcza, montażowa, duct tape. Gorilla? – pyta Wojto – koleżanko, ja mam NASA. NASA? Daj NASA – proszę. Ale NASA to jest nie byle co. Spokojnie, spokojnie, stary, trochę tu obkleję, ograniczę się do minimum, nie żałuj NASA. Mordziaty – mówi DJ Wux. – To jest taśma do zadań specjalnych. Daj, czekaj, skoczę do Justyny po inną, też dobrą. Mówię: – Dobra. Idziemy do fury, z której wyciąga z koloru szarą, ale zajebistą. Wux w drodze pyta mnie, czy Zu jest stonerką. Mówię, że to ekstatyczne zwierzę w klimacie trans.

Plandeka i piłka do leżenia w czarne łaty, jak piłkarska, ale ogromna i wypchana puchem, z ukrytą kieszonką. Medzio dzierży dołki. Rozwieszona nad głowami płachta formuje się w bardzo skomplikowaną bryłę, której wierzchołki wyznaczają trzy namioty, ławka i drzewo. Nasz Obóz zorganizowany jest wokół drzewa, na którym Wojto siedział kiedyś długo i intensywnie, tak że nikt nie mógł go powstrzymać. Przeczytałem regulamin festiwalu i najbliższym zapisem, na podstawie którego ktoś mógłby tamtego dnia wymusić na nim zejście z tego drzewa byłby: „Wszystkie przejawy agresji oraz dewastacji będę skutkowały natychmiastowym wezwaniem służb porządkowych oraz wydaleniem z festiwalu oraz pola namiotowego”. Z agresją wejście to nie miało, bo mieć nie mogło, wiele wspólnego; osoba wchodząca na drzewo wykonuje ruch odwrotny do wszystkiego, co wiąże się z agresją – natarczywości, gwałtowności, konfrontacyjności. Nie chcę przesadzać, nie powiem, że Wojto wchodził na to drzewo ze znaną z salonów gracją (choć nawet tego nie mogę wykluczyć, bo mnie tam nie było), ale ruchu polegającego na oddaleniu, wycofaniu, zawieszeniu z pewnością nie można nazwać agresywnym, a parę połamanych gałązek na pewno nie zasługuje na miano dewastacji.

Wojto jest oświetleniowcem, lata z lampami, kręci sceny wojenne, ogarnia wiry gówna, mieszka w Warszawie, ale w nocy ma mokre sny o Bieszczadach. W jego pracy panuje specyficzny klimat.

Na przykład – mówi DJ Wux – mamy takiego nowego:

– Bekasy słyszałeś?

– Bekasy tu? Niemożliwe.

– Bekasy w gniazdkach, które cię dziubią, kiedy włożysz palec, bekasy z galaktyki kujwdubie, be, be, latają, roznoszą bekasiątka.

– A gdzie mieszkasz?

– Na Gocławiu.

– A to możliwe.

– Gdy światła gasną, bloki pogrążają się w śnie, rozchodzi się razowe, koncentryczne: be, be, bekasy dokazują.

– A tak, to całkiem prawdopodobne, tak, tak.

Wojto patrzy, czy tamten tak na serio. Ale patrzy – łyka jak pelikan. Ale chwilę z nim pogadał, okazało się, że na dłuższą metę kumaty. No to Wojto następnego dnia do niego:

– Pękasz ćwikłę?

– A to dobre.

– Ja im wczoraj taką paczkę posłałem, że do Bożego Narodzenia starczy.

Potem wracał i ej-jak-to-leciało?

Wojto śpi w Moro Cipie.

I – rozumiem umrzeć od zjedzenia gekona

Początki Red Smoke’a sięgają 2013 roku. Od tamtego czasu festiwal zdążył stać się świętem profesjonalnym (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), zorganizowanym z dbałością o szczegół (z umiarem pozostawiającym dość miejsca na spontaniczność uczestnika), skupiającym uwagę heretyków z różnych części globu. Życzliwą, familijną atmosferę festiwal zawdzięcza między innymi kameralnej – jak na takie wydarzenie – skali. Liczba uczestników oscyluje około tysiąca osób, a organizatorzy z pełną świadomością i premedytacją nie powiększają festiwalu (co musiałoby być zabójcze dla jego przytulnego klimatu, który tak tu chwalę). Liczba chętnych jest co roku większa niż liczba wejściówek i niezgodność ta powoduje szereg komplikacji i kontrowersji. Bilety kończą się już wczesną wiosną, a pierwsza pula rozchodzi się szybciej niż ciepłe bochny, no bo które bochny rozchodzą się w kilkanaście sekund? W tym roku ULTIMATE SOLD OUT karnetów trzydniowych ogłoszono 26 marca. O bilety toczą się regularne boje, a w komentarzach pod postami dotyczącymi sprzedaży prowadzone są zażarte dyskusje, w których szczęśliwych nabywców odsądza się od czci i wiary i posądza o tajemne wsparcie larw astralnych czy też programistycznej magii (legendarne boty). Tej frustracji nie sposób opisać, dlatego przytaczam część komentarzy: „To samo co wczoraj, boty wykupiły w ułamku sekundy całą pulę ;/”, „To jest chore…”, „ktoś wie jak to kupić?”, „poziom frustracji 11”, „Kłamstwo i oszustwo. Jak co roku”, „Serwery evenea jebną”, „Niech zgadnę już wyprzedane?”, „po 2 sekundach wszystko wyprzedane?”, „halo? czy ktoś (najlepiej organizator) wie o co tu chodzi? biletów ustrzelić nie mogę chociaż siedzę przed komputerem i klikam a po którymś tam razie wyskakuje info – wyprzedane!”, „Nerwoszki!”, „Minuta ledwo minęła a już biletów nima?”, „Kurwa już wyprzedane!”, „ktoś w ogóle kupił bilet w tej puli?”, „Platnosc przelewem czy moze byc tez kredytowa?”. Ze względu na wysoką drastyczność większości komentarzy, nie ujawniam tożsamości autorów. Na szczęście – wbrew insynuacjom niektórych użytkowników – organizatorzy zapewniają, że botów nie musimy się obawiać i jesteśmy bezpieczni: „Każde zamówienie jest Imienne i nie ma mowy o botach. Ekipa z Evenea przygotowała się na taką okoliczność. Rozumiemy frustracje i to ostatnie czego chcemy dla Was, ale jeśli jest zainteresowanych więcej osób niż biletów, to tak właśnie to będzie wyglądać. My niestety nie możemy powiększyć festiwalu”.

Jest 12 lipca. Otwieram oczy. Wrzucić coś na ruszt. Turystyczna kuchenka gazowa, na której Nos rozegrał tu w zeszłym roku fenomenalny koncert. Wojto kręci mleko od krasuli na dobry początek. Plan: Bączek. W Krokodylu, na którego w zeszłym roku przemianowało się Pod Kasztanem. Dopiero teraz, w świetle dziennym, widać dobrodziejstwo okolicy. Bekasy fanatycznie bekają, cytrynowe cirrusy szybują wysoko, wkoło rośnie staw, rozgadana natura, park, mostek, molo, zagajnik. Przy bramkach kupujemy karnety na pole namiotowe i kierujemy się w stronę miasta. W drodze Nos mówi, że po wapo czuje się surrealistycznie. Wojto zaś, że zgłaszał nienachalnie małą chęć na wapo, ale jego ciche wołanie rozpłynęło się w stonerowym trumtutum. „Patrz Pawła, powiesz coś, a on to zaraz zapisze”. Boisko, działo na rondzie, Krokodyl. Krokodyl nie uwzględnił potrzeb festiwalowiczów i otwiera się standardowo o 12.00. Miał być Bączek za sklepem, po chwacku, ale będzie śniadanie na grzecznie.

Sklep. Po długim chodzeniu ustala się lista zakupów: sommersby, piękny twaróg z papryką i cebulką, leżący obok sałatek, które nakładają do plastikowych pudełek, snickers shake, bułka. Woda z Gruzji bordżomi, którą poleca Marta. Później okazuje się, że astronomicznie droga, choć w Bośni kosztowała grosze. Rzeczywiście wyglądała dystyngowanie. Z Nosami przeglądamy się w lustrach zawieszonych w miejscu, w którym ściana spotyka się z sufitem. Tną nas na kawałki.

Medzio ma działkę. Zastanawiamy się, co będzie sadził. Czosnek jest takim towarem, że duże ryzyko KLATKA rozkradają KLATKA ja chętnie włożę hajsik, żeby ktoś zrobił coś za mnie KLATKA podatny na choroby. Przyjęłaś promienie słońca, daj lolkę. Delikatesy Fantazja. Kausu, którym jest Wąż Piroman. Wąż Piroman nie akceptuje już siebie jako Węża Piromana, nie utożsamia się ze sobą jako Wężem Piromanem, chce nazwać się na nowo, przemianować jak Pod Kasztanem na Krokodyla. Arek z zespołu Wąż pije wodę Baby Zdrój. Krokodyl 26 – obiekt monitorowany. Bączek: MOCNE/ POLSKIE/ alk. 7 %/ BO W NAS JEST MOC/ Od lat tworzymy Mocne Polskie. Piwo, którego moc nie wynika tylko z wyższej zawartości alkoholu, ale z charakteru i najlepszych polskich tradycji piwowarskich. BO W NAS JEST MOC/ Producent: Jako sp.z.o.o./ Kokanin 44, 62-817 Żelazków. Zadzwonię po Marka, cię wyjaśni. Mach, gardło, języczek, połykacz ognia, cegła przez okno, drapacz chmur. Basen potem, dzidka potem. Stary człowiek, wąskie, chińskie oko. Red Smoke – największe zagęszczenie bród i czapek z daszkami, jakie widziałaś na tej szerokości geograficznej. Tatuażowo. Napuchnięci, poczciwi ochroniarze. Zaproszenie dla Nosa na komendę za parkowanie przy jeziorze, a przecież

  1. nikomu to nie przeszkadza,
  2. parkował w tym miejscu od prapoczątków festiwalu, od 2013 roku, i to jest koronny argument,
  3. to nie samochód, tylko rozgłośnia, z której rokrocznie leci koncert Rycha Peji Solufki, na który czeka gawiedź.

Po podliczeniu wychodzi nam, że Nos jest nie do ruszenia, goń mnie[2]. Z obozu do miasta idzie się kilkanaście minut, z obozu do amfiteatru parę minut, tą samą trasą, przechodząc przez przełyk, z jednej strony określany przez jezioro i park, z drugiej zamykany przez plecy sceny i otaczające teren festiwalu bramki.

Amfiteatr w Pleszewie stanowi wymarzone miejsce do koncertowania i doświadczania muzyki. Przemyślana pod kątem technicznym konstrukcja sprawia, że dźwięki rozchodzą się płynnie i systematycznie, otaczając cię całą hordą i wpadając do twojego Ucha w przyjemnym spiętrzeniu i najwyższej jakości Full HD Virtual Dolby Surround Master Quality Smart Sound. Budowa amfiteatru stwarza pole do osobistego odbioru. Minimalny ścisk, poczucie komfortu, możliwość potupania, jak i odsunięcia się na bok i przemyślenia tego, co się w danej chwili dzieje.

Wprawia się duńska, hałasująca wataha Narcosatanic. Ćwiczą stopę, brzmi trochę slapstickowo. Red Smoke słynie z rewelacyjnych secesyjno-komiksowych plakatów. W tym roku faun spółkuje z wężem. Zabawny napis na płachcie nad sceną – „Rock and roll”. Na scenie pojawia się saksofon. Prosi o tones, tones of delay. Śpiew gardłowy. Muzycy prezentują bogatą różnorodność fizjonomiczną. Fotograf. W kadrze tatuaż przedstawiający konstrukcje geometryczne, jakie głowy filozofów nie śniły. Nerki. Czapka à la Robin Hood. Para uszu z długimi krokusowymi kolczykami. Narcosatanic wrzuca do kotła tony odpicowanego jazzu i pełnokrwistego doomu. Powstaje z tego sakramencka zupa godnie podbijająca bębenka matce sSzyszynce. Jakby cały skandynawski chłód sprzymierzył się, żeby spuścić ci przyjemniacki łomot. Saksofon czyni cuda. Scenografia bajeczna, można tylko marzyć o tym, co by się działo, gdyby akcja rozgrywała się przy zgaszonych światłach. Na scenie włosy nierealnie odcinają się od płaskiej, matowej twarzy. W prawym dolnym rogu kadru od ziemi odrywają się kozaczki z frędzlami. Slayer. Pentagram. Samara znowu wychodzi ze studni, pełznie po ścianach, zrywa paznokcie. Zażywam bluźniera. Nos mówi, że ta tabaka to-jest-eukaliptus. Kicham 14, 15, 420 razy, płaczę. Istna Faza (jakieś takie zapowietrzenie połączone z uczuciem próbującego dowiercić się do ciała migdałowego robaczka) zakończona katartycznym kichnięciem. Umrzeć, narodzić się na nowo, i tak 420 razy. Lepszej bomby nie pamiętam. Nos wytrzymuje 20 minut bez kichnięcia i zastanawiam się, ma w tym wprawę czy może jest do tego predestynowany. Kolorystyka tego miejsca marynistyczna, leśna, tropikalna, ale też astrologiczna. Owca cała i stoner syty. Rozpraszam się i przez chwilę przestaję słyszeć dźwięki. Myślę o tym, że waporyzator to jest przyszłość, smak jutra, progres. No bo w chuj to progresywne. Nie tylko zdrowie i wydajność, ale też skala doznań, no chyba że jesteś konserwą. Oferuje wachlarz korzyści, ale jednak nie konsoliduje grupy. Skurzak staje się kwestią indywidualną. Samurajski włos. Odkąd zresocjalizowali Nosa, należy do sekcji lufkowej. I REJECT RELIGION. ALSO SHOULD YOU. Trwają poszukiwania nowej nazwy dla Węża Piromana. Lata mi w głowie Dron Boa.

Wracamy do Obozu rozochocić się białym mlekiem prosto od krasuli, które tak sprawnie kręci Wojto (nie chcę, żeby to brzmiało zbyt rzemieślniczo, jasnością jest, że Wojto wkłada w to mięsień sercowy, a cały proces nie pozbawiony jest finezji). Marta mówi o muzyce w stylu ayahuasca. Zespoły typu Shpongle. Guess who’s coming for dinner, czyli zgadnij, kto przyjdzie na obiad. Heksagonalne klucze. Skala Mohsa, dziesięciostopniowa skala twardości minerałów, charakteryzująca odporność na zarysowania materiałów twardszych przez materiały bardziej miękkie. Kochaj albo drgaj. 200 Volt of pure power. Mikroazjaci. Desant w Nosie. Borutnicza uciecha.

Jeden z nas jest waginosceptykiem (vagitarian), drugi się dziwi: „Dała mi za mało, a przecież zagadałem o ekologii”. Nicola, gdzie się spotyka takich fajnych chłopców jak ty, na pewno znasz fajne miejsca, w których się spotyka, czemu ja o nich nie wiem? Dlaczego politechnikus erektus samych takich spotykam?

Odwracam ucho w drugą stronę.

– Jak się powiedziało A, B i C, trzeba powiedzieć D.

– A teraz patrzcie, wiecie, jak czarne płyty mają strony A i B? No to naturalną tego kontynuacją jest płyta „CD”, co nie?

Need More Speed: Carbon Most Wanted. Niosą mnie takie złożone z zasklepiających stopę w ciasnym uścisku skórzanych rzemyków sandały, które Kendzior nazwałby jezuskami. Drzewa – ważąc pod kątem barwy – jak zaszumiony telewizor, który bardzo próbuje coś przekazać, ale mu nie idzie. Arizona! Zamyślam się nad wspaniałością zdarzenia, że mój e-szlug nazywa się Smok, plus, jak każdy liczący się produkt, ma erkę w kółeczku, w prawym górnym rogu, co przekłada się na to, że pociągam z ® Smoka. Mówi się trochę o Weedeaterze – bardziej Belzebonga rodzaj pierdolnięcia. Wojto kręci pierwszorzędne mleko, prosto od krasuli, wychodzimy z domu.

Zlanie cirrusów, zasklepiają się nad głową. Włoskie ciasta. Gra zespół La Morte Viene Dallo Spazio. Stonery lubią delaye. Na klawiszach czerwony włos. Syntezatory, strzelisty gotyk, flet poprzeczny, upiorny wokal, gatunek: horror, fantasy, science fiction. Bukiet świateł – burgundy i sepie. Na grzbietach słuchaczy zagościły peleryny. Beret i tupecik. Łyse i długowłose panny. Spodnie w szyszki. Całe pomieszczenia naturalnie rudych, zadbanych bród, co sprawia, że zaczynam się zastanawiać, czy na festiwalu znajduje się budka barberska[3]. Te wszystkie wąsy i brody to żyła złota. Ale bywają też brody okopcone, skołtunione, są i wąsacze, wikingowie, coś inaczej niż drwale. Na scenie delikatna niebieska mgiełka, jak z reklamy ptasiego mleczka, przeszywana miarowo zielonymi laserami. Skórzana kurtka z ćwiekami, czarna skórzana spódnica. W tle projekcja obrazu, tropy:

  1. zmurszała kartka,
  2. kamienne topografie z rybą
  3. lub twarzą z niej się wytracającą.

Chyba jednak głowa sfinksa z podwieczorkiem galaktyk w tle. W publice maski na etno. Bandamy. Futbolówka Slow Life. Bukiet dredów, szarawary. Trybuny o tej porze stonera jeszcze prawie nigdy zapełnione. Ortalion. Arpeggio. Ultrasi z pacynkami. Gangsterzy empatii. Zajebiemy was miłością. Mixtape pod tytułem Elektrolity H2O. Efekt Dopplera. Constans zbóż i symboliczny wiatr.

„Rozumiem umrzeć od zjedzenia gekona” – mówi Łakomy, którego widziałem w więcej niż jednym wcieleniu, a każde było tak samo oniemiające i niepokojące naraz. La Morte Viene Dallo Spazio! Szambo wyjebało na Red Smoke’u ewidentnie. Kto ujarzmi prąd jako pierwszy? Dron krąży, bociany. Dupexy. Jeszcze dobrze nie wyszedłem z domu, a już widziałem grandy cień. Motorhead. Na drzewach błyska się nieco złowrogo, a trochę komediowo, ciężko się zdecydować. Pety w kieszeni to jest smak wakacji. Leaderka wśród fanów – kontuzja zodiaku.

Weedpecker w „niemożliwym”, hybrydowym zestawieniu. Słyszałem, że z oryginalnego składu został tylko Piotr. Weedpecker wypadający dużo lepiej na albumach, na żywo, jak na moje ucho naturszczyka, trochę samo-się-powielający czy po prostu płaski (co jeszcze wyraźniej słychać w kontekście zespołu, który grał przed momentem). Instrumenty łączą się w taki sposób, że wrażenie bardziej maślanki niż przyjemnego spiętrzenia. Zresztą pogadajcie z Medziem. W trakcie Weedpeckera dołącza do nas Zu, która wczoraj była zaabsorbowana układem Bol-Gmach.

Wyatt E. Na scenie pojawia się horda w przebraniach coś między habitem a kwefem – stroje średniowieczne kostium mężczyźni w stylu vintage renaissance monk cosplay cowl friar priest. Stawia ostrożnie stopy orientalny szał, coś o gwoździowatej strukturze w kontekście wieczora. Po stronie publiczności kolo macha systematycznie łapą, jakby przytakiwał, mówił „właśnie tak” lub nakazywał „właśnie tak, właśnie tak” – łapię go w stop-klatce – zapętla mi się, jakbym się zazocił. Czerwone, intensywnie mrugające hologramy. Przed oczami odbywa się wielki teledysk. Jak się dobrze odkleisz, budzisz się przed wielką plazmą, tak bardzo nierealnie piękne jest to, co rozgrywa się przed oczami, co przystępuje do Uszu. Grube ezo. Mistycyzm zjeżdżalni. Wycie gitar przywołuje zgraję psów – ślina z pyska – które za jakiś czas zaatakują Nosków w Rumunii. Ciągnące za sobą łańcuchy, rozbawione wilgotnością powietrza. Jednak jakby przyciężkawe, odklejające łapy powoli z klepiska. Do ich łap przyklejają się grudy ziemi. Dujący wiatr, może nie jak na Czerwonych Wierchach, ale i tak wymagający od ciebie sporo wysiłku. Próby podnoszenia głosu daremne. Ambulans na sygnale. W zaparkowanych przy drodze samochodach włączają się alarmy, jakby ktoś wpuścił między nie rajdówkę. Rama, chiaroscuro. Iluzja odwrócona. The end. Rzucaj się.

Wracam. Wybudzony uczę się funkcjonować w świecie bez dźwięków, które przed chwilą poznałem. Czuję potrzebę skorzystania z saloniku marzeń – toi toia. Stoją w dumnym szeregu na terenie obozu, nieopodal Obozu. Zero kolejki, sprawdzam kolejno, wszystkie prawie tak samo zasrane. Sterta gówna sięga prawie potencjalnego tyłka. Kiedy siadasz, muchoidalne mają żer, nie siadam, włączam na dogorywającym smartfonie latarkę, kładę go na umiejscowionym po przeciwległej stronie (przekątna 0,65 m), w rogu, plastikowym mikrozlewie, w taki sposób, że telefon, nieco wystając częścią ze źródłem światła, rzuca agresywną poświatę, sięgającą mi od pasa w dół (rama, chiaroscuro), tak że jestem w stanie jako tako kontrolować sytuację. Nie siadam, przyjmuję pozycję na Małysza. Ciekawe, co skoczek z Wisły myśli na ten temat. Ciekawe, jakby nie zaistniał, które nazwisko wypełniłoby tę lukę w nomenklaturze. Ciekawe. Na Stocha? Jak ludzie srali przed Małyszem? Nogi wykonują nadludzką pracę. Przenoszę ciężar na mięśnie górnej części ciała, opierając się dłonią o tylną ścianę. To pewien kunszt – duże spięcie mięśni nóg połączone z relaksem zwieracza; układ umożliwiający możliwie gładki przepływ, bez niepotrzebnych cięć. Klocki spadają twardo, pomnażając kolekcję ekskrementu. Ciągnę jeszcze przez moment małyszowe rozważania. Opuszczając salonik marzeń, zapominam zgasić światło.

Wracam do Obozu i szybko orientuję się, że nie wyłączyłem światła. Zawracam, szukam odpowiedniego saloniku, nie pamiętam który to, ale we wszystkich panuje złowrogi mrok. Ktoś zabrał światło. Zu próbuje się dodzwonić, ale nie ma sygnału. Wysyła SMS-a o treści: „cześć, człowiek od tego telefonu mieszka w moro namiocie pod czerwoną plandeką. Będzie super, jeśli chociaż prześlesz notatki, które w nim są, bo są dla niego bardzo ważne. gdyby telefon wrócił, postaramy się fajnie odwdzięczyć!”. Cisza. Brak sygnału, ale smartfona zostawiłem z baterią na granicy żywotności. Nie sposób stwierdzić, czy ktoś go wyłączył, czy zasnął samodzielnie. Impas, aporia. Siedzę i myślę. Oddycham, kręci mi się głowie. Myślę, że to szalone, że strata elektronicznego przedmiotu wywołuje we mnie tak silną reakcję fizyczną. Postanawiam się tym nie przejmować, wyobrażam sobie stratę wielu cennych dla mnie przedmiotów, i stan, w którym nie muszę się przejmować ich posiadaniem, wyobrażam sobie scenariusz, w którym tracę kolejno: suszarkę, toster, aparat, ciuchy, mikrofon, dyktafon, młynek. Zanim jednak na dobre wezmę rozbrat ze światem materialnym, kieruję się z Zu w stronę wejścia-wyjścia. Pytamy ochronę o punkt rzeczy znalezionych i dowiadujemy się, że taki nie istnieje. Po drugiej stronie namiotu ochrony stoisko z napojami. Zu bierze yerbę i pyta o źródło światła. Ziomek – jak za dotknięciem różdżki – wyjmuje spod lady czarny prostokąt posiadający rozpoznawalne przeze mnie znaki szczególne. Przyniosła go pracująca tu dziewczyna (od której następnego dnia dowiadujemy się, że odebrała go od dobrych dusz, do których do tej pory nie dotarłem i którym z tego miejsca – jeśli jakimś cudem to czytają – dziękuję do potęgi krokodyla). Jestem oniemiały i zbyt oszołomiony, by umiejętnie okazać tę radość. Chowam telefon do najgłębszej kieszeni, odwołuję projekt detronizacji materialności. Telefon pozostaje wyłączony, nic już dzisiaj więcej nie zapiszę. Pamiętam jeszcze, jak szukamy z Nosem wiadra, chodząc pomiędzy namiotami, a ja powtarzam „coś nam się rozlało, mopa już mamy”. Znalazło się tylko klasyczne, szklane bonio. Ale się dzisiaj wkurwiłem. To jest napój bogów.

2 – psychodeliczny tunel w bani twojej babci

13 LIPCA, SOBOTA, 11.45.

Nowością jest to, że zespół, którego członkowie są organizatorami imprezy, Red Scalp, pierwszy raz w historii nie otworzył festiwalu. Zagrał dopiero dzisiaj, drugiego dnia, na małej scenie, która – znowu nowość – stanęła przed zlokalizowanym na terenie obozu wigwamem. Występ Red Scalpów na małej scenie ma w sobie coś z zejścia szamanów do doliny. Odbieram to zejście symbolicznie, jako wyraz sztamy, gest może nie zniesienia – ono nie wydaje się do końca przydatne i możliwe – ale nadwątlenia hierarchii, często bez żenady podkreślanej na festiwalach. Co rozumiem przez hierarchię, to wyraźny podział na wykonawcę i odbiorcę, zarządcę i dostępującego, wyrażający się niekiedy tworzeniem wygodnickich sfer odosobnienia, zon VIP z lepszą klimatyzacją i atrakcyjniejszymi widokami, sprzyjających elitaryzacji, oddalających już dość oddalonych od siebie muzyka i słuchacza. Piszę to przy pełnej świadomości tego, że adekwatność rozwiązania ustala się w kontekście skali wydarzenia. Chciałbym raczej podkreślić, jak niebywałym atutem Red Smoke’a jest projektowana przez organizatorów kameralność seansu, jaki ma miejsce w Pleszewie. Chodzi o to właśnie zbliżenie, o to, że obraz muzyka przychodzącego na koncert innego muzyka jest w Pleszewie na porządku dziennym.

Wszystko, o czym piszę, składa się na trudny do wyrażenia klimat nienachalnej życzliwości (bliskość, której bez trudu doświadczysz, jeśli najdzie ci na nią ochota, ale która nie jest obligatoryjna, jest kwestią wyboru, nie konieczności), komfortu, bezpieczeństwa (proszę mi wybaczyć, jeśli brzmię jak agencja nieruchomości), odczuwalny mimo niemałej rozpiętości gatunkowej ludzi, którzy tu przyjeżdżają. Spotkamy tu i posthipisów, i programistów, i metalowców, i motocyklistów, i księgowych, i feministów, i ekolożki, i korposzczury, i robiących w turystyce, i postpanczurów, i milenialsów, i artystów, i hipsterów, i przedsiębiorców, ludzi pracujących w sektorze usług, ludzi jedzących w maku, ludzi roznoszących ulotki, dziennikarzy i influencerki. W moim autokarze mówi się kilkoma językami. Niektóre z napisów, które widywałem na koszulkach podczas festiwalu to: Soulstone Gathering, 2Pac, The Doors, Greenleaf, Bayern Monachium, Kult, Krzta, Nothing but beer and independance, Bukowski, Slayer, Adidas, Belzebong, Girlism, Motorhead, Slow life i mnóstwo razy Eye of The Tide. Jeśli określić tę grupę wiekowo, byłby to przedział 20–40, choć zdarzali się i bardziej doświadczeni. Znalezienie wspólnego mianownika dla tych wszystkich ludzi (innego niż pewien – też bardzo niejednorodny – rodzaj preferowanej muzyki, z którym wiąże może pewien nieokreślony styl życia, czy jak to nazwać) wydaje się nie lada wyzwaniem. No i ci ludzie, każdy z innej parafii, najpierw walczą dzielnie o te wejściówki, a kiedy już je zdobędą, przyjeżdżają do Pleszewa i przez parę dni przeżywają coś bardzo wspólnie, zastanawiając się, czy to poczucie jedności z innymi, jakiegoś chwilowego zawieszenia Różnicy, to tylko niechciany spam, iluzja i złudzenie, czy może jednak coś więcej.

11.59. Ponieważ mała scena stanęła na terenie obozu, koncert Red Scalpa był jak muzyka z dostawą do domu. Wychodzisz i masz. A co to za muzyka? Szamańska, dzika, przyjemniacko rozbestwiona. Jak tańczenie na bosaka wokół ogniska, zabawianie się w pióropuszu. A jednocześnie z młotkiem w zestawie, umożliwiającym przebicie się przez ściany konstrukcji do innych światów. Hektolitry helikopterów. Bardzo dużo otwartej głowy. Dobry, wyrobiony kontakt z odbiorcą.

12.23. Pamiętam śliczną dziewczynę, która tak bardzo uśmiechała się do muzyki. Dźwięki lecące ze sceny sprawiały jej autentyczną przyjemność. Nie poruszała się, ale jej uśmiech stanowił constans, nie zbladł ani przez moment. Sparaliżowana w uśmiechu. Pamiętam zjazd na nartach z Gubałówki. Tata zdarł sobie całe obcasy. Solo basu. Coś nam się rozlało i szukamy wiadra. Ambitnie.

14.27. Piasek, rakietki, gra zespołowa, drzewa, namioty, lotka z piórek naturalnych, potrafiąca się dostosować do każdych warunków atmosferycznych. Ściągam jezuski. Gramy dla przyjemności Noska, tak długo aż Noskowi się znudzi. Ruch ręka-oko, przenoszenie ciężaru ciała, rzucaj się, wzrost zawodnika, a długości rakietki, kąt padania, siła wiatru, sprężystość kometki, naprężenie siatki na rakietce, gibkość ciała, skłonność do rzucania się. Worek ambicji. Z początku niezdarnie, z czasem gra nabiera kształtu i zaczyna się kleić. Zawodnicy z własnej inicjatywy motywują się wzajemnie do zaangażowania w grę, tak że Nosek nie musi ich poganiać i może skupić się na przeżywaniu Czystej Satysfakcji.

WUX (obserwując powolne opadanie kometki)

Rzucaj się, czemu się nie rzucasz?!

NICOLA (ogarniając temat)

Ambitnie!

ZU

Powtórka.

WUX

Błąd kroku.

PAW

Za dużo ambicji.

WUX (powoli tracąc cierpliwość)

Rzucaj się!

NICOLA (zawadiacko)

Przerost ambicji nad treścią.

ZU (ambitnie)

Gdzie twoje serce do gry?

PAW (ordynarnie)

Obok.

NICOLA (obserwując rzucanie się)

Charakternie.

WUX (gwałtownie)

Błąd kroku.

NICOLA

Nie daj się porwać ambicji.

WUX

Koc, kocem!

WUX

Palec powtórka.

(Kanister i drezyna)

NICOLA

Za mało ambicji.

PAW

Poświęcenie.

ZU

Presja.

WUX

Kontrola.

NICOLA

Inwigilacja.

PAW

Mogłem się rzucić.

ZU

Presja, za dużo ambicji.

WUX (machinalnie)

Rzucaj się!

PAW (rzucając się)

Co zawiodło?

NICOLA

Popuść wodze ambicji.

NOS (wymachując rękami)

Koc, kocem.

15.02. W regulaminie festiwalu znalazłem zapisek o kategorycznym zakazie wchodzenia na teren basenu znajdującego się naprzeciwko terenu festiwalowego inaczej niż przez wejście główne. Weszliśmy regulaminowo, ale przez cały pobyt na basenie nie mogłem przestać się zastanawiać, jak inaczej można się tu dostać. Zrobiłem parę basenów, przeszedłem przez prysznic wrażeń, prysznic dyszowy, piekielną rwącą rzekę, na której obszarze panuje zakaz nurkowania i do której dostęp mają tylko dorośli i dzieci pod opieką dorosłych i która niejednego, niejedną z nas przeorała. Drzemka w jacuzzi. Atrakcją basenu są dwie zjeżdżalnie – jedna długaśna, czerwona, dla tych, którzy lubią pozapierdalać i pojechać fizycznie, druga krótsza, wychillowana, a jednocześnie typowo stonerowa, hojna w doznania zmysłowe – z niezliczoną liczbą mrugających diod w swoim wnętrzu (przejażdżka w niej przypomina bardziej lot przez kosmos niż podróż przez jelito płetwala błękitnego). Spróbowałem jednej i drugiej. Najśmielsi próbowali zjeżdżania na brzuchu. Wojto zasłynął kręciołkami. Nos po saunie namówił mnie na ryzykowne wejście do śmiercionośnie lodowatej wody, w której wytrzymałem nie dłużej niż piętnaście sekund, ale piętnaście sekund, które trwały wieczność, a przynajmniej wystarczająco długo, żebym po wyjściu zaczął odczuwać intensywną, długotrwałą wdzięczność wobec wszystkiego, co mnie otacza. Koński wyrzut serotoniny i nieracjonalny przypływ energii. Zanurzenie w lodowatej wodzie zaliczam, obok kontaktu z Bluźnierem, do najbardziej intensywnych i zaskakujących fizycznie doznań w trakcie całej imprezy.

16.58. Część z nas idzie na bączka, część na pad thaia albo pizzę z pieca opalanego drewnem, albo stir-fry albo bahn mi czy zimny ramen albo wenezuelskie arepy lub piwo landskron z Görlitz, czy też kraft od Beskidzkiego Browaru Rzemieślniczego, albo cokolwiek innego, co można znaleźć w sferze gastro. Ja i Zu przystajemy zahipnotyzowani przez toruńską Diunę. Wokalista (Konstanty Mierzejewski) w astralnych gaciach i czerwonym kubraczku zachowuje się dość ekscentrycznie, jakby próbował coś usilnie przekazać. Obok takiej ekspresji scenicznej nie można przejść obojętnie. Nie znaliśmy dotychczas Diuny i dopiero po czasie orientujemy się, że Diuna śpiewa po polsku. Jest kartunkowo teatralna, przerysowana jakby ktoś grubo wyszedł mazakiem za linię. Urzeka mnie. Nie muszę wiedzieć, co chcesz powiedzieć, po prostu do mnie mów, próbuj to wyrazić. Osobnym widowiskiem jest biały gitarzysta z wąsem (Patryk Mitzig) w żonobijce i krótkich dżinsach, któremu granie i bycie w tej sytuacji sprawia Ewidentną Przyjemność. Cudownie widzieć człowieka tak bardzo cieszącego się tym, co robi. Diuna pięknie wyjebała stonera, pokazała nie tylko kły, ale też końską dawkę luzu. Było to bardzo komplementarne.

18.24. Kolejny koncert to Willow Child. Hippisowskie, acidrockowe granie z laską na wokalu. Przyjemne i kojące, ale też nużąco bezpieczne, znane. Niezobowiązująca sielanka, ale – wiadomo – takie też są potrzebne.

20.00. Krzątam się po terenie i prawdopodobnie przegapiam Spaceslug. Krajobrazy sativa. Sąsiednia ekipa gra przed namiotem w Kosmiczne Spotkania. Wrangler. Markizy kakaowe. Ale człowieku, krajobrazy sativa! Nigdy nie przestają wywoływać u mnie gęsiej skórki. Gwizdek kromki. Wojto kręci wyborną maślanę.

20.50. Mamy 20.50, a ja niewinny, czysty (w ogóle nieprzygotowany na czarną komunię, do której za chwilę przystąpię), niczego nieświadomy powolnym krokiem zmierzam na Black Cobrę. Kto by pomyślał, że dwóch chłopaków może narobić tyle hałasu. Jeden na garach, drugi na drutach, jeden i drugi bezczelnie przekraczający wszystkie normy prędkości na terenie zabudowanym. Szczena zjeżdża jak winda, a ty nie masz czasu, żeby ją pozbierać, bo ciągle gonisz ten pociąg. Wyobraźcie sobie ich zabawy garażowe. Skądkolwiek pochodzą, muszą w tamtym miejscu być alegorią zniszczenia i chaosu. Jeśli chodzi o poziom zaangażowania i motywacji chłopaków, nie mam pytań. Wszystko jest tu very trash very fast hiper turbo super metal heavy acceleration extra speed high performance engine very. Z domieszką punkowej agresji. Okrutne piękno.

20.57. Stosunkowo wcześnie zaczynam się zastanawiać, czy oni biorą siebie tak zupełnie na serio. I nagle pojawia się coś, co interpretuję jako oznakę dystansu. Krótkawe, aż możliwe do przeoczenia, momenty na oddech i uśmiech. Budujące napięcie. Wygląda to w ten sposób, że muzycy drastycznie zwalniają, a wytypowany z publiczności osobnik odpala stoper i wszyscy z zapartym tchem obserwują, ile tym razem uda im się wytrzymać bez grzania, czy pobiją rekord łagodności. Momenty zwolnienia mogą być jakimś tropem w poszukiwaniu samodystansu Black Cobry, ale nie stanowią pewnego uchwytu. Zagadka pozostaje nierozwiązana. Patrzę na Zu i nie potrafię wyczytać z jej twarzy, co aktualnie przeżywa. Marta z Noskiem wyglądają na zadowolonych. Marta próbuje przebić się przez nawałnicę dźwięku ze zdaniem: „Kto by pomyślał, że dwóch chłopaków może narobić tyle hałasu”.

21.16. Takiego koncertu nie da się opowiedzieć w paru riffach. Jest to experiance pełną gębą, przez który trzeba przejść od pierwszej nutki do ostatniej, inaczej nie ma sensu. Nie żałuj fragmentacji, ziom, poskładasz się na nowo. Kiedy wydaje ci się, że bardziej, szybciej, mocniej już się nie da, przychodzą Black i Cobra (który jest który?) i uruchamiają kolejny bieg, o którego istnieniu nie miałeś nawet pojęcia. I tak dalej, i tak w kółko. W pewnym momencie od tego naparzania w głowie zaczyna robić ci się dziwnie. Siedzisz na trybunach, można powiedzieć różne rzeczy, ale nie, że jest sympatycznie, zapadł zmrok, jeden koleś szarpie stalowe struny, których drgania przekładają się na zmiany napięcia elektrycznego, drugi wali pałeczkami w talerze i bębny, jakby się wściekł, po twojej lewej ktoś wali głową w niewidzialną ścianę, dalej ktoś inny trzęsie się padaczkowo jak Ian Curtis dający koncert. Już na pierwszy rzut oka widać, że Black i Cobra, Cobra i Black każdemu robią w głowie nieco inaczej.

21.30. Po 40 minutach grzania przestaje cię już zastanawiać, czy Black i Cobra robią to na poważnie (kogo to obchodzi?, zresztą zdążyłeś już sobie odpowiedzieć, że nie) i który to Black. Początkowo niewinnie się natrząsałeś z sytuacji, w której bierzesz udział. Teraz, kiedy sytuacja ta zdążyła stać się nieznośnie spiętrzoną, zaczynasz niby mimochodem spoglądać z troską na swoje zdrowie psychiczne. Zaczynasz się zastanawiać, co to za kuracja, którą właśnie się wdraża. Sytuacja zaczyna cię przerastać swoją groteskowością i po którymś z epizodów drażnienia się Blacka i Cobry z publicznością wybuchasz ciepłym, zdrowym śmiechem, zwracając na siebie uwagę przechodniów. Uwalnia się z ciebie byczy, promienny Chichot, który początkowo, nie chcąc nikogo urazić, próbujesz w sobie zdusić. Chichot jednak okazuje się jednym z tych nie-do-zduszenia, nie-do-powstrzymania. Tak więc zwalniasz zaporę i odblokowujesz potoczysty, nieposkromiony śmiech. Wybuch z początku zwraca uwagę raptem kilku osób, hałas Blacka i Cobry ma się dobrze i nie wygląda na to, żeby cokolwiek było w stanie go sforsować. Wielki Chichot okazuje się jednak arcymocarny i po czasie zaczyna zbierać swoje żniwa. Kiedy liczba zainteresowanych twoim stanem rośnie, kiedy twój Chichot nieoczekiwanie i płynnie przechodzi w szloch, kiedy śmiech staje się rykiem, a na horyzoncie rysuje się rozpacz tak krystalicznie czysta, że widać wyścielające dno kamienie, kiedy udaje ci się zdobyć zainteresowanie nawet ochroniarzy, twoje ziomalstwo postanawia wziąć cię dla twojego dobra pod pachy i zaprowadzić do Obozu.

21.45. Telewizja FAFA TV donosi, że są już pierwsze ofiary stonera. Przekraczasz bramki z mocno zaczerwienionym mózgiem. Wracasz do Obozu, wspierając się na ramionach ziomalstwa, widzisz nabazgrane akwarelą twarze Medzia i Ozziego. Zaczynają się drgawki. Oblewają cię zimne poty. Wzrok masz zamglony, a w uszach nie potrafisz przestać słyszeć nawalających Blacka i Cobrę. Wydaje ci się, że już nigdy nie przestaną grać i do końca świata będą rozgrywali swoje niepokojące gierki z publicznością. Zabłądziłeś w świecie, który dobrze znasz, choć jest ci obcy. Przemierzasz korytarze, potykasz się o kolejne włóczki, drepczesz jak w malignie. Ziomalstwo spogląda na ciebie z góry, kiedy siedzisz skulony, oparty o drzewo (perspektywa jak z bagażnika u Tarantino, z tym, że bez bagażnika). Bredzisz coś o wysypce, jesteś przekonany, że widzisz plamki na swojej twarzy, pokazujesz przypadkowym ludziom swoje dłonie i pytasz, czy coś na nich widzą. Z pobłażliwości na ich twarzach wnioskujesz, że nie chcą powiedzieć ci prawdy, bo nie wiedzą, jak to przyjmiesz. Zabłądziłeś, chłopaku, w świecie, który dobrze znasz, choć jest ci obcy, ponieważ Black i Cobra dolali oliwy do ognia.

21.59. W głowie sieczka i pokaz slajdów. Zwróćmy uwagę na charakterystyczny sposób montażu, ułożenie kadrów, łączenie heterogenicznych części w jeden nieprzerwany ciąg. Keanu Reeves na gitarze. Wstaję, poruszam się. Trochę akcji pod pad thaiem. Saksofon na wokalu. Ostrzeliwanie z kosmodromu. Prawo policjanta do fazy. Prawo ochroniarza do stonera. Chciałem, żeby choć raz złamał mu się głos. Żebym poczuł, że też człowiek. Nadprofesja. Rzemiosło. Masz piękną głowę, tylko czasem o tym zapominasz. Zachwycające w swoim upiorze. Droczyć się, koniecznie się droczyć. Białe mleko skapujące z sutka. Komedia. Protekcjonalność. Który to Cobra. Black. Black, słyszę cię. Jesteś. Black, chcę być twoim uczniem, przewidział mnie jasnowidz. Cobra? Uczyć się żyć w świecie bez tych dźwięków. Nos też tak naprawdę schował się przed Cobrą, tylko nie dał po sobie poznać. Kwiatostany. Ostrich riding. Orient.

22.25. Nadzieja poprawy. Odzyskuję pion i przez moment znów czuję się na siłach, żeby stawiać czoło festiwalowym wyzwaniom. Wspieram się na Zu, która prowadzi mnie na kolejny koncert – Weedeater, i już przy bramkach czuję, że idziemy w paszczę lwa. Kiedy docieramy na miejsce, nogi się pode mną uginają. Ze sceny lecą brudne, brutalne, obślizgłe, energetyczne riffy, tony gruzu, walą się całe wieżowce, gmachy, biurowce, upada Szkieletor, Sheraton, Forum i Cracovia. To jest po prostu zbyt dobre. Przewracam oczami, tak że na wierzch wychodzi całe białko. Widzę, jak paruje mi czacha; gorące, maślane, kwaśne cirrusy. Ustalamy między sobą, że chłopaki trochę przesadzają i oddalamy się chwiejnym krokiem.

22.39. To muzyka, która wpadła w Ucho, sprawiła, że dzieje się rozpad, sypie się mur, cegła i kamień, że widzę swoją dłoń odłączoną, wyluzowaną, zawieszoną beztrosko na ławeczce jak pranie, że moje trzewia taplają się w jeziorze, że moje serce sięga poza horyzont. Zmiana Nosów. To muzyka sprawiła, że puszczają tamy, a moja tożsamość rozlewa się poza granice mojej jurysdykcji. To dźwięki zrobiły, że granice kraju JA, kraju TY, kraju ZU puszczają, płyty drżą, a ja przestaję wiedzieć, gdzie się kończę, a gdzie zaczynam. Nie przestaję się śmiać, a z oczu lecą mi łzy, dźwięki Blacka i Cobry (wciąż nie wiem, który jest który) stają się naturalnym soundtrackiem mojego życia. To muzyka z Jądra sprawiła, że czuję się jak w poklatkowej animacji, barierki to świecące ledy, w jeziorze igrają syntezatory, woda jest bardziej przezroczysta, niż jest, z nieba kropi zimny, neonowy łupież, mimo że mamy środek lata.

23.15. Idzie mypr zezpark akbyśmyby lizDis neyaTota piekielnamu zaspra wiłajest emPok ahont azajesteśPiot ruśPan pośródobr azówmistrzó wW idzimyg rand ycieńryb ywy skakującezj ezior apodgląd amy akcjępodk orądrzew awparku zaczynająży ćnowymżyciemPr zemie szczamysięos trożnieżeby nicze gonien aruszyćwki erunku namiotuTooso bliwasytu acja kiedybę dącwnamio cie widziszg wiazdy kiedyw śr odkum asz latonam iotuwyb uchająf ajerw er kiki edytkank ałącznas tajesięba rdz iejłącznaniżn acodzień Zblendzin aleśnik iemn aleśnik owyt ortzw ątrób kita kbyłtam teżpod kasztan emkarton yprzep rowad zkanie ufamwo jsku niemato jakz ąbcz asuka wałbocia nak ołujewysok oowadbocian yroznosząb ekas ysłyszałeś alezan imjeprzy niosą psu jąByłaśw pisanadogr upyszko lenio wejprzewid ziałmniejas nowidz. Zmiana cirrusów.

00.38. Błąd kroku. Zabłądziłem w świecie, który dobrze znam, choć jest mi obcy. Ozzy donosi, że Weedeater faktycznie zeżarł całe zioło. Muzyczka uniwersalnych struktur. Time travel dilemma. Bukowski kolekcjonuje budziki. Mleka!

01.00. O godzinie 1.00 Wigwam szczelnie wypełniała rzesza niestrudzonych, kuriozalnych apostołów gotowych dawać kolejne świadectwa niewiary. Wigwam faktycznie nie jest w stanie pomieścić wszystkich śmiałków, od wejścia ciągnie się sznureczek ochotników mogących tylko się domyślać, co dzieje się wewnątrz. Udało mi się być jednym z pasażerów. Sunwôrm, czyli kolektyw muzyków pochodzących z różnych zespołów, którzy z improwizacji i eksperymentu czynią ceremonię. Projekt badawczy, którego członkowie postawili sobie za zadanie znalezienie najmądrzejszego dźwięku świata i którzy są bardzo blisko osiągnięcia tego celu. W wigwamie wielkie nuty opakowywały nas w ścisły kokon i sięgały takich intensywności, że tylko czekałem, aż kapsuła, w której się zebraliśmy, oderwie się od ziemi i poszybuje w kosmos. Udało mi się nawet powąchać dźwięk. Był słony i mroźny. Wigwam wypełniają przekraczające skalę świsty, drony, śpiew ptaszorów i ten charakterystyczny dźwięk kładzenia wielkiej, psychodelicznej hostii na języku, jakby na plecy spadał wielki kolos. Bardzo dobra jakość dźwięku, a syntezatory czynią cuda.

01.48. Jeszcze nie okrzepliśmy po jednej ceremonii, a już rozpoczyna się kolejny wariacki set. Dj Wux grzeje decki, szoruje czarne talerze, przygotowując się na biesiadę i ostatni tego dnia poczęstunek muzyczny. Na Red Smoke’u był już nieraz, ale nigdy w wigwamie, więc kiedy w końcu się tu pojawił, od razu zajął miejsce po właściwej stronie blatu. Stoję centralnie pod amboną na lekko rozstawionych nogach i czekam na chłostę. Z wolna rozkręcający się wir. Duby, transowa chochla, reverby, delaye, big beaty, ćwierćbeaty, brejkbeaty, brejki i jeszcze raz brejki. Tańczący z pluszowymi świnkami. Wigwam rośnie, wir wciąga coraz więcej ludzkiej masy, krąg się poszerza. Medzio wystawia głowę ponad szczyty głów jak struś, rozgląda się i ma minę, jakby zabłądził w świecie, który dobrze zna, choć jest mu obcy. Wojto nie ma litości, nie odpuszcza, Nos kręci mleko w zastępstwie Wojta, który w tym momencie kręci soczyste brejki. Wiem, że lubi głowa kicać, ale nie kajtaj tak łepetyną. Chłosta i do spania. Całe możliwe paliwo skończyło się. Witamina CCC+ prawoskrętna. Ziomuś, jeszcze jedno, w Pleszewie nie chodzi o skręta.

03.37: Wracamy do Obozu i przed Moro Cipą, w której sypia Wojto, znajdujemy pielgrzyma, grzyba, zombie, który w totalnie skulonej, sierocej, embrionalnej, pozycji urzędował przed grotą Wojta w czasie, kiedy ten koncertował. Jego postawa jest niedwuznacznie modlitewna. Nie wiadomo, od jak dawna w niej przebywa, ale możliwe, że już zdążył wymodlić dla Wuxa hordę łask. Dowiedzielibyśmy się może więcej, gdyby udało nam się nawiązać z nim jakiś kontakt. Mówi się: „Kotku, wstańże, jak ci na imię?”, „Czy można ci jakoś pomóc?”, „Podziel się swoim strapieniem”. Nic do niego nie dociera, koleżka całkiem odcięty. W końcu Burrito podbija do gościa i nie ceregieląc się, potrząsa nim i gada „Tej, kurwa, wstawaj! Co tak siedzisz w samych gaciach na gołoledzi jak kretyn? Dupa ci zmarznie, wilka złapiesz”. I nagle dociera do mnie, że ja to ja, a ja to właśnie ten typo ślęczący żałośnie jak kretyn przed Cipą Wojta. Podnoszę twarz i faktycznie, dopiero teraz wszyscy mnie rozpoznają. Opętał mnie Black i Cobra. Zgubiłem się, przegapiłem wybitny koncert Weedeatera, opuściłem szampańską biesiadę Dja Wuxa, nikt nie wie, gdzie byłem przez ten cały czas. Difficult trip. Nos, Usta, Ucho, ruina. Psychodeliczny tunel w bani twojej babci. Oj, sorka – odpieram skruszony, choć kącikiem uchodzi mi niedorżnięty Chichot – chyba zgubiłem się w świecie, który dobrze znam, choć jest mi obcy.

3 – w pępku kisła Andromeda

Następnego dnia z rana przyrządzają mi taką herbatkę z mlekiem, miodem i czosnkiem, że nie mam pytań, a Ozzy serwuje mi składankę z samymi lajtowymi piosenkami (sic!), które na pewno nie zrobią mi krzywdy: Jefferson Airplane, mniej konceptualne rzeczy Beatlesów, wybrane Floydów, indie rock, Mela Koteluk i Gaba Kulka. Zakłada się mi na uszy słuchawki, obkleja dookoła głowę taśmą NASA (tylko do zadań specjalnych), obezwładnia i zakazuje opuszczać Obóz. Wsteczna kuracja muzyką. Wyrywam się i krzyczę, że nie ma takiej potrzeby, że już nie pamiętam o Blacku i Cobrze, ale kiedy dolatują mnie pierwsze kojące dźwięki Surrealistic Pillow, udaję się w błogi spoczynek i o niczym już więcej nie myślę. Omija mnie masa świetnych niedzielnych koncertów (Electric Octopus, Yawing Man czy Kikagaku Moyo), o których przeczytasz w innych tego typu relacjach.

Zastygłeś – w śledzeniu czarnych skrzynek, w uważnym obserwowaniu kwaśnych cirrusów, w marszu do paszczy lwa, w spijaniu ciepłego mleka, w podwieczorku szamana. Przedawkowałeś ambicję, saksofon na wokalu, flet poprzeczny, przesterowaną gitarę, piekielny syntezator. Zawiesiłeś się w stonerowej zjeżdżalni, w psychodelicznym tunelu w bani cudzej babci. I wyglądasz na najszczęśliwszą jodłę w lesie. Kontynuuj jako Paweł.

[1]ZM, Red Smoke Festival: kurz, pył i świetna muzyka!, [online:] https://pleszew.naszemiasto.pl/red-smoke-festival-kurz-pyl-i-swietna-muzyka/ar/c13-1926441 [dostęp: 6 listopada 2019].

[2]Później się dowie, że jednak musi przestawić tę brykę.

[3]Potem rzeczywiście czytam na stronie festiwalu o stoiskach z kosmetykami do brody, choć nigdy do nich nie docieram.

ZDJĘCIA: Wojtek Rodak
REDAKCJA: Patryk Kosenda, Paulina Żebrowska
KOREKTA: Maciej Kiełbas


Paweł Harlender (92′) – naczelne barachło „Stonera Polskiego”. Publikował w „Ha!arcie”, „Małym Formacie”, „Wizjach”, „Kontencie”, „Helikopterze” i „biBliotece”. Laureat Połowu 2K19. Tworzy, smaży, performuje, ogarnia temat. Recepcjonista, bańkarz, nowofazowiec. Gra w szachy. Żyje w Krakowie. Lubi spędzać czas z kotami.

Wojciech (ur. 1993) – pochodzący z górniczej doliny człowiek renesansu, inżynier, filozof i wojownik. Odznaczony kebabem przez dresów, którzy próbując szczęścia osaczyli go pod budką (z kebabem), jednak nie mogli przewidzieć błyskawicznego ciosu buddyjskiej retoryki.